Gatunek Volontarius culturalis?

To już druga odsłona tego tematu w Reflektorze. I choć spóźnienie jest spore, sam temat nabrał w ostatnich miesiącach dość wyraźnego, nowego kontekstu. Początek roku to również nowy rozdział w życiu każdej instytucji kultury. Nowe rozdanie kart na stołach urzędów i fundatorów kultury na Śląsku. Nie pozostaje to bez wpływu na to, jak postrzegamy dziś wolontariat. Jak ma się odnaleźć wolontariusz w dzisiejszej sytuacji kultury na Śląsku?

– Tak, uważam, że wolontariat jest potrzebny w instytucjach kultury, jednak musi zmienić się podejście ludzi angażujących wolontariuszy. Często bowiem wykorzystują oni w nieodpowiedni sposób ogromny potencjał młodych ludzi, którzy jeszcze chcą coś robić. Zatem wysyła się ich na pocztę, każe im się zaparzyć kawę, czasem pojawić się na jakimś evencie, ale jako „ulotkarz” albo „witacz”. Oczywiście są to odpowiednie zadania dla niedoświadczonego, ale poprzeczkę trzeba podnosić. Gdyby wolontariusz chciał zostać baristą, zatrudniłby się w kawiarni, a nie w Instytucji Kultury. Wolontariat powinien być pierwszym stopniem do prawdziwej działalności na rzecz kultury, a nie pomysłem na całe życie. WOLONTARIAT TO NIE ZAWÓD! – na pytanie o to, czy wolontariat jest dziś potrzebny, odpowiada Marzena, wieloletnia wolontariuszka.

Pisząc o wolontariacie, niezwykle trudno pisać tak, aby nie natknąć się na choćby jedną dyskusyjną minę – temat, który wolelibyśmy przemilczeć, by nie zagłębiać się w kwestie koneksji, poparcia udzielanego jednym, a zabieranego innym, zadań zlecanych wolontariuszom, ocierających się o cienką granicę wyzysku, czy w problemy finansowe i zarządcze w instytucjach, które przecież wolontaryjny rynek kształtują – czy tego chcemy, czy nie. Bo wolontariat spokojnie można nazwać swoistym rynkiem. Zaświadczenia o odbytym stażu, praktykach czy wolontariacie weszły niejako w obrót akcyjny. Im więcej wystawionych opinii, tym więcej „papierów wartościowych”. Czy taka kolekcja jest jednak rzeczywiście wartościowa? Łatwo operować ekonomicznymi metaforami, lecz kultura i sztuka – choć dziś tak często muszą mierzyć się z biznesem czy marketingiem – chyba na innych fundamentach stać powinny.

– Sama idea wolontariatu jest w porządku: pomaga zdobyć doświadczenie, nabyć nowych umiejętności, nawiązać nowe kontakty. Jest tylko jedno „ale”… Wolontariat jest nadużywany podobnie jak słynne umowy śmieciowe. Często się zdarza, że po 2-3 latach mamy ogromne doświadczenie, ale żadnych szans na wynagrodzenie, bo przecież łatwiej jest „zatrudnić” studenta, który zrobi coś za darmo. O ile roznoszenie ulotek czy opieka nad artystą nie wymaga większych nakładów pracy (poza dyspozycją dysponowaniem czasem), to przecież często w ramach wolontariatu powierza się bardziej odpowiedzialne zadania. W zasadzie to moje jedyne zastrzeżenie do tej instytucji – wszystko fajnie, ale niech to nie będzie w taki sposób nadużywane! Ok, kultura i tak ledwo dyszy, ale to jest błędne koło… – wyraża swoje obawy Magda, 24-letnia studentka, która na co dzień musi godzić zainteresowania humanistyczne z pracą w korporacji, żeby móc się utrzymać.

