Taki to już los architekta… Druga część rozmowy z Jurandem Jareckim

O projektowaniu Katowic w okresie PRL-u oraz doskonaleniu warsztatu pod okiem samego Candilisa, opowiada Jurand Jarecki, jeden z najbardziej uznanych architektów Śląska.

Druga część wywiadu z architektem Jurandem Jareckim.
zdjęcia i montaż: Marcin Dziadak
Rozmawiała: Aneta Bulkowska
zdjęcia archiwalne zostały wykonane przez Juranda Jareckiego.
muzyka: George Enescu op.26 Sonata For Cello & Piano In F Minor, The Mutato Muzika Orchestra

Taki to już los architekta from rozswietlamykulture.pl on Vimeo.

Aneta Bulkowska: Nazywają Pana Le Corbusierem Katowic…

Jurand Jarecki: Ech, to określenie zdecydowanie przesadne, choć oczywiście bardzo miłe. Tak naprawdę z Le Corbusierem zetknąłem się osobiście tylko jeden raz podczas praktyk. Candilis, czyli mój mentor, zabrał mnie ze sobą do jego pracowni, ale nie wszedłem do środka, czekałem w hallu, oglądając obrazki na ścianach. Po kilku minutach Candilis wyszedł z Le Corbusierem i przedstawił mnie jako swojego asystenta. Wtedy ten wielki architekt nie robił na mnie dużego wrażenia, wynikało to z tego, że sławę zdobył dopiero później, kiedy zaczęły ukazywać się liczne publikacje na jego temat.

Ruchome schody w "Skarbku", zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji Juranda Jareckiego

Ruchome schody w „Skarbku”, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji Juranda Jareckiego

Dziś okazuje się, że gdyby nie Le Corbusier, nie byłoby modernizmu, a przecież to nie do końca prawda. W rzeczywistości był strasznie krytykowany, nie zostawiono na nim suchej nitki. Wynikało to przede wszystkim z tego, że Le Corbusier był socjalistą. Uważał, że każdy człowiek ma prawo do mieszkania z zielenią i słońcem.

Pod koniec życia bardzo mu się obrywało, wtedy tego nie rozumiałem, ale dziś wiem, że takie podejście sprzeciwiało się władzy i deweloperom którzy, by wypełnić deficyt mieszkaniowy po wojnie, chcieli budować jak najwięcej i w jak najkrótszym czasie. A kiedy buduje się masowo, miejsce przeznaczone na tereny zielone drastycznie się kurczy. On przeciwstawiał się tej ideologii projektując tak, by na jednego mieszkańca przypadało co najmniej 12 metrów kwadratowych. Dlatego zaczęto go piętnować. Jeżeli chodzi o podobieństwa do Le Corbusiera, można zauważyć je na osiedlu Paderewskiego – muszę przyznać, że wówczas inspirowałem się jego podejściem. Mimo wielkiej płyty każdy mieszkaniec powinien mieć nasłoneczniony pokój i kawałek zieleni dla siebie. Czy to się udało? Trzeba pamiętać, że osiedle to wówczas wyglądało zupełnie inaczej. Le Corbusier zwykł mawiać: „Być chwalonym przez jednych, a gardzonym przez drugich, taki to już los architekta”.

A jakim szefem był Candilis?

Candilis jako szef był bezpośredni i otwarty. Pamiętam, kiedy pierwszy raz przyszedłem do jego pracowni i nieśmiało wydukałem: „Bonjour, monsieur, je m’apelle…”, na co on odparł: „Jesteśmy na ty!” I mów tu do takiego! (śmiech) Wtedy byłem świeżo po studiach – to było w ‘61 roku, w ‘57 uzyskałem dyplom, więc zawodowo pracowałem zaledwie trzy lata, wszystko zaczynało dopiero nabierać tempa. Candilis mnie polubił, okazało się, że wcześniej sam pracował u Corbusiera razem z Jerzym Sołtanem. Kiedy się dowiedział, że jestem Polakiem, powiedział: „Polak architekt jest tylko jeden: Jerzy Sołtan!” I tak niechcący od razu zyskałem sobie przychylność.

