Leśne porno

Fuck for forest jest filmem w szczególności dla tych, którzy myślą, że widzieli w kinie już wszystko. To również film dla tych, którym wydaje się, że to zeszłoroczny Wstyd lub Raj: Miłość Ulricha Seidla mają coś wspólnego z kontrowersją. Jednak Fuck for forest zainteresuje przede wszystkim tych, którzy sądzili, że ludzie wymyślili już wszystko, co dało się wymyślić.

Wyobraźnia człowieka nie zna granic. To pierwsza myśl, która nasuwa mi się, kiedy widzę grupę rozebranych fanatyków seksualnych opowiadających o ratowaniu świata za pomocą pornografii. Trochę z niedowierzaniem, trochę z niepewnym uśmiechem oglądam, jak starają się nawinie przekonać amazońską ludność o bezinteresowności planów zakupu ich ziem, na których tubylcy mieszkają od pokoleń. Mniej dziwi mnie już fakt, że są tacy, którzy chętnie wezmą udział w jednym z wspólnych ekscesów seksualnych lub zadowolą się rolą widza podczas jego trwania. Idea darmowego seksu bez zobowiązań, pobrzmiewająca w całym filmie, brzmi znajomo, choćby z mało optymistycznych diagnoz społeczeństwa XXI wieku. Przyćmiona pozornie miłosiernym i wspaniałomyślnym celem zbawiania świata brzmi komicznie, a wręcz absurdalnie.

Tytuł filmu Fuck for forest to zarazem nazwa owej cierpiącej razem z całym światem organizacji. Poznajemy jedynie kilku jej członków, wśród nich założyciela i przywódcę grupy, Tommy’ego, który – jak się wydaje – bardziej niż naturę lubi smak spermy i krwi, oraz Danny’ego będącego w większym stopniu nieprzystosowanym dzieciakiem niż zdeterminowanym aktywistą wierzącym w słuszność sprawy Fuck for Forest. Mamy jeszcze jedną postać filmu, której reżyser zdecydowanie poświęcił zbyt mało uwagi. Leona, bo o niej mowa, to najlepszy reprezentant ideologii przywrócenia pierwotnej relacji człowieka z naturą, włączając w nią nieograniczoną swobodę seksualną. Niestety jej postać całkowicie znika, raz za ekstrawagancją i modowo-muzycznymi popisami Danny’ego lub innym razem za obleśnym ekshibicjonizmem Tommy’ego.

Grupa wspólnymi siłami próbuje uratować świat. Głosi piękne, choć już dawno znane hasła o powrocie do natury i panującej w społeczeństwie hipokryzji. Cel rzeczywiście słuszny, ale środki, którymi do niego dąży, budzą spore wątpliwości. Aby uchronić planetę od ostatecznej apokalipsy, Fuck for Forest kręcą amatorskie filmy porno ze swoim udziałem i sprzedają je na własnej stronie internetowej. Do udziału zapraszają wszystkich chętnych, a tych (o dziwo) nie brakuje. Zarobione w ten sposób pieniądze przeznaczają na ratowanie zagrożonych lasów. Problem w tym, że zbawianie świata do najłatwiejszych zadań nie należy, nawet jeśli na koncie ma się niemałą sumę pieniędzy. Scena konfrontacji Fuck for Forest z mieszkańcami amazońskiej puszczy to doskonały tego przykład. To zarazem kwintesencja zderzenia idealistycznych i wydumanych postulatów grupy z realiami świata, który jest dla nich całkowicie obcy i niezrozumiały (nawet jeśli członkom grupy wydaje się inaczej).

Muszę jednak przyznać, że grupie Fuck for Forest udaje się jedna rzecz. Jest nią zabawa. Wspólne orgie, występy muzyczne (tych nie polecam), uczestnictwo w barwnych demonstracjach, ciągłe poszukiwanie nowych ochotników to prawdziwy żywioł Fuck for Forest. Beztroska i ciągłe przebieranki pasują do nich znacznie lepiej niż fanatyzm i zaangażowanie, z którymi zazwyczaj kojarzona jest działalność aktywistów i ekologów. I to właśnie te sceny, w których Fuck for Forest przy akompaniamencie ukulele przemierzają berlińskie ulice w poszukiwaniu jedzenia i nowych przyjaciół, są najbardziej wiarygodne.

Paradoksalnie, jeśli w działaniach Fuck for Forest brakuje wiarygodności, to nie sposób jej odmówić Fuck for Forest jako filmowi. Dokumentaliście Michałowi Marczakowi udało się bowiem z trzeźwym obiektywizmem sportretować zarówno miłosne wybryki grupy, jak i jej zbawicielskie poczynania. Nie uczestniczy jednak w nich, nie ingeruje. Nie popiera i nie neguje. Mimo reżyserskiego dystansu udaje mu się poznać od środka zmagania samozwańczych idealistów z rzeczywistością i ukazać je w naturalnym toku zdarzeń. Niestety rola reżysera filmu kończy się jedynie na rzeczowej rejestracji. Dla niektórych widzów będzie to dowód umiejętności panowania nad sztuką dokumentalizmu, dla innych unikaniem subiektywnego komentarza. W moim odczuciu ewidentnie filmowi brakuje subtelnych aluzji (niekoniecznie dosłownych) i ironicznych wtrętów. Ich obecność w filmie nigdy jeszcze nie zaszkodziła żadnemu dobremu dokumentaliście.

Zapewne Mariusz Szczygieł miał rację, mówiąc, że film Fuck for Forest jest filmem świeżym, zaskakującym i nieoczywistym. Szkoda tylko, że film tak świeży i nieoczywisty to obraz grupy ludzi zdezorientowanych i oszukanych przez własny idealizm. Szkoda również, że nikt nie zauważył, że podobnie jak amazońskim lasom, grupie Fuck for Forest również przydałaby się pomoc, z tą różnicą, że nie finansowa.

 

Fuck for forest, 2012, reż. Michał Marczak