State Urge – „What Comes Next?”

Z daleka, bo aż z Gdyni przybył do nas materiał czwórki młodych muzyków zespołu State Urge. Zawierająca trzy utwory EPka „What comes next?”, będąca drugim krążkiem w dorobku formacji bez wątpienia zainteresuje fanów progresywnych brzmień, ładujących akumulatory wśród obfitych dźwiękowych konstelacji. Miast pisać elaborat dotyczący wpływu jaki mają na nas zespoły pokroju Rush czy Dream Theater, na spokojnie przyjrzymy się świeżemu kolektywowi, który z art rockiem radzi sobie naprawdę dobrze.

State Urge tworzą Marcin Bocheński, Marcin Cieślik, Krystian Papiernik i Michał Tarkowski. Kolejno przekłada się to na perkusję, gitarę + wokal, bas oraz klawisze. Muzyka tej młodej ekipy nie da się sztywno zaklasyfikować: podczas kontaktu z ich twórczością ocieramy się o jazz, blues, funk i mocniejsze gitarowe brzmienia. Swoje pierwsze wydawnictwo pokazali światu w maju 2011 roku, jednak wysiłki kapeli zostały już docenione: State Urge zajęli pierwsze miejsce