Stoisko TAKK!u na ulicy Mariackiej w czasie Dni Wolontariatu. fot. Szymon Orłowski

Stoisko TAKK!u na ulicy Mariackiej w czasie Dni Wolontariatu. fot. Szymon Orłowski

Co ciekawe, wolontariat (w swojej bardzo prostej definicji) jest przecież bezpłatną pracą w szczytnym celu, np. pomocy osobom potrzebującym, lub zaczątkiem pracy – sprawdzianem, czy potrafimy poruszać się w danej dziedzinie. Często jednak zapominamy o w pełni charytatywnym wymiarze słowa „wolontariusz”. Jak podkreśla Dariusz Stawik, pracownik Regionalnego Centrum Wolontariatu: – Praktycznie każdy może zostać wolontariuszem lub wolontariuszką, bo każdy ma cechy i umiejętności, które może wykorzystać na rzecz jakiegoś dobra. Natomiast podstawą jest oczywiście to, żeby do swoich zadań podchodzić odpowiedzialnie. – Celowość wolontariatu podporządkowana jest więc raczej niepoliczalnym korzyściom. Coraz częściej jednak ta forma aktywności utożsamiona zostaje z koniecznością, przymusem zaliczenia jeszcze jednego etapu na drodze zawodowej, co odziera go zupełnie z prostej przyjemności zaangażowania się bez oczekiwań na zysk i wymierne przełożenie na uzyskanie pracy zawodowej. Ekonomia wolontariatu staje się niestety coraz powszechniejszą praktyką, wypuszczając po studiach coraz więcej młodych osób, które wprawdzie chcą być wolontariuszami, lecz nie zawsze rozumieją, że nie jest to forma przynosząca bezpośredni zysk. I – choć to nie odkrywcze stwierdzenie – na rzecz wywodu trzeba powiedzieć wprost: pieniędzy na kulturę jest coraz mniej. Nigdy nie była to sfera pierwszej potrzeby, nie jest nią również dziś. Lecz wszechobecny kryzys miejsca pracy w kulturze, warunków pracy i zysków z pracy w kulturze dotyczy problemu wolontariuszy bardzo mocno. Zniechęcają się nawet ci w mniejszości egzystujący wolontariusze, którzy rozumieją autoteliczność działań wolontaryjnych i po prostu robią to z pasji. Bo jak ze spokojem zaangażować się w szczytny cel, gdy coraz więcej barier stawia zwykła codzienna konieczność zarobku i zapewnienia sobie podstawowego zabezpieczenia na życie?

– Wolontariat to najlepsza forma sprawdzenia siebie i ewentualnych przyszłych miejsc pracy. Zdobytego doświadczenia, wiadomo, nikt nie odbierze. Czasami można trafić w „bardzo złe miejsca” i wolontariat pozwala opuścić je w najdogodniejszym momencie, i nie traci się wtedy czasu. Taka forma zdobywania nowych umiejętności jest o tyle dobra, że można ją dopasować do zajęć na wydziale czy pracy. Można wymieniać jeszcze wiele korzyści, m.in. towarzyskich, ale niech każdy przekona się sam. Jednak, co może irytować najbardziej, to brak jakiegokolwiek wynagrodzenia za wykonaną pracę, pod którą czasami ktoś inny się podpisuje. I nawet nie mam na myśli pieniędzy, ale np. możliwość skorzystania z wejść na wystawy, do kin czy w inne różne miejsca, albo też możliwości wzięcia udziału w szkoleniach, warsztatach organizowanych przez dane instytucje. Cenię sobie szalenie wymianę informacji w środowisku wolontariuszy o konkretnych miejscach. Mapa Katowic jest oznaczona instytucjami, które warto odwiedzić, i takimi, na które szkoda tracić chwili – konstatuje szczerze Agnieszka, wolontariuszka większości instytucji kulturalnych w Katowicach.

Boom na wolontariat?

Od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej stało się jasne, że podobnie jak gospodarka czy polityka, kultura zmieni nieodwracalnie swoje oblicze. A raczej nie tyle sama kultura, co sposób organizacji życia kulturalnego, formy funkcjonowania instytucji kultury i ścieżki, jakie osoby zajmujące się kulturą muszą przebyć, by zrealizować swoje działania artystyczne. I tu właśnie pojawiło się i zagościło na dobre w naszym języku słowo „projekt”. Słowo, które zaczęło otwierać większość kulturalnych zasobów finansowych. Cieszyć się też zaczęli działacze, bo unijne programy dają możliwości, o których wcześniej nawet nie można było marzyć. Wyjazdy, wymiany międzynarodowe, sprowadzanie zagranicznych artystów, nowinek ze świata. A że w narodowym kodzie genetycznym mamy dość dobrze ugruntowane afirmatywne podejście do wszystkiego, co zagraniczne, z korzyści projektowych zaczęliśmy czerpać garściami.

