Prosimy zgasić światło: „Atlas chmur”

Nasze życie nie należy do nas. Jesteśmy skazani na innych, z przeszłości i przyszłości, a każda zbrodnia i każda życzliwość kreuje to, co stanie się w przyszłości.

Każdy, kto widział rozszerzoną, ponad pięciominutową wersję zwiastuna nowej produkcji rodzeństwa Wachowskich (trylogia „Matrix”, 1999-2003) oraz Toma Tykwera („Biegnij Lola, biegnij”, 1998) zapewne pomyślał: koniecznie! Albo wprost przeciwnie. Eklektyczny patchwork stylów, konwencji, motywów, które gdzieś już kiedyś chyba widzieliśmy – może w innym wcieleniu (posługując się retoryką „Atlasu chmur”) – mógł zarówno intensywnie zaintrygować, jak i dobitnie odrzucić. W złośliwym tonie możemy skonstatować: widziałeś zwiastun? Nie musisz już oglądać filmu, wszystko widziałeś… Zapraszam do lektury polemiki z tym spojrzeniem!

Sześć pozornie odrębnych historii rozgrywających się na sześciu planach czasowych (w przekroju od XIX do XXIV w.) oraz plejada utalentowanych hollywoodzkich aktorów (m.in.: Tom Hanks, Halle Berry, Jim Broadbent, Hugo Weaving, Jim Sturgess, Bae Doona, Ben Whishaw, James D’Arcy, Hugh Grant, Susan Sarandon), z których każdy odgrywa po kilka ról w trakcie filmu – od pierwszoplanowych postaci, po epizodyczne czy wprost statyczne. Rozbuchany budżet (ponad 100 mln dolarów), plany zdjęciowe w zakątkach całego globu, a przede wszystkim nazwiska reżyserów stanowiące gwarancję wysokiej jakości – zapowiadało się po prostu znakomicie!

„Atlas chmur” Davida Mitchella, książkowy pierwowzór filmu, uważany był za niemożliwy do zekranizowania. To samo mówili o „Władcy Pierścieni” Tolkiena – jak zresztą o wielu innych, przetransponowanych jednak na ekran utworach literackich – ale wówczas barierę realizacyjną stanowił brak odpowiedniej techniki, która wiernie oddałaby rozmach widowiska. W przypadku „Atlasu chmur” problem był innej natury. Materiał wyjściowy można by porównać skądinąd do niedorzecznego wehikułu czasu, któremu wyraźnie dopisuje humor. Galimatias czasoprzestrzenny groził niestrawnością i zawrotami głowy, a hipotetyczny film poprzedzić trzeba by standardową formułką: Przed użyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą… A jak wybrnęli z tego impasu filmowcy?

Zaproponowano nam udział w niezwykłej koncepcyjnie konstrukcji narracyjnej, opartej na splocie wszystkich sześciu wątków połączonych ze sobą bogactwem realnych i symbolicznych pomostów. Fakt, rozproszenie bohaterów, wielowątkowość i symultaniczność narracji to nic nowego w kinie, ale nikt nie podjął się dotychczas rozciągnięcia tego pomysłu na tak niejednorodną i nakreśloną z takim rozmachem fabułę. Oczywiście pociągnęło to za sobą konieczne skróty i uproszczenia w ciągu przyczynowo-skutkowym (zawierające czasem skierowaną do widza wyraźną prośbę o wyrozumiałość), ale przy tym filmowa historia (historie) jest bardzo klarownie opowiedziana – nie czujemy się w trakcie seansu zagubieni i nie ciąży nad nami obawa, że mrugnąwszy na zbyt długo stracimy sprzed oczu klucz spajający wybrane wątki. Ponadto twórcy postanowili zsynchronizować z poszczególnymi fabułami gatunkowe konwencje, w efekcie czego otrzymujemy synkretyczny miszmasz stylów – od brytyjskiej komedii, aż po rasowe science-fiction. Kameralne sceny bliższe ambitnemu, niezależnemu kinu kontrastują z momentami wyjętymi żywcem z blockbusterowego kina akcji. „Atlas chmur” to pozornie sześć filmów w cenie jednego; podkreślę – pozornie. Przedsięwzięcie to z warsztatowego punktu widzenia robi niemałe wrażenie, ale interesująco robi się przede wszystkim po uwzględnieniu przewodniej refleksji filmu, która spektakl zgrywa w spójną całość. Co to za myśl (czy raczej myśli) – po odpowiedź odsyłam do kin (przedsmak stanowią podtytuły-cytaty w niniejszej recenzji).

– Twoje działania są jak kropla w oceanie!

– A czymże jest ocean, jeśli nie morzem kropel?

Formalnie „Atlas chmur” to majstersztyk. Film Wachowskich i Tykwera jest kolejnym dowodem na to, że już tylko płodność fantazji oraz rozrzutność producentów stanowią barierę realizacyjną dla kina, albowiem grafika komputerowa niewiele ustępuje tradycyjnej scenografii. Wizualna strona filmu jest po prostu przepiękna. Mając w pamięci wrażenia, jakie wywoływał przełomowy „Matrix” – ustanawiając w kinie nowe standardy w zakresie efektów specjalnych, ze słynnym „bullet-time” na czele – „Atlas chmur” może pozostawić nas trochę nienasyconych, głodnych oryginalnych rozwiązań technicznych.

Znamienne jest powracające pytanie o granicę pomiędzy współczesnym, wysokobudżetowym filmem aktorskim a filmem animowanym. Innymi słowy: gdzie przebiega linia demarkacyjna pomiędzy efektami specjalnymi a etykietą gatunkową „animacja”. Zresztą przynajmniej połowę czasu napisów końcowych „Atlasu chmur” zarezerwowały sobie gromadnie pracujące przy filmie studia graficzne.

Chciałbym jednak zaznaczyć, że „Atlas chmur” różni się m.in. od „Avatara” Camerona, który przecież śmiało mógł startować w konkursach animacji. Film spółki Wachowscy-Tykwer to również udane zdjęcia, znakomity montaż, świetnie dobrane plenery, drobiazgowo zbudowane scenografie, a przede wszystkim – fantazyjna charakteryzacja! Zabawa w odgadywanie, kto skrywa się za poszczególnymi postaciami w filmie, sama w sobie wystarcza za zachętę, by wybrać się na seans. Szczególne pole do popisu mieli charakteryzatorzy przy transseksualnych wariantach ról (vide.: metamorfoza płciowa Larry’ego/Lany Wachowskiego/-ej). Ciekawe jest także obserwowanie znanych aktorów w zupełnie nowych dla nich sytuacjach (prym wiedzie tutaj Tom Hanks jako pozbawiony zahamowań arogant i autor książki o bezpretensjonalnym tytule: „W ryja”).

Przeczytana do połowy książka to jak skończony w połowie romans

Koniec końców, po chirurgicznym zabiegu wykrojenia poszczególnych części składowych filmu i wzięciu ich pod lupę krytycznej analizy, docieram wciąż do jednakowej myśli, która powinna zasadniczo wystarczyć za recenzję „Atlasu chmur” – film ogląda się naprawdę wybornie! Z drugiej strony jednak nietrudno go oskarżyć o grafomaństwo, odtwórczość, przewidywalność, zwłaszcza w kontekście deklaratywnego charakteru wielu dialogów i „przesłania” filmu, które sytuuje się na pograniczu truizmu. Ponadto scenariuszowo obraz czasem kuleje, zwłaszcza wskutek wspomnianych syntez i cięć wymuszonych ogromem projektu, a także w niektórych scenach akcji (awaryjny plan ucieczki Hae-Joo Changa z Sonmi z ich mieszkania za pomocą „rozkładanego mostku” to bezsprzecznie najgłupsza rzecz, jaką widziałem ostatnio; aczkolwiek zdrowo się ubawiłem). Ale nie o to w tym wszystkim chodzi! Wysługując się anachronicznym pojęciem „magii kina”, mogę śmiało powiedzieć, że esencjonalnie film skrzy się czarem X Muzy, który sprawia, że tak łatwo przymykam oko na jego niedociągnięcia, dając się porwać ruchomym obrazom nakręconym wspólnymi siłami Wachowskich i Tykwera. Może film jest banalny, może nawet to tylko naiwna, nie warta prasowej wzmianki głupota – może… Wolę jednak myśleć, tak jak czułem w trakcie seansu, że to prostoduszna opowieść o uniwersalnych wartościach, a do tego cholernie pomysłowo i zgrabnie zrealizowana. Krótko: ja tam z kina wychodziłem zadowolony!

Nie pozostawiłem sobie do wyboru nic innego, jak tylko zakończyć krótki wywód popełniony za sprawą projekcji „Atlasu chmur” tradycyjnym słowem: polecam!

Wierzę, że trafimy kiedyś do innego świata, Sixsmith. Lepszego świata. Będę cię tam wypatrywać.

PS Cytaty stanowiące podtytuły w tekście pochodzą z filmu „Atlas chmur”.

Artykuł „przedrukowany” za zgodą autora z bloga audycji filmowej „Prosimy Zgasić Światło” w Radiu Egida / www.prosimyzgasicswiatlo.weebly.com