The (soon) Lost Art of an Album Cover?

Dotykasz. Wpatrujesz się namiętnie przez dłuższą chwilę. Napięcie narasta. Znów skupione spojrzenie. Ręce nerwowo składają się do odprawienia rytuału. Doskonale wiesz, że chcesz się do niej dobrać, ale zwlekasz. Coś sprawia, że odkładasz w czasie moment kulminacyjny, dopełnienie aktu długiego oczekiwania na odkrycie nagiej prawdy. Jest tak piękna, że zapominasz o pierwotnym celu, dla którego zbliżyłeś się do niej. Powoli rozbierasz ją z okrycia i znowu dotykasz. Znasz to uczucie?

Jeżeli odpowiedziałeś na powyższe pytanie twierdząco – gratulacje! Należysz bowiem do grona tych szczęśliwców, którzy pamiętają, co to znaczy wyciągnąć z folii świeżo zakupiony, premierowy album ulubionego wykonawcy i podziwiać jego artwork. Okładka, książeczka i nierzadko jakieś niebanalne dodatki. Ta niewielka powierzchnia to coś więcej niż tylko ochrona dla zawartości krążka. To pole do popisu dla grafików, artystów wizualnych i samych muzyków. Przestrzeń stanowiąca klamrę spinającą pewien artystyczny koncept. To za sprawą okładki wyobraźnia uruchamia pierwsze skojarzenia, które podczas następującego później kontaktu z dźwiękami rozwijają się w głowie słuchacza. Gdzieś na drodze technologicznego rozwoju rodzi się strach, że redukcja utworów do formatu mp3 wyeliminuje ten nieodłączny do niedawna element dystrybucji muzyki. Taki rezultat byłby dla kogoś, kto uznaje siebie za audiofila, niczym zachwianie równowagi w środowisku naturalnym. To jak słuchanie Beatlesów wyłącznie dla piosenek skomponowanych przez Lennona. Jak oglądanie przygód Bolka i Lolka bez udziału tego drugiego.

Kto powątpiewa w siłę i zasięg oddziaływania okładek muzycznych albumów na popkulturową karuzelę, na której przecież wszyscy jedziemy, niech zada sobie pytanie o najbardziej znane przejście dla pieszych. Jakoś mocno powątpiewam w różnorodność odpowiedzi. Pokolenie obecnych dwudziesto- lub trzydziestokilkulatków pamięta jeszcze czasy, gdy zakup długo wyczekiwanego albumu w dniu jego premiery był powodem do dumnego wypinania piersi. Wyglądało to mniej więcej tak: wstawało się rano; pierwsza myśl po przebudzeniu: to dziś jest ten dzień! Decyzja o wagarach w okolicach drugiej lekcji, żeby pognać do sklepu muzycznego, zostawała podjęta w mgnieniu oka. Gdy płyta była już w ręku, kilka dyszek lądowało bez namysłu na ladzie u długowłosego sprzedawcy, ubranego w T-shirt Metallici. Pierwsze spojrzenie na okładkę i już było oczywiste, że biola i matma, które zaczynały się lada moment, nie mają już znaczenia. Liczyło się tylko to, żeby jak najprędzej dostać się do domu i zamknąć we własnym pokoju z naszym skarbem. Celebra trwała w najlepsze po załączeniu przycisku PLAY w wieży czy też magnetofonie (w końcu kiedyś królowały kasety). Wertowało się gorączkowo książeczkę z tekstami, spijając każde słowo, żeby zaśpiewać je przy kolejnym odsłuchu razem z wokalistą/wokalistką. I nawet jeśli niejeden utwór dawał powody do kręcenia nosem, to człowiek dzierżył w ręku coś, co nieraz dorównuje poziomem artystycznym samej muzyce. Wystarczy choćby przytoczyć tu przykład niezwykłej symbiozy obrazu i dźwięku, obecnej przy wydawnictwach Tool, wzbogaconych o psychodeliczne prace Alexa Greya. Innym razem, jak w przypadku albumu „Post-Nothing”, nagranego przez kanadyjski duet Japandroids, trafia się seria nalepek, w sam raz do oblepienia gitary oraz… guma do żucia!

Uwielbiamy być zaskakiwani, oczywiście pozytywnie. Im częściej, tym lepiej. Jednak muzyka to przede wszystkim biznes i gdy na drodze do wydania krążka stoi chciwa, korporacyjna machina, przyjmująca często odmienne kryteria wartości piosenek, muzycy są zmuszeni do obejścia zasad i działania w sposób partyzancki. Takie właśnie metody walki wykorzystuje się za pomocą internetu, gdzie nie ma miejsca na obcowanie z plastikowym pudełkiem, a o zapachu papieru, na którym wydrukowano okładkę, możemy tylko pomarzyć. Pierwszym głośnym przykładem takiego manewru było wydanie przez Radiohead płyty „In Rainbows”. W tym wypadku należy jednak przypomnieć, że oprócz ściągnięcia muzyki za ustaloną indywidualnie przez fanów kwotę muzycy dali nam możliwość zakupienia krążka w postaci namacalnej, zaspokajając jednocześnie potrzeby zwolenników nowoczesnych metod dystrybucji i tradycjonalistów.

W czasach, gdy filozofia DIY (Do It Yourself) staje się chlebem powszednim dla wielu artystów, nie tylko muzyków, a potrzeba wyróżnienia się jest silna jak nigdy, istnieje duża szansa na połączenie sentymentalizmu z drogą technologicznego rozwoju. Posiadanie na własność (za odrobinę większą opłatą niż płyta ściągnięta w formacie mp3) oryginalnego egzemplarza, stworzonego na nasze specjalne, indywidualne zamówienie, z dedykacją lub autografem muzyków? Czemu nie! Poczucie, że nikt nie posiada drugiego takiego albumu, z takim, a nie innym designem, to jest dopiero coś! I wilk syty, i owca cała. I może wychodzi ze mnie tutaj niepoprawny idealista, ale wciąż wierzę, że są wśród nas tacy, którzy poprzez obcowanie z muzyką chcą doświadczać upajającego stanu synestezji. Wszak dłonie i nos, tak samo jak uszy i oczy, wiedzą, co to sztuka przez duże S.