Meyza i Szabłowski na tropach homo sovieticusa

Książka Izabeli Meyzy i Witolda Szabłowskiego Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem to owoc trwającego sześć miesięcy eksperymentu antropologicznego, polegającego na próbie oddania warunków życia w PRL-u, co więcej – prowadzenia w tych warunkach normalnej, codziennej egzystencji.

Celem Meyzy i Szabłowskiego było odtworzenie tego, co Bronisław Malinowski nazwał imponderabiliami codziennego życia, a co w przypadku tego eksperymentu wiązało się także z porzuceniem niemalże wszystkich technologicznych udogodnień, bez których mało kto wyobraża sobie dziś „normalne” życie. Jak piszą autorzy: zamieszkaliśmy w wielkiej płycie, zamieniliśmy laptopy na maszynę do pisania, GPS-a na starą mapę, a komórkę na telefon z tarczą. Przestawiliśmy się z Ikei na meble z Zakładów Produkcji Mebli w Wyszkowie, z opla astry na FIATA 126P, z oliwy z oliwek na smalec ze świni, a z sushi – na bitki wołowe. Słowem – przenieśliśmy się do PRL-u.

Dziennikarstwo wcieleniowe

Inspirację dla autorów Naszego małego PRL-u stanowił z jednej strony pobyt Szabłowskiego na Kubie, który spowodował, że w dziennikarzu zaczęło kiełkować pytanie o cenę kapitalizmu. Z drugiej zaś strony istotnym bodźcem były lektury będące zwieńczeniem podobnych eksperymentów. Szabłowski i Meyza wymieniają wśród nich Rok biblijnego życia Amerykanina Arnolda J. Jacobsa, który podjął próbę przestrzegania wszystkich zaleceń Biblii czy książkę Za grosze. Pracować i (nie) przeżyć Barbary Ehrenreich, która starała się przeżyć w Stanach za najniższą pensję. Istotna okazała się także lektura Z nowego wspaniałego świata Güntera Wallraffa, który swe eksperymenty prowadził w Niemczech, gdzie udawał kolejno Turka, pracownika sezonowego oraz pracownika bulwarówki „Bild”. Autorzy wskazanych pozycji wszystko to, co zawarli na stronach swych książek, przeżyli na własnej skórze, co według Szabłowskiego decyduje o niezwykłej mocy przekazu. Książki zdecydowanie mniej przemawiałyby do czytelnika, gdyby stanowiły wynik zwykłego dziennikarskiego śledztwa.

Rekonstruując „ciało i krew” peerelowskiej kultury

Tak lekturowo wyposażeni autorzy Naszego małego PRL-u swą półroczną podróż w czasie traktowali jak wyprawę do kraju innoziemców, których kod kulturowy zdążyliśmy zapomnieć. Podróż na egzotyczną wyspę, od której oddziela nas ocean kapitalistycznych przemian, a za motto przyjęli wezwanie profesora Andrzeja Mencwela, by spojrzeć na siebie jak na Pongo i uprawiać antropologię we własnym domu. Meyza i Szabłowski starali się zatem obserwować siebie jako typowych przedstawicieli gatunku homo sovieticus, w czym miało im pomóc nie tylko całościowe odtworzenie peerelowskich realiów, którego zresztą nie ograniczyli tylko do otoczenia się gadżetami z epoki, towarzyszyła im także zmiana diety, garderoby, środków higienicznych, trybu życia oraz odtworzenie tradycyjnych ról kulturowych, zgodnych z diagnozą Agnieszki Graff: mężczyźni poszli [wtedy] walczyć o Polskę naszych snów, panie dbały o to, by całej reszty, czyli Polski realnej szlag nie trafił. Ich wersja też jest patriotyczna, ale ciut inaczej: dzieciaki muszą jeść, także wówczas, gdy na półkach sklepowych tylko ocet, a tatę zajmują sprawy wagi historycznej.

Małżeństwo starało się odtwarzać i te słabo uchwytne, acz istotne zjawiska, jak ówczesny język (w swe rozmowy wplatali elementy nowomowy), relacje międzyludzkie (zapoznawanie sąsiadów, od których należy pożyczyć szklankę cukru) oraz peerelowskie poczucie braku bezpieczeństwa, które najbardziej odczuwalne stało się w momencie, gdy Meyza zaszła w ciążę i zdecydowała się na jej prowadzenie pod okiem sześćdziesięcioletniego lekarza, którego gabinet, sposoby leczenia i traktowania pacjentów oraz maniery nie zmieniły się od czasów PRL-u (Jak masz na imię? Iza? To rozbieraj się, Izuniu, i siup na fotel).

38 milionów PRL-ów

Autorzy zdecydowali się przenieść w czasie do przełomu lat 1980/1981, bowiem okres ten to dla nich nic innego jak PRL w pigułce – przed nami kilka miesięcy karnawału Solidarności, kartki na mięso, bony na Malucha, a wreszcie stan wojenny. Pomagają im w tym archiwalne numery Polityki, Trybuny Ludu, Przyjaciółki i Zwierciadła oraz naukowe opracowania z dziedziny historii, socjologii i historii kultury.

