Animowane multizmartwychwstanie

FrankenweenieFilmy Tima Burtona odznaczają się wyraźną specyfiką i charakterystycznym klimatem. Publiczność podziwia go za baśniowość oraz pewną dozę malowniczej fantastyki wtłaczane w kreowany świat. Wystarczy wspomnieć takie filmy jak „Edward Nożycoręki” czy „Charlie i fabryka czekolady”. 

Czekoladowe fontanny, pnące się kolorowe drzewa w fabryce Willy’ego Wonki. Postać Edwarda z rozwichrzoną czarną czupryną, nieprzeciętnie bladą twarzą i nożycami zamiast rąk. Zwykły, biedny chłopiec, który trafia do miejsca tak pięknego (co prawda zwodniczo), że wcześniej nie był w stanie sobie tego wyobrazić. Powołany do życia wrażliwy cyborg artysta próbuje odnaleźć się w miasteczku na peryferiach. Świat baśni dla dorosłych miesza się tu ze światem rzeczywistym. Nigdy nie jesteśmy tylko „gdzie indziej”. Przede wszystkim reżyser przyzwyczaja do aktorów.Niesamowicie dobrych aktorów, którym w krwi buzuje burtonspirit. Niektórzy mogą czuć się znużeni, oglądając w kolejnym filmie Burtona Johnny’ego Deppa czy Helenę Bonham Carter, ja jednak wtedy czuję, jakbym rozpakowywała ulubione czekoladki ze świątecznych opakowań. Nadzienie niby to samo, ale nowe opakowanie zupełnie zmienia smak. Jednak po ostatniej produkcji reżysera czułam się, jakbym zjadła zbyt dużo bardzo sztucznej folii. „Mroczne cienie” były wyprodukowane zbyt konsumpcyjnie, zbyt mało autora znalazło się w jego dziele, wykonano zbyt wielki ukłon w stronę multipleksów. Co innego „Frankenweenie”.

FRANKENWEENIE

Victor Frankenstein jest klasowym odludkiem, wyraźnie odstającym od reszty uczniów nieumiejętnością nawiązania relacji z rówieśnikami. Żyje światem wewnętrznym i swoją pasją, którą jest kręcenie filmów. Klasa także jest niczego sobie. Należą do niej m.in. przygarbiony Edgar o aparycji zbliżonej do dzwonnika z Notre Dame, dziwna dziewczynka z wytrzeszczonymi oczyma i kotem, z którego odchodów wróży, statyczna Elsa van Helsing z ogromnymi czarnymi kucykami, Toshiaki mówiący z rosyjskim akcentem czy otyły Bob. Victor w tej plejadzie osobliwości wydaje się dość „niepozorny”. W oczy rzuca się wiele podobieństw pomiędzy życiem Victora a dzieciństwem Tima Burtona. Reżyser wychował się w typowym amerykańskim miasteczku, w którym niewiele się działo (takie mamy i we „Frankenweenie”). Nigdy nie był gwiazdą szkoły. Uciekał w świat wyobraźni, godzinami oglądając kultowe horrory.

Frankenweenie

Wróćmy jednak do fabuły filmu. Nad Victorem zaczyna ciążyć klątwa. Jego ukochany pies, a zarazem jedyny przyjaciel – Sparky (w wersji polskiej po prostu Korek) – umiera potrącony przez samochód. Chłopiec nie może się z tym pogodzić. Zaczyna knuć plan powiązany ze szkolnym konkursem z fizyki. Za wszelką cenę chce wskrzesić pupila. Staje się młodocianym doktorem Frankensteinem z laboratorium na strychu. Nie jest zagadką, że eksperyment mu się udaje i to w zasadzie nie raz… Jego starania implikują zmiany w całym miasteczku. Wprowadzają do niego chaos i zamieszanie.

Frankenweenie

We „Frankenweenie” pojawia się motyw powrotu do korzeni. Urzeka mnie w tym filmie użycie animacji, za którą uwielbiam Tima Burtona. Użycie techniki poklatkowej oznacza dużo pracy, ale daje ciekawy efekt. Ten typ animacji różni się w widoczny sposób od komputerowej. Przekształcając obiekt w nieznaczny sposób w każdej z dwudziestu czterech klatek ujętych w sekundzie filmu, powodujemy ruch tego obiektu. Dzięki temu ruch postaci jest mniej płynny od postaci animowanych za pomocą najnowocześniejszych technik komputerowych. Postaci z wielkimi wyłupiastymi oczyma, chudymi rączkami, każda charakterystyczna i niesamowicie indywidualna. poruszają się dzięki temu także swoiście.

Frankenweenie

Ponadto w filmie można rozpoznać nawiązania do wielu znanych motywów. Pojawia się postać Igora, która zawsze przejawia się jako zgarbiony, zazdrosny pomocnik szalonego naukowca. W tym wypadku jest to kolega głównego bohatera, który wchodzi z nim w „spółkę”. Pies z sąsiedztwa ma fryzurę żony Frankensteina. Ożywiony żółw powiększony do nadludzkich i nadzwierzęcych rozmiarów jest odwołaniem do King Konga. Wszystko w czerni i bieli, lekko tchnie niemieckim ekspresjonizmem. Niewątpliwe dla wielbicieli stylu Burtona miły powrót do ulubionych widoków. Przy tym wszystkim stylizacja obrazu na soft horror, w dodatku klasy B.

Frankenweenie

W filmie nie pojawia się nic nowego, nie ma wielu zwrotów akcji czy zaskakujących splotów fabularnych. Wszystko to skądś już znamy. Profile bohaterów, świat, zdarzenia. Jednak nie wszystko. Burton, reanimując wiele motywów oraz własny film, dodaje sporo smaczków i czarnego humoru. Reanimuje bowiem swoje dzieło sprzed (sic!) dwudziestu ośmiu lat. W 1984 roku, pracując już w wytwórni Disneya, stworzył 27-minutowy film. Fabularnie dokładnie taki sam: o przyjaźni chłopca z psem, zdolnej wygrzebać zwierzę z grobu. Był to jednak film aktorski, nie animacja. Wytwórnia nie zgodziła się na jego produkcję. Twierdzili, że nie jest przeznaczony dla dzieci. Wtedy Burton dopiero rozwijał swój styl. Pierwowzór obecnego „Frankenweenie” czekał na premierę osiem lat. Powrócił po dwudziestu. Victor lubi wykopywać zwierzęta, a Burton swoje pomysły. „Frankenweenie” to zdecydowanie film do poobserwowania, pochłonięcia, niekoniecznie do oglądania i oceniania. Burton powrócił, nie w wielkim stylu, ale za to do siebie.

Frankenweenie, reż. Tim Burton, 2012