Chyba nie muszę mówić, kto miał za zadanie zawiesić na wszystkich latarniach Mariackiej kiści powiewających odblaskowych wstążek... fot. Szymon Orłowski

Chyba nie muszę mówić, kto miał za zadanie zawiesić na wszystkich latarniach Mariackiej kiści powiewających odblaskowych wstążek… fot. Szymon Orłowski

Nie była to jednak wymiana bezzwrotna. Unijne programy stawiały i stawiają nadal priorytety, którym należy działalność kulturalną podporządkować. Priorytety są szczytne – „rozbudzanie świadomości europejskiej”, „przeciwdziałanie ksenofobii i nietolerancji”, „budowanie społeczeństwa obywatelskiego” i wiele innych. Wśród nich znalazła się również idea wolontariatu – z jednej strony jako sposób na angażowanie obywateli na rzecz całej społeczności w obszarze pomocy, a z drugiej jako narzędzie edukacji i nabywania umiejętności zawodowych. Na trzecim poziomie wolontariat zaczął również egzystować jako jeden z istotniejszych atutów wnioskujących instytucji – ilość bezpłatnie zorganizowanych zasobów ludzkich przy projektach stawała się wymiernym wkładem własnym instytucji. Budżet każdego projektu zyskiwał w ten sposób kilka dodatkowych punktów. I choć dwa pierwsze powody z pewnością nie tracą autentyczności – faktycznie praca przy różnego typu wydarzeniach kształtuje charakter, uczy, a w wielu przypadkach pozwala też pomagać innym, bardziej potrzebującym – trudno nie dostrzec faktu, jak dalece unijne regulaminy stymulują rozpowszechnianie pewnych praktyk wobec wolontariuszy.

Sama unijna konstrukcja dotacji na kulturę wytworzyła swoisty mikrosystem językowy, w którym słowa „tolerancja” czy „społeczeństwo”, przez swoją ogólnikowość i możliwość przypisania do wybranego projektu, zatraciły swoje rzeczywiste umocowanie w życiu. Czy wiemy, czym jest tolerancja? Czym jest społeczeństwo obywatelskie? I nie chodzi w tym miejscu o banalizowanie kwestii pozyskiwania funduszy na kulturę. Wiele bardzo cennych inicjatyw kulturalnych nie odbyłoby się bez nich. Nie jest to też zajęcie dla byle kogo. Trzeba dobrze orientować się w wytycznych programowych, sprawnie redagować i formułować treści, szukać najbardziej dopasowanych do inicjatyw projektów. Lecz z samym pojęciem kultury podziało się pod wpływem tych mechanizmów coś bardzo niepokojącego. Bo czym jest tak naprawdę działalność kulturalna, jeśli w formularzu aplikacyjnym może być wszystkim i niczym jednocześnie? Jacy powinni być ludzie, którzy taką działalność promują?

Wydaje się, że powinni być takimi samymi społecznikami, artystami, edukatorami, wolontariuszami, specjalistami w swoich dziedzinach, jakimi zawsze byli. Jednak wymogi projektów sprawiają, że zaczynamy oczekiwać od nich również umiejętności nowego typu. Najbardziej pożądanym profilem działacza kulturalnego jest obecnie hybryda managera, artysty, urzędnika i edukatora. Tak, by kultura mogła jednocześnie być wysokoartystyczna, popularna i akceptowana wśród społeczeństwa, pożyteczna pod kątem edukacji, a także dobrze zorganizowana i wypromowana. Ilość wewnętrznych sprzeczności w tak pomyślanej formule przekracza możliwości rozwiązania tego w sposób zadowalający wszystkich. Wolontariusze natomiast są w tym układzie w bardzo trudnej sytuacji. Powyższy wywód o położeniu kultury w orbicie unijnej również nie został przytoczony bez powodu – wolontariusz jest przecież w zamyśle projektem potencjalnego działacza kultury.