Wnętrze "Skarbka", zdjęcie pochodzi z prywatnych zbiorów architekta

Wnętrze „Skarbka”, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Le Corbusier by sobie nie pozwolił na taką poufałość…

Le Corbusier nie chodził z zadartym nosem, ale zawsze był nieszczęśliwy, nota bene wspaniały malarz. Tworzył niezwykle ciekawe rzeczy, przede wszystkim wyróżniało go wizjonerstwo i intelektualne pojmowanie architektury. Wymyślił i zastosował w architekturze Moduloron, czyli system projektowania oparty na proporcji i wymiarach człowieka. Unite d’Habitation na przedmieściach Marsylii, zwany potocznie blokiem marsylskim, został uszyty na miarę ludzi w nim mieszkających. Okrzyknięto go nie tylko arcydziełem, ale i rewolucją w dziedzinie budownictwa wielorodzinnego. Zarzucono mu jednak, że sufity są za niskie (2,20 m), bo były wyliczone na średnią wzrostu Francuza [175 cm, później 183 cm – przyp. red.]. We Francji po wojnie był zwiększony przyrost naturalny, trzeba było „hurtowo” budować mieszkania. Blok marsylski był właśnie taki zwarty. Pokój dzienny zajmował dwie kondygnacje. Na dole kuchenka, u góry sypialnie po 8-10 metrów, dzięki czemu można było wpakować łóżko, szafę, a całość powstawała błyskawicznie. Dokładnie to samo przeżyliśmy z wielką płytą. W Polsce pobito nawet rekord – 300 tys. nowych mieszkań wybudowano w ciągu jednego roku. Wówczas czekających było więcej niż mieszkań, dziś mniej chętnie zakładamy rodziny, więc zapotrzebowanie nieco się zmniejszyło. Teraz patrzy się na jakość, a nie na ilość, ale wtedy potrzeba była duża. Le Corbusier przejawiał bardzo precyzyjne podejście. Blok marsylski to elewacja jak na tamte czasy nie z tego świata. Candilis z kolei zaczynał realizacje w Rabacie. Jugosłowianie dopiero byli zdolnymi chłopcami. Nawet później, kiedy jechałem na wakacje do Chorwacji, moją uwagę od razu przykuła bardzo dobra architektura, choć podobnie jak my mogli wtedy narzekać na brak materiałów.

Candilis również był obcokrajowcem tak jak Le Corbusier (Szwajcar z pochodzenia). Był Grekiem, a dodatkowo projektował we trójkę z Jugosłowianinem Alexisem Josicem i Anglikiem Shadrachem Woodsem. Oprócz kobiety, która robiła odbitki, nie było w biurze ani jednego Francuza, nawet sprzątaczem był Algierczyk. Candilis cały czas przyjmował asystentów, byłem dla niego wygodnym praktykantem, bo płaciło mi Ministerstwo Budownictwa, ale oczywiście było tam mnóstwo różnych młodych architektów, którym trzeba było płacić. On często wymieniał asystentów. Przewinęło się też kilku Polaków, pamiętam bardzo zdolnego Polaka z Warszawy, naprojektował się tam, jego marzeniem był zakup samochodu. W końcu kupił auto, ale potem zabił się w nim. Pojechał na Lazurowe Wybrzeże, nad krętą drogą źle odmierzył odległość pojazdu od zbocza i spadł w przepaść. No ale odbiegłem od tematu, o co innego pani pytała…

Dopytywałam, jak zareagowali ludzie, również architekci z Pana biura projektowego, kiedy po powrocie przedstawił im Pan projekty SKARBKA i ZENITU, które mocno odbiegały od tego, jak wyglądał wówczas rynek w Katowicach.

Nie miałem przeciwników. Nie lubili nas warszawiacy, bo w tamtych czasach więcej działo się na Śląsku niż w stolicy. Wszyscy wtedy pragnęli, aby powstało tu coś ciekawego. Zwłaszcza ci bardziej obyci ludzie, którzy mieli okazję „liznąć” czasopism albo Zachodu, bo wtedy dopiero zaczęły się wycieczki. Gierek pozwalał wyjechać, trzeba było tylko wykazać, że posiada się 10 dolarów. Wtedy to był szał, wreszcie Europa! Pokazywałem wam już to zdjęcie, na którym tłumy zebrały się pod ZENITEM. Może niekoniecznie dla architektury, a rzeczy, które były tam dostępne. Przecież sklepy zaopatrywano wtedy kiepsko, już pani dyrektor się postarała, żeby chociaż na otwarciu był towar. Ktoś tam złapał jakiś dywanik, krzyczał: „mój!” i nie chciał puścić, bo takich dywanów były, powiedzmy, cztery sztuki, a ludzi sześćdziesiąt.

