Dotyk miłości i oddech śmierci

Michael Haneke, można powiedzieć weteran canneńskiego festiwalu (nagroda za „Białą wstążkę” oraz „Ukryte”, nominacja za „Funny Games”), po raz kolejny zatriumfował swoim obrazem. Do kolekcji złotych Palm dołączyła tegoroczna, za „Miłość”. Świat wydał niemy okrzyk, a ludziom zaparło dech. – Arcydzieło – słychać zgodny szept w salach kinowych po projekcjach na całym świecie. Może to dziwić, bo Haneke widza nie lubi rozpieszczać.

Zmusza do spojrzenia w głąb siebie. Skłania do dociekania prawdy w „Ukrytym”, bezpruderyjnie pokazuje okrucieństwo i przemoc w „Białej Wstążce”, a złem ukrytym za maską przeciętności i uśmiechu w „Funny Games” wstrząsa do granic. Zachwyt masowej publiczności nad dziełem takiego artysty? Tak, to możliwe, bo kwestii poruszanej w „Miłości” nie wyrzeknie się żaden człowiek.

Paryż, starsza kobieta leży martwa w swoim łóżku. Jej ciało spowija naturalna śmierć. Mogłoby się zdawać, że początek filmu wprost, bez ogródek, zdradza koniec. Ale czy ten koniec jest zagadką? Otóż śmierć dotyka każdego. Nie jest to tajemnicą. Kulminacja filmu zostaje od razu odsłonięta. To jednak nie ma znaczenia. Nie o efekt końcowej tajemnicy chodzi. Film dotyczy bezsprzecznie kwestii „akcji”, tylko i wyłącznie. Przez dwie godziny i sześć minut obserwujemy relację dwojga ludzi.

Miłośnicy muzyki – Anne (Emmanuelle Riva) i Georges (Jean-Louis Trintignant) to starsze małżeństwo z pięćdziesięcioletnim stażem. Wielbiciele Schuberta. Obserwujemy ich życie, a w zasadzie codzienność. Wspólne śniadania, błahe rozmowy. Zdają się zwyczajną, przyzwyczajoną do siebie parą w kwiecie wieku. Bez nadmiernej czułości, ale z zaangażowaniem przeżywającą dzień za dniem. Tę statyczność zakłóca niespodziewana choroba żony, z której początkowo ona sama nie zdaje sobie sprawy. To jej mąż musi przyjąć cały ciężar na swoje barki. Robi to bez zbędnych pytań i bez poczucia winy. Zdaje się, że jest to dla niego tak naturalne jak wyręczanie żony w codziennych obowiązkach. To on widzi jej postępująca zmianę.

Na jego oczach ukochana z eleganckiej, wykształconej damy przeobraża się w roślinę, którą musi pielęgnować w każdej minucie. Poświęca temu całą swoją uwagę. Cóż więcej mu pozostało w życiu? Zabrania córce odwiedzin. Zamyka się z żoną we wspólnej rzeczywistości, wspólnym końcu. Obserwujemy, jak starszy mężczyzna, z dnia na dzień tracący własne siły, dźwiga sparaliżowaną kobietę, by pomóc jej w codziennej toalecie. Ich ruchy przywodzą na myśl przyzwyczajonych do siebie przez lata tancerzy. Taniec jednak wymaga obecności dwojga. Mężczyzna nie daje rady znieść trudów śmierci ukochanej. Podejmuje decyzję, której nikt (ze względu na jego oddanie) się nie spodziewa. Jednocześnie jego ruch nie zaskakuje, odnosi widza do początku filmu i końca życia.

Film wciągnął mnie w rolę obserwatora. Muszę jednak dodać, że rozczarował końcową sceną. Widok wspólnie szykujących się do wyjścia małżonków wydaje się wystarczający. Scena następna, a zarazem i końcowa, niepotrzebnie sprowadziła na ziemię. Nie interesowała mnie ich rzeczywistość. Interesowali mnie bohaterowi sami w sobie. Zakończenie wykorzystane w filmie ogranicza, wedle mojej oceny, możliwość interpretacji, wskazuje pewien kierunek i pokazuje to, co widz powinien dopowiedzieć sobie sam. Odbiera mu poczucie dezorientacji, które czasem warto odczuć po dobrym filmie. Arcydzieło w ocenie wielu tkwi w prostocie. Zachwycamy się tym, co tak naprawdę jest najprostszą rzeczą na świecie. Bowiem zachwyt nad „Miłością” Michaela Hanekego nie słabnie.

Miłość i śmierć są pokazane krystalicznie czysto na tle mieszkania, stanowiącego jedynie scenografię. „Miłość” staje się najbardziej dochodowym filmem w karierze Hanekego. W Grecji sprzedano 38 tysięcy biletów, choć film pojawił się tylko w sześciu kopiach. We Włoszech w ciągu pierwszych dni film zobaczyło 30 tysięcy widzów, we Francji 165 tysięcy. Sam reżyser zapytany przez Grażynę Torbicką o przesłanie filmu odpowiada wymijająco. Mówi, że nie ma zdania na ten temat, on tylko prezentuje zagadnienie, które zostawia do interpretacji widzów. Podobna historia zdarzyła się w jego rodzinie, jednak była tylko lekką inspiracją. Nie chce mówić wprost o swoim stanowisku, bo nie czuje się do tego upoważniony. Wprowadza jednak śmierć do dyskursu publicznego, gdzie do tej pory miała ona charakter wyłącznie przedmiotowy. Porusza. Sugeruje, by krytycznie spojrzeć na własną miłość. Czy mamy u boku osobę, z którą czujemy się na tyle związani, by rozmawiać z nią poważnie i dojrzale o śmierci?