Please The Trees – „A Forest Affair”

Tych za naszą południową granicą nie sposób chyba traktować do końca serio. Zwłaszcza, że oni sami traktują siebie, swoją historię i życie z przymrużeniem oka. W przypadku czeskiej kapeli Please the Trees, której płyta wpadła mi ostatnio w ręce dzięki uprzejmości wydawnictwa Borówka Records, można dojść do wniosku, że najwyraźniej postawa wobec granej muzyki nie odbiega za daleko od narodowego dystansu do wszechrzeczy. Czy jednak skłania to słuchacza do radosnego, odruchowego wciśnięcia w odtwarzaczu opcji repeat? W tej kwestii możemy natknąć się na dosyć silną randomizację reakcji i postaw.

Płyta „A Forest Affair” zespołu Please The Trees należy do tego rodzaju zjawisk, które stanowią niezłą łamigłówkę dla kogoś, kto nie zadowalał się towarami z najniższej półki, buszując za młodu po owianych już tajemnicą w naszym kraju „dobrych sklepach muzycznych” (ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?). Wydanie ostatecznego werdyktu w przypadku takiego podejścia do muzyki, jakie reprezentują Czesi, wzbudza zgrozę porównywalną chyba tylko z tym, co przeżywa każdy „uwiązany” mężczyzna, próbując zmierzyć się z jakże ważkim i uniwersalnym pytaniem partnerki o jej własną wagę ciała. Będzie z pewnością absorbującą dłubaniną dla uwielbiających name-dropping i wyłapywanie w utworach odniesień do klasyków. Może i nie zaowocuje to powtórzeniem odsłuchu, ale z pewnością podsunie obraz tego, co w czasach młodości członkowie rzeczonej kapeli katowali na własnym sprzęcie do odtwarzania. A jest z czego wybierać.

Na otwarcie w utworze „Getting Ready” mamy bowiem łagodny, gitarowy powiew kanadyjskości, dobrze znany z płyt pewnego pana, który młodość zachował już jedynie w swoim nazwisku. Charakterystyczny gibsonowy brud grany na reverbie zostaje tutaj doskonale odwzorowany i nastraja bardzo pozytywnie, zapraszając umiejętnie w dalszą nostalgiczną podróż przez dekady historii muzyki. Jednakże już kolejna stacja o nazwie „Hell On Earth” przyprawia o lekkie ziewanie i chyba tylko największy melancholik lub fan cover bandów dałby sobie szansę na dotrwanie do końca przejażdżki. W głowie aż roi się od tytułów bliźniaczych piosenek napisanych przez legendarne alternatywne kapele, które w czasach licznych koncertowych reaktywacji przewijają się co roku przez line-up każdego wielkiego festiwalu muzycznego.

W zasadzie już od tego momentu zastanawiałem się, jaki cel przyświeca działalności tej kapeli. Biorąc sobie do serca powiedzenie, że w świecie sztuki nie ma tak naprawdę nic oryginalnego i wszystko jest tylko mieszanką, nowym zestawieniem istniejących już elementów, zastanawiam się czy czeski „dystans” nie byłoby lepiej zastąpić pojęciem „lenistwo”. Nietrudno zauważyć, że wychodzi ze mnie tutaj ambitniejsza strona mojej „odbiorczej tożsamości”, która stoi w opozycji do tych, którzy traktują muzykę jak pretekst do spontanicznych reminiscencji lub jako tło do prasowania czy też przyrządzania konfiturek. Jak uprzedzałem na początku – niezłe zamieszanie i wewnętrzny konflikt, który z każdym utworem nasila się coraz bardziej.

Serce rozdarte między wspomnieniami a chęcią skarcenia czeskiej kapeli za tak mało ambitne podejście do piosenek nie przestaje jednak krwawić, zwłaszcza podczas „She Made Love To The Moon”, do złudzenia przypominającego Pavementowe „Father to a Sister of Thought”, gdzie panowie próbują zatuszować próbę oszustwa dźwiękiem modulowanych organów. W ujmującym akustycznym utworze zatytułowanym „Let The Wind” wracamy znowu na kanadyjską wieś, gdzie uprzejmie pomachuje nam swoim kapeluszem Neil Young, a życie zwalnia tempo równie zaskakująco, jak słuchana płyta wypluwa ze mnie entuzjazm. Ciekawość jednak dalej podpowiada „nie przerywać śledztwa”. Kolejny dowód przestępstwa wpada w uszy przy „Nobody No One”, a wyczerpujące zeznania w tej sprawie składa sam David Bowie, w magiczny sposób odzyskawszy pamięć po latach kasowania jej metodą „donosową”.

„Guilty as charged”, nie ma co do tego wątpliwości. Rozum się nie myli. Jednak emocje wnoszą o odwołanie od decyzji. Rozprawa trwa latami, wzajemne oskarżenia nie mają końca, pikietowanie przed sądem również nie ustaje. Stoję zatem w rozkroku i nie potrafię się zdecydować, po której stronie stanąć. Jednak jednego jestem pewien. Na nierozwiązywalne konflikty lepiej nie tracić czasu i energii. Czasem lepiej zostawić przeszłość za sobą i pójść do przodu, niż starać się zadowolić tych, którzy są jak drzewa – z natury nieruchomych, nie lubiących zmian – co, wydaje się, starają się robić na albumie „A Forest Affair” muzycy Please The Trees. Jeśli faktycznie tak jest, to z nazwą trafili równie celnie, jak z nawiązywaniem w piosenkach do ulubionych artystów w moje serce. Niestety wystrzelona kula utkwiła, a wiadomo, jak to się kończy.

Ocena Reflektora (1-5):