Panowała tęsknota – jesteśmy Europejczykami, więc powinniśmy mieć porządną architekturę. Zachód stanowił dla nas punkt odniesienia, ale zawsze miałem ambicję zaszczepioną przez mojego dziadka-patriotę, który powtarzał: „Urodziłeś się w Polsce i jesteś Polakiem!”, dlatego nie zostałem we Francji, mimo że Candilis tego chciał.

Wejście do "Zenitu", zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Wejście do „Zenitu”, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Candilis nie chciał Pana wypuścić?

Candilis mówił: „Po co ty jedziesz do tej komuny?” Ja odpowiadałem: „Przyjedzie pan kiedyś do mnie, to oprowadzę Pana.”

Przyjechał?

Ech, skąd! Pewnie nawet się nie dowiedział.

Wymyślił Pan ostatnio przebudowę SKARBKA, ale w końcu nie doszło do realizacji, choć projekt jest doskonałym rozwiązaniem, mnie osobiście bardzo przypadł do gustu.

Jurand Jarecki prezentuje projekt dobudowy "Skarbka". Projekt kawiarni przeszedł pierwsze oceny i zdobył pozwolenie na budowe. Fot. Marcin Dziadak

Jurand Jarecki prezentuje projekt dobudowy „Skarbka”. Projekt kawiarni przeszedł pierwsze oceny i zdobył pozwolenie na budowę, fot. Marcin Dziadak

Niedawno dostałem zlecenie na rozbudowę pawilonu przed SKARBKIEM. Bo czego brakuje w Katowicach? Rynku. O rynku możemy mówić dopiero wtedy, kiedy coś się na nim dzieje, a teraz to nie jest rynek, tylko końcówka alei. Wcześniej funkcjonowało „Pod prasą”, choć w przyszłości ma podobno znów ruszyć. Zaprojektowałem więc kawiarnię pod zadaszeniem przed SKARBKIEM [patrz: zdjęcie obok – przyp. red.], ale jak dorwali się do tego moi koledzy, usłyszałem: „Nie no, taka architekturka!” Jest komisja urbanistyczna, ale Tomek Konior jest asem, z którym się liczą, a wtedy zagłosował przeciw. Połowa sali z sympatii dla mnie podniosła nieśmiało rękę w górę, ale taki już los architekta: Być chwalonym przez jednych… Koledzy twierdzili, że kawiarnia to taki „pryszcz” przylepiony do porządnego budynku. Inwestor oczywiście się znalazł, otrzymałem pozwolenie na budowę, co dzisiaj jest niezwykle trudne, ale zgasili mnie, mówiąc: „Panie Jurandzie, to taka przylepka.”

Jest Pan aktywny i pełen pomysłów, gdyby otrzymał Pan szansę na przebudowę Katowic z dzisiejszymi możliwościami, co by Pan zmienił?

Co bym zmienił? W SKARBKU na przykład pracuje sporo ludzi, których znam z czasów jego początków. Reprezentują swoją mimiką twarzy dawny slogan: Nie mamy tego. A dzisiaj w tym miejscu powinien pracować ktoś, kto się uśmiecha, zachęca do zakupu. Kiedyś bardziej adekwatne określenie sprzedawców brzmiało „urzędnicy”. Ekspedientka przychodziła na 8 godzin, po dniówce wychodziła, opłacano jej socjalne, wczasy. Dziś właściciel takiej firmy daje urlop i nie ingeruje w nic. Zasady propagowane w czasach komuny dziś już po prostu nie pasują. Dlatego właściciel budynku, który poparł mój projekt, bo projekt przecież przeszedł pierwsze oceny, liczył na to, że ta kawiarnia ożywi SKARBEK.