Ogromne podziękowanie dla koordynatorki większości akcji i "mamy" wszystkich TAKK!owych wolontariuszy - Ewy Surowiec. Dowodzi, że w każdej instytucji niezbędna jest osoba odpowiednio zarządzająca wolontariuszami i rozdzielająca zadania, a jednocześnie dająca pozytywny feedback, że ta praca jest potrzebna i doceniana. fot. Szymon Orłowski

W każdej instytucji niezbędna jest osoba odpowiednio zarządzająca wolontariuszami i rozdzielająca zadania, a jednocześnie dająca pozytywny feedback, że ta praca jest potrzebna i doceniana. fot. Szymon Orłowski

Marzena wśród cech idealnego wolontariusza wymienia następujące elementy: – Na początku działalności: zaangażowanie, zapał, kreatywność, otwartość, dyspozycyjność. Niestety na końcu często wolontariusza dopada IRYTACJA! –Przeważająca liczba odpowiedzi na to pytanie jest taka sama. Obok pozytywnych przymiotów, takich jak kreatywność, pomysłowość, zaangażowanie, pojawiają się po chwili określenia stanów, w które pozytywne emocje mogą się szybko przerodzić: irytacja, frustracja, niezdecydowanie, zmęczenie itp. Trudno dziś znaleźć kogoś, kto po intensywnej przygodzie z wolontariatem będzie miał krystalicznie czystą opinię o tym doświadczeniu.

– Są instytucje kultury, które w bardzo fajny sposób współpracują z wolontariuszami i są świadome, że jest to właśnie współpraca, a nie forma łaski. Niestety jednak w większości przypadków wolontariuszy traktuje się bardzo nieprofesjonalnie (co wpływa potem także na ich nawyki). Przede wszystkim jednak nikt nie zapewnia wolontariuszom tego, co dla nich jest najważniejsze, a mianowicie perspektyw zawodowych. Pierwsza, druga, trzecia akcja i co dalej? Nie chodzi mi o dawanie pracy, ale o pomoc w momencie, kiedy taki wolontariusz wchodzi na ścieżkę zawodową, a który przez parę lat poświęcał swój czas dla instytucji. Powinien w jakiś sposób odczuć pomoc z jej strony: propozycje staży, praktyk, uruchomienie kontaktów. Czas zmienić „pokolenie wolontariatu” w „pokolenie ludzi sukcesu”! – kontynuuje Marzena.

Kim zatem jest dziś wolontariusz?

Idealistą szukającym pola do realizacji własnych ambicji, pomysłów, zainteresowań? Pragmatystą, który szuka doświadczenia, potwierdzenia własnych umiejętności i podniesienia kwalifikacji? Czy może sytuuje się pomiędzy tymi dwoma postawami, tworząc zupełnie nowy gatunek działacza? Czy istnieje coś takiego jak gatunek: „wolontariusz”?

Odpowiedzi na pytanie o profil współczesnego wolontariusza kulturalnego uszeregować możemy od bardzo zdecydowanych, ukierunkowanych na prestiż, do tych bardzo idealistycznie nastawionych. Prawda spotyka się z pewnością gdzieś w połowie.

Jeden koniec kija reprezentują takie wypowiedzi, jak choćby 24-letniej Magdy, pracującej w Samorządzie Studenckim, okolicznościowej wolontariuszki w instytucjach kultury w Katowicach: – Musi być przebojowy i pełen pomysłów i nie bać się podejmowania samodzielnych decyzji. Ludzie bez charakteru są na przegranej pozycji. – Na pytanie, czy wolontariat jest potrzebny i czy rzeczywiście daje odpowiednie przygotowanie do późniejszej pracy zawodowej, odpowiada: – Jak najbardziej. Studenci bez doświadczenia nawet z 5 na dyplomie są mało interesujący dla pracodawców. Lepiej mieć 3 i masę dodatkowych rzeczy, które się robiło na studiach niż 5 i nic poza tym.

