Miliardy nieznanych twarzy i kilka, których nie ma

Za główne zadanie fotografii powszechnie uważa się dokumentację rzeczywistości. Dokumentację wydarzenia (reportaż), tematu (dokument) lub osoby (portret), mniej lub bardziej estetyzującą – niemniej jednak w podstawowym założeniu wiarygodną. Fotografia wypracowała sobie zaufanie odbiorców – wierzymy w zdjęcia.

Owszem, pełni wiedzy na temat obróbki graficznej do pewnych dziedzin fotografii podchodzimy z większą dozą sceptycyzmu, jednak naturalnie fotografia jest jedyną platformą służącą do poświadczania o rzeczywistości. Wystarczy porównać wiarygodność fotografii do wiarygodności tekstu pisanego, rysunku lub słowa mówionego – nie mamy wątpliwości, że spośród wszelkich sztuk komunikacyjnych fotografia (choć również ułomna i nieidealna) jako jedyna spełnia wymóg względnego zaufania. Czasami jednak obraz wizualny igra z odbiorcą. Igra i zmusza do refleksji.

Pochylmy się przez chwilę nad projektem Anety Grzeszykowskiej o prostym tytule „Portrety” (2005-2006).

Seria przedstawia wizerunki kilku osób – starszych i młodszych, kobiet i mężczyzn, pięknych i brzydkich. Twarze być może znajome, być może przypominają nam kogoś, kogo minęliśmy na ulicy, kogoś, czyja twarz nam się podoba. Kobieta ubrana w koszulę o kwiatowym wzorze wydaje się smutna, a starsza kobieta w okularach nieco skrępowana fotografowaniem. Próbujemy – zgodnie z naturalnym odruchem odbiorców fotografii – odczytać emocje, informacje: odszyfrować komunikat wizualny.

Przyzwyczajeni do schematu odczytywania zdjęć przechwytujemy wiązkę informacji, która nie podlega dyskusji. Oczywiście poddajemy nasz odbiór krytyce, a przynajmniej poddalibyśmy, gdyby zdjęcie nosiło ślady nienaturalnej ingerencji. W tej pracy wszystko przedstawia się jednak jasno: centralne, frontalne portrety, bez ingerencji estetyzujących (wydatnych makijaży, stylizacji, zbędnej emocjonalności).

Sprawa komplikuje się, kiedy dowiadujemy się, że osób tych nie ma.

Nie istnieją. Nigdy nie istniały i pewnie nie zaistnieją. Grzeszykowska za sprawą programów graficznych stworzyła każdą z nich, łącząc elementy twarzy wielu różnych osób. Każda z postaci stworzona jest od zera. A nasze domysły pozostają cechami osoby nieistniejącej. Wcześniejsze domysły nie mają szansy zderzenia się z rzeczywistością, a więc nie mają możliwości potwierdzenia się lub negacji.

Czy to oznacza, że te osoby naprawdę nie istnieją? Czy w jakikolwiek sposób różnią się one od miliardów twarzy, których nie znamy i nigdy nie poznamy, a które jednak są przez nas oglądane na fotografiach? Które gdzieś na drugim końcu kuli ziemskiej wiodą zwyczajne (mniej lub bardziej) życie? Skoro uwierzyliśmy w istnienie tych kilku postaci, jaką pewność mamy, że setki (tysiące) osób, których zdjęcia oglądamy, są prawdziwe, a postacie te istnieją nie tylko na obrazie?

Współczesnemu świadomemu odbiorcy nie trzeba tłumaczyć niebezpieczeństwa, jakie niesie za sobą wiara w obraz. Wszczepiona w ludzką naturę potrzeba zaufania fotografii zostaje zderzona z możliwościami modyfikacji – złamaniem wiarygodnej tożsamości, istnienia osoby i sytuacji. Jednak czy w dobie przewartościowania i przesilenia (twarzami, sytuacjami, interpretacjami) faktyczne istnienie osób ma dla nas – odbiorców – znaczenie, czy pozostaje tylko jednym z żartów artystów, po których zostaje tylko krótka refleksja o prawdzie, tożsamości i jej braku?

Mateusz Sądaj