The XX – „Coexist”

O kosmicznych przygodach, wzlotach i upadkach głośno ostatnimi czasy. Jesienna melancholia i statki kosmiczne niekoniecznie idą w parze, ale stąd już niedaleko do zamyślenia się i podekscytowania. Jesień to dobry czas na zakopanie się pod stertą liści oraz koców i oddanie się swobodnemu dryfowaniu i eksplorowaniu przestrzeni wypełnionej tegorocznymi nowościami muzycznymi, których, notabene, jest wcale nie tak mało. Na pierwszy ogień pójdzie The XX z drugim albumem ”Coexist”.

Brytyjskie trio ma w sobie coś, co można zdefiniować jako nieśmiałość muzyczną. Minimalna instrumentacja, proste melodie, niekontrastowe połączenia, a do tego na koncertach brak fancy strojów i widowiskowego show – tylko biel i czerń. Mimo tego wciąż są bardziej czarującym zespołem niż połowa tego, co dziś proponuje nam rynek muzyczny. Wydawałoby się, że ośmieleni przez spektakularny sukces pierwszego krążka “XX” przynajmniej zmienią kolory, ale nie – oni dalej z uporem brną w nieśmiałość.

 “Angles” to utwór już niektórym dobrze znany, gdyż został wybrany na pierwszy singiel zapowiadający album. Gitara pobrzmiewa echem, jedynie na kilku dźwiękach uzupełniona wrażliwym wokalem Romy Madley-Croft. Utwór jest praktycznie definicją tego, czym jest The XX. Wyśmienity start. Kolejny utwór i zarazem singiel przykuwa uwagę beatem, który chętnie by zapożyczył Burial, gdyby nie prawa autorskie. “Chained” miło rozgrzewa, ale daje też poczucie dystansu – w zasadzie nie wiadomo od czego i dlaczego, może to z powodu tekstu We used to be closer than this.

Wraz z każdym kolejnym utworem wrażenie oderwania od rzeczywistości się zwiększa, a dystans między brzmieniem a słuchaczem staje się coraz mniejszy. Ciekawe, choć tak bardzo oczywiste połączenia pomiędzy frazami muzycznymi, riffy elektroniczne, zmiany rytmiczne (“Reunion”) maskują ubogą instrumentację i po raz kolejny robią z niej atut płyty i wizytówkę zespołu. Senne i surrealistyczne kompozycje jak “Fiction” czy “Missing” przeplatają się z utworami lirycznymi, jednak w standardach The XX można je uznać za prawie taneczne. “Sunset” ma swingujący bas, wibrującą perkusję podpartą elektroniką – jest nawet małe solo basowe! “Tides”, chyba mój ulubiony utwór, ze smyczkami w tle niby brzmiącymi zza ściany i ciężkim do określenia rytmem, śpiewanym przez duet Madley-Croft&Sim, jest przyjemną odmianą od tych melancholijnych kompozycji, chociaż ma w sobie też coś… niepokojącego.

To, co The XX chce przekazać, to proste piosenki o tęsknocie, ale przeliterowane i wyartykułowane w osobisty sposób, bez użycia słów I miss… (no, może kilka razy), tym samym wyrażając więcej niż można powiedzieć. Muzykę nagrywają w swoim tempie, przeżywając każdy moment. Jedyna rzecz, której trochę tu brakuje, to spójność – utwory kończą się bez przygotowania, naskakują na siebie bez przygotowania.

Okazuje się, że doznania nie z tej ziemi są bliżej niż nam się wydaje. Wystarczy spędzić 40 minut z “Coexist”.

The XX – „Coexist”; Young Turks/XL Recordings, 2012

Ocena Reflektora (1-5):

Iza Kierzek