Po drugiej stronie, gdzie króluje idealizm i brak wątpliwości, sytuuje się między innymi Martyna, od kilku lat poszukująca swojego miejsca w życiu właśnie poprzez wolontariat. Cieszą ją więc nawet najdrobniejsze przejawy zdobywanych umiejętności. – Nie wiem jeszcze, co będę robić, jak będę duża, ale myślę, że wszystko, co robimy, ma jakiś sens i może być wykorzystane w przyszłości. Więc nawet jeśli będę miała siedzieć za biurkiem, to wiem już, na jakim krześle, przy jakiej muzyce i gdzie będę szukać taśmy klejącej – podsumowuje.

Wielu odpytywanych wolontariuszy jako najcenniejszy skarb wolontaryjny – chciałoby się rzec: „zagarnięty łup” – wskazuje również nawiązane kontakty. Marta, wolontariuszka, która dwa lata temu zaczęła swoją przygodę z wolontariatem w ramach TAKK! – Tymczasowej Akcji Kulturalnej Katowice (organizowanej przez Rondo Sztuki w Katowicach z okazji Polskiej Prezydencji w Unii Europejskiej), opowiada o ludzkim kapitale wolontariusza: – Prawdę mówiąc, praprzyczyną tego, że zgłosiłam się na wolontariat, była nuda i brak ciekawszych pomysłów na spędzenie wakacji. Potem pomyślałam, że na pewno dzięki temu poznam nowe osoby, które mają podobne zainteresowania. I jak się okazało, spotkałam masę fantastycznych osób, których (nie studiując kulturoznawstwa albo na ASP) nie miałabym szans poznać. Poza tym zobaczyłam, jak wygląda praca w instytucji „od kuchni”. Przed wolontariatem miałam szokująco mylne wyobrażenie na ten temat. Podsumowując: wolontariat to moim zdaniem świetne przeżycie, ale zależy w olbrzymim stopniu od ludzi. Efekt w każdym razie jest taki, że kiedy widzę na tablicy opublikowaną informację o wolontariacie przy Ars Cameralis, to jest mi bardzo smutno, że mój grafik nie pozwala mi krzyknąć: „JA CHCĘ!”.

Wszystkie odpowiedzi udzielone przez wolontariuszy wskazują, że wolontariat za każdym razem czegoś uczy: zarówno poprzez pozytywne, jak i negatywne doświadczenia. Zazwyczaj też kształtuje charakter. Ostatecznie to właśnie sam wolontariusz przygląda się sobie w trakcie wolontariatu, ma szansę rozpoznać, w czym jest dobry, a w czym niekoniecznie, czy chce dawać się wykorzystywać za darmo, czy może zasługuje na większą gratyfikację za swoją pracę.

To też test na to, w jakich sytuacjach jesteśmy w stanie się poświęcić jakiejś idei, pomocy drugiej osobie czy wspólnemu przedsięwzięciu. Zaskakująco mało osób dziś otwarcie mówi o tym, jak wolontariat może kształtować wyznawane przez nas wartości, a nie jedynie pobudzać naszą aktywność czy rozwijać nasze umiejętności. Przykładowo, na pytanie, czy w obliczu rosnącej tendencji do promowania tzw. „praktycznych” umiejętności zawodowych wolontariat traci, czy zyskuje na znaczeniu, Dariusz odpowiada: – Jeśli miałbym do wyboru: zdobywać doświadczenia w korporacji czy w organizacji broniącej praw człowieka albo spełniającej dziecięce marzenia, to ta druga opcja wydaje mi się ciekawsza. – Czy współczesny volontarius culturalis odpowiada sobie na takie pytania? Obawiać się należy, że coraz rzadziej…