Klienci kawiarni w "Zenicie", zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Klienci kawiarni w „Zenicie”, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Przez wiele lat w Katowicach nic się nie zmieniało, teraz dopiero za sprawą wyburzenia dworca i przebudowy centrum miasto nabiera kształtu. Ale kiedy my działaliśmy, co przypadało na lata 60., miasto błyskawicznie się zmieniało, przybywało obiektów. Oczywiście architektura nie była wówczas taka piękna, nie było materiałów, a jak były, to jakościowo podłe: beton, asfalt. Jedyną walutą, dzięki której mogliśmy je uzyskać, był węgiel, a tego przecież mieliśmy pod dostatkiem. Dużą część dochodu narodowego przynosił właśnie Śląsk, importowano wtedy węgiel na cały kraj.

Jak już wybudowaliśmy śródmieście, czyli aleje Korfantego, Superjednostkę, „Haaperowiec”, prezydent wtedy bardzo zaniedbanego Wrocławia zaprosił nas, żebyśmy zrobili wystawę, która byłaby odpowiedzią na pytanie „Czy można w ogóle w tych warunkach robić nowe miasto?” Trafiliśmy na nazwisko Czernera – architekta, który założył Muzeum Architektury we Wrocławiu i właśnie ściągnął wszystkie nasze prace. Jako twórcy zostaliśmy zaproszeni na miejsce. Olgierd Czerner napisał wtedy piękny tekst o dawnej świetności Katowic pod względem architektury, co świadczy o tym, że Katowice były wówczas bardzo rozwojowe i dla wielu miast stanowiły wzór.

Oczywiście to nie jest takie miasto, które byłoby bardzo imponujące czy ciekawe. Zaprzepaszczono ciągłość architektoniczną.

Wnętrze "Zenitu", zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Wnętrze „Zenitu”, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Jest pan w komisji SARP-u wyłaniającej młode talenty. Jak się Pan zapatruje na dzisiejszych młodych architektów w Katowicach, ma Pan jakieś typy? W jakiej sytuacji obecnie są architekci?

Mamy kilka asów. Chociażby Robert Konieczny, który robi rewelacyjne domki jednorodzinne. Widać, że walczy o zrobienie większego budynku w przestrzeni miejskiej. Drugi to na pewno Tomasz Konior, ale jest cała grupa wspaniałych architektów, np. Tomasz Studniarek, który zaprojektował sąd przy Francuskiej.

Dziś bardzo trudno się przebić, bo namnożyło się uczelni kierunkowych. Wcześniej w całej Polsce funkcjonowało pięć uczelni architektonicznych, obecnie na samym Śląsku są trzy. Żal mi tych młodych ludzi, wcześniej łatwiej było dostać pracę, ponieważ było nas mniej. Teraz głównym problemem są niezwykle skrupulatnie prowadzone sprawy urzędowe. Dawniej było 20% urzędowego załatwiania, a reszta pracowania. Dziś jest odwrotnie – 20% to robota, a reszta to użeranie się z procedurami. Administracja bardzo się rozbudowała, może i dobrze, bo ludzie mają pracę, przedtem wszyscy się mieścili w jednym budynku na Młyńskiej.

Pawilony na ulicy Chorzowskiej, z prywatnych zbiorów architekta

Pawilony na ulicy Chorzowskiej

Był Pan architektem wojewódzkim?

Tak, muszę się wam pochwalić – przez dwa lata byłem architektem wojewódzkim. Przeprowadzono eksperyment z punktu widzenia Stowarzyszenia Architektów, od tego momentu, kiedy zaczęła działać „Solidarność”. Jurkowski, nasz prezes, koniecznie chciał, żebym został architektem głównym. W tej chwili o budowaniu w mieście decyduje prezydent, wcześniej organem decyzyjnym był wojewoda – miasto projektowali urbaniści, ich wizja jednak ograniczała się do budowania na płasko, nie było architekta, który operowałby trzecim wymiarem. Więc zaangażowali mnie, powiedziałem, że mogę w tym brać udział nie dłużej niż dwa lata, bo nie nadaję się do zarządzania ludźmi.

Najpierw byłem architektem Wydziału Architektury w województwie, a potem okazało się, że jestem samodzielnym Wojewódzkim Zarządem Urbanistyki i Architektury, i to już nie był pracownik urzędowy, tylko instytucja. Mogłem iść do pana wojewody i powiedzieć: „Panie wojewodo, ja sobie teraz projektuję Śląsk”. Wojewoda to zresztą człowiek na poziomie, bardzo inteligentny, tytan pracy. Wtedy zrobiło się właśnie tę autostradę śródmiejską, kolejnictwo, mieliśmy również w planie, żeby ruch kołowy przeprowadzić tak jak w Gdańsku, potem zaczęliśmy rozliczać kopalnie z tego, że wylewały odpady do rzek, czyli weszła w grę ochrona środowiska, więc trochę się działo.

Dla mnie ta praca również była zabawą, byłem ciekawy i chciałem zobaczyć, jak się tam pracuje, ale nie nadawałem się do tego, czułem to i czekałem tylko, kiedy się skończy. W pewnym momencie, po roku mojej pracy na tym stanowisku, Jan Paweł II pojechał do Rzymu i rząd pozwolił budować kościoły, ale na nie więcej niż 600 metrów kwadratowych. W tamtym okresie wybudowało się więcej kościołów w Polsce niż w całej Europie w ciągu roku. I my mieliśmy takie obostrzenia: nie krytykować, wydawać pozwolenia. Miałem wtedy kreślarza, który się tym zajmował przed moim przyjściem, ale nie był nawet architektem. I kiedy się dowiedziałem, że to on będzie analizować, czy kościół nadaje się do postawienia przykładowo w Murckach, pomyślałem sobie, że to nie on powinien o tym decydować i zmieniłem go na kogoś innego. Kiedy to zrobiłem, poprosili mnie „na słówko” (nad wojewodą był przewodniczący PZPR). Wojewoda wtedy powiedział: „Panie Jarecki, jest taka prośba do pana, żeby nie zwalniał pan tego kreślarza, bo on tu już jest dłuższy czas”. A przewodniczący: „Niech się pan zastanowi, bo pan jutro może tu nie pracować”. A ja odpowiedziałem: „Jutro? Dziękuję bardzo, już mam tego powyżej uszu!” (śmiech) Byłem taki dumny z siebie. Wytrwałem tam dwa lata, otrzymałem złoty krzyż zasługi i zabawa się skończyła. Na moje miejsce przyszedł mój kolega Andrzej Czyżewski.

Ekspedientka w "Skarbku", zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Ekspedientka w „Skarbku”, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Jurand Jarecki jest pasjonatem sportu, zimą jeździ na nartach, latem biega w parku, ale największą Pana miłością jest lotnia.

Tą moją pasją do lotni zaraziłem nawet Erbina Cieszyńskiego, świetnego architekta, który w końcu sam zaczął projektować swoje lotnie, a że mieszkał w Superjednostce, a rura do lotni musiała mieć 6 metrów (tyle wynosiła wielkość jego pokoju), miał niezłe perypetie. Erbin projektował i budował swoje lotnie, pamiętam, że tak się w nich rozkochał, że któregoś dnia dyrektor „Miasta projektów” przyszedł do jego gabinetu, gdzie miał narysowane przekroje lotni, i zapytał: „Co to jest, Cieszyński?” „Lotnia, panie dyrektorze!” „Ale pan ma przecież robić szkołę!” „Szkołę się zbuduje, ale lotnia, lotnia się liczy, panie dyrektorze!” „Ale nie będzie pan miał premii.” „Ale to nie szkodzi, ja pana zapraszam, kiedy będę latał!”

I rzeczywiście, kiedy pojechaliśmy na Żar i pierwszy raz wyleciał, oderwał się wreszcie od ziemi, krzyczał jak dziecko: „Leciałem, leciałem! Hurrraa!”

Jak się Pan dziś czuje, przechadzając się po SKARBKU czy ZENICIE, znając tu każdy kąt? Pracujące tam kobiety pewnie nawet nie wiedzą, z kim mają do czynienia?

Ja nawet się nie garnę do uzewnętrzniania. Później powiedzą: „Panie, co pan tu zrobił? Co się drzwi otworzą to mi tu zimno leci!” (śmiech)

Jurand Jarecki nad makietą Zenitu, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

Jurand Jarecki nad makietą Zenitu, zdjęcie pochodzi z prywatnej kolekcji architekta

No to już chyba wiecie o mnie wszystko…

 

 

PIERWSZĄ CZĘŚĆ ROZMOWY Z ARCHITEKTEM ZNAJDZIECIE

>TUTAJ<