Ponadto nie zapominają o prowadzeniu „wywiadów terenowych” z ludźmi, którzy najlepiej pamiętają tamte zgrzebne czasy. I tu pojawia się trudność, która jednak z punktu widzenia zaleceń Malinowskiego stanowi o wartości powziętego przez Meyzę i Szabłowskiego eksperymentu. Otóż próby odnalezienia klucza do epoki za pomocą pytań kierowanych do świadków PRL-u nie powiodły się, gdyż ich odpowiedzi wzajemnie się wykluczały. Dla jednych PRL był epoką złych ubrań, dla innych zaś okresem, na który przypadł szczyt elegancji Polaków. Dla jednych stanowił czas poniżeń i znęcania się nad drugim człowiekiem, w oczach innych był epoką, która wymagała od ludzi wzajemnej życzliwości. Część zapytanych kojarzy PRL ze złym jedzeniem, a część z wolnymi od ulepszaczy i konserwantów pysznymi domowymi posiłkami. Ludzie, z którymi autorzy przeprowadzali wywiady, wspominają ciągłą gonitwę za tym, co akurat „rzucili” do sklepów, ale jednocześnie z nostalgią opowiadają o niespiesznym życiu, którego dziś pozazdrościć mogliby im zwolennicy idei slow life. Opierając się ostatecznie na tezie antropolożki Zuzanny Grębeckiej, która uważa, że obrazów PRL-u było tyle, ilu ich autorów, Meyza i Szabłowski rozpoczęli eksperyment bez określonej hipotezy, przyjmując jedynie niezobowiązującą konstatację, że nie był to okres jednolity.

Czym pachnie peerelowski macho?

Najciekawsze fragmenty książki dotyczą opisów codzienności przedstawicieli homo sovieticus. Autorzy na własnym ciele testują PRL, a więc m.in. skutki reglamentacji papieru toaletowego i stosowania jego zamiennika (czyli gazet) oraz diety, której efektem było dodatkowe 11 kg Szabłowskiego po zakończeniu eksperymentu. Odtwarzając stan higieny w PRL-u Meyza walczy z kapitalistycznym terrorem pięknego ciała (oraz samą sobą), rezygnując całkowicie z depilacji, podczas gdy jej mąż ogranicza zużycie wody i mydła, co rekompensuje podwójną dawką wody kolońskiej BRUTAL, a końcowy efekt wspomaga, nosząc ubrania typu non-iron.

Odtwarzanie ówczesnych tradycji nie sprowadza się tylko do ożywienia zwyczaju całowania kobiet w rękę (czym Szabłowski niejednokrotnie naraża się przyjaciółce feministce), są i próby „wyniesienia” czegoś z pracy czy skorumpowania policjanta (milicjanta). Dążenia do zbliżenia stylu życia do tego sprzed 30 lat prowadzą też do nowych odkryć, np. dotarcia do spółdzielni spożywczej prowadzonej przez niewielką grupę młodych ludzi, którzy skupują sezonowe warzywa i owoce od drobnych rolników, proponując pewną alternatywę dla bananów i pomarańczy w polskich supermarketach. Zaś wnioski Meyzy i Szabłowskiego dotyczą nie tylko faktycznej ceny kapitalizmu, ale zawierają szereg drobnych rozpoznań popartych wypowiedziami antropologów i historyków kultury, jak np. te dotyczące pralki FRANIA, która miała stanowić ostatnie ogniwo łańcucha wymagającego wspólnego działania członków rodziny, o czym zresztą Meyza i Szabłowski przekonali się podczas wyżymania.

Wszystko rzucili naraz. W tym cały problem.

Tymi słowami odpowiedziała pewna sprzedawczyni, zapytana przez Szabłowskiego o to, co dziś rzucili. Bardzo blisko temu stwierdzeniu do diagnoz Zygmunta Baumana, według którego jednym z głównych problemów dzisiejszych czasów jest nieograniczona ilość możliwości powodująca całkowitą dezorientację. Ponadto główną ceną, jaką płacimy za wolność wyboru którejś z owych możliwości w ostatecznym rachunku okazuje się coraz większy zanik interakcji typu face-to-face, a co za tym idzie – i relacji międzyludzkich w ogóle. Nie ma już ani FRANI, która jednoczyłaby rodzinę, ani kolejek w sklepach, które bez wątpienia posiadały pewną funkcję społeczną. Meyza i Szabłowski na własnej skórze przekonali się, co straciliśmy, przenosząc kontakty z drugim człowiekiem ze świata realnego do wirtualnego.

Izabela Meyza, Witold Szabłowski: Nasz mały PRL. Pół roku w M-3 z trwałą, wąsami i maluchem, Znak, Kraków 2012.

Nasza ocena: 4/5