Jeśli czymś wyróżniać się ma kulturalny wolontariat, to właśnie tym, że w sytuacji, gdy nie jest to praca interwencyjna na rzecz osób wykluczonych społecznie, chorych czy będących w potrzebie, odsłaniają się prawdziwe intencje. Podobnie nieuczestniczenie w wolontariacie społecznym stanowi dość wyraźny sygnał, że współczesny wolontariusz unika trudnych i pełnych wyrzeczeń przestrzeni do pracy. Pomagając innym, zawsze zyskujemy wartość w postaci obdarowania kogoś naszym czasem, pomocą. – Kilka miesięcy temu uczniowie i nauczyciele z Gimnazjum nr 19 w Katowicach zorganizowali siatkarski mecz charytatywny. Udało im się zaprosić trenera reprezentacji Polski, Andreę Anastasiego; zebrali naprawdę sporą kwotę na rzecz chorego na raka Maćka. To szkoła, z którą od dawna współpracujemy i w której promujemy wolontariat, głównie poprzez spotkania z uczniami i warsztaty dla nich. Ten przykład pokazuje, że chociaż na Śląsku (tak jak w całym kraju) wolontariat jest mało popularny, to jednak propagowanie tej idei przynosi czasami naprawdę niezwykłe efekty – podkreśla Dariusz Stawik.

Wolontariat w kulturze wydaje się przy tych działaniach czymś bardzo prozaicznym, wręcz rozrywkowym. Każde uzyskane przez nas zaświadczenie o wolontariacie kulturalnym staje się nie tylko papierem wartościowym na wolontaryjnym rynku, ale również papierkiem lakmusowym dla naszego zaangażowania. Kto potrafi czytać między wierszami, wyczytać może intencje do podejmowania wolontariatu. Nie zawsze jednak natykamy się na tych, którzy tak wnikliwej weryfikacji dokonują. A powinni. W niedługim czasie tak jak dyplom studiów wyższych, tak i dokumenty o praktykach lub wolontariacie utracą swoją wymierność. Problem jest ten sam – z obawy przed niekompetencją wielu młodych ludzi zaczyna grać w grę „kto da więcej”.

 Czasem wolontariusz też musi odpocząć. fot. Szymon Orłowski

Czasem wolontariusz też musi odpocząć. fot. Szymon Orłowski

Stąd pytanie, czy istnieje coś takiego, jak gatunek: „wolontariusz”, to w zasadzie pytanie o to, jaki typ osobowości kształtuje współczesne środowisko kulturalne. Z jednej strony prawie każdy unijny wniosek przychylnie patrzy na angażowanie wolontariuszy, rozsiewając w ten sposób po Europie ideę wolontariatu, mnożąc zapotrzebowanie wśród zarządzających placówkami kulturalnymi. Jest to jednak idea promowana jako praktyczny sposób zdobywania umiejętności, a przecież nieodpłatne angażowanie się w ciekawe dla nas inicjatywy istniała na długo przed tym, jak utożsamiono ją z nazwą „wolontariat”. Na skutek dobrze postrzeganej cechy instytucji kultury, jaką jest „posiadanie wolontariuszy” zmienił się układ sił. Instytucje „muszą”, a więc każdy wolontariusz jest mile widziany. Jeśli nie jest dobrym wolontariuszem, nie uczy się wystarczająco szybko i efektywnie, by jego praca przynosiła odpowiednią korzyść, nie ma to znaczenia. Nie zawsze też instytucje są gotowe na przyjęcie wolontariuszy. – Sieć centrów wolontariatu organizuje co roku konkurs „Organizacja Przyjazna Wolontariuszom”. Zgłaszają się do niego organizacje i instytucje, które mają rozbudowane programy wolontariackie i bardzo profesjonalnie podchodzą do współpracy z wolontariuszami. Aczkolwiek nie jest to niestety regułą – często organizacjom brakuje wiedzy w takich podstawowych kwestiach, jak porozumienie wolontariackie czy ubezpieczenie wolontariuszy – zaznacza Dariusz Stawik.

Przeważnie przymus bezpłatnej pomocy w instytucji ruguje naturalny system selekcji wolontariuszy. Dziś wystarczy być, nie trzeba wiedzieć/potrafić/być przygotowanym. Nie sprzyja to więc faktycznemu nabywaniu umiejętności, a tylko podtrzymuje patologiczny stan wolontaryjnej apatii. Liczy się sam fakt uczestnictwa, a nie samo przeżycie tego uczestnictwa. Na wagę złota są oczywiście wolontariusze z pasji, lecz tych jest przeważająca mniejszość.

Czy więc volontarius culturalis jest na wymarciu?

Podsumowanie całego tematu jest niezwykle trudne. Problem wolontariatu w kulturze jest trochę jak problem w przeciętnej rodzinie. Są rzeczy, za które kochasz ją bezwarunkowo, bo przecież możesz się od niej wiele nauczyć, to przy niej stawiasz pierwsze kroki i uczysz się podstawowych umiejętności. To rodzina uczy cię, jak się żyje wśród ludzi, a kiedy trzeba wygospodarować czas dla siebie. Jak w każdej rodzinie są też niedoskonałości, konflikty, natrętne cechy, które przeszkadzają i bolą. I choć powodują okresowe bunty i sprawiają, że mamy dość, ostatecznie chowane są głęboko, a po wielu latach wspominamy to z uśmiechem jako małe kłopoty okresu dojrzewania. Metafora być może nie najlepsza z możliwych. Może trochę naiwna i idąca na kompromis. Jednak życie pokazuje, że na podobne kompromisy w przypadku życia zawodowego decydujemy się każdego dnia.

Tak jak nie ma pewności, że po dobrze wybranych prestiżowych studiach odnajdziemy szczęście w życiu zawodowym bez wolontariatu, tak nie możemy jednoznacznie stwierdzić, że nawet chaotyczne, kompulsywne ładowanie się przez kilka lat w wolontaryjny rynek w końcu nie zapewni nam upragnionej posady w dziedzinie, którą lubimy. Można więc albo bezczynnie stać i narzekać na to, co buduje nieprzyjazną atmosferę wokół pracy wolontariusza, albo spróbować swoich sił i przekonać się samemu.

To, co z pewnością mogłoby ulec zmianie na lepsze, to świadome podejście do wolontariatu – podejmowanego nie tyle ze strachu, co z chęci przeżycia przygody, nie z wizją pragmatysty, który przeliczy ilość zaświadczeń na punkty do przyszłej kariery, a z wizją pasjonata, który chce zobaczyć kulturę z różnych stron. A ponieważ coś niedobrego zaczyna się dziać w obliczu wszechobecnych katastroficznych wizji upadku kultury, narzekania na brak przyszłości, na brak pieniędzy, na odczuwalną powszedniość i szarość życia, jak najbardziej potrzebni są młodzi, aktywni, pomysłowi, kreatywni (lista cech dostępna w którymś z akapitów powyżej)… I niech sobie będą jednocześnie trochę sfrustrowani, zirytowani – takie czasy, trudno się pozbyć nawiedzających czasem niepokojów – ale niech działają!

Traktując volontarius culturalis jak każdy inny zagrożony gatunek, ogłosić należy zatem powszechną akcję ochrony pierwotnie występującego w śląskim ekosystemie kulturalnym osobnika. Szkoda by było, by żyjący od wielu lat na tych terenach okaz zniknął z powierzchni ziemi. Miejmy nadzieję, że to przejściowe problemy w kulturze, a nie kulturalna epoka lodowcowa…

Przy okazji artykułu, dla ocieplenia gorzkiego zabarwienia refleksji o dzisiejszych nadużyciach idei wolontariatu, pozwolę sobie zamieścić zdjęcia świadczące o jasnej stronie tego, co wolontariat może dać. Z własnego 6-letniego doświadczenia wolontaryjnego wiem, że pewne chwile są bezcenne. Wybrane zdjęcia pochodzą z 2011 roku i TAKK!! Tymczasowej Akcji Kulturalnej Katowice, organizowanej przez Rondo Sztuki w Katowicach z okazji polskiej prezydencji w UE. Bez względu na ogrom pracy i presję czasu w pamięci zostają również kolorowe chwile, kolorowi ludzie i przypadki, które zdarzają się raz w życiu. Pozwolę sobie z tego miejsca podziękować wszystkim, którzy inicjatywę tę zorganizowali i całej wolontaryjnej TAKK!-owej ekipie.

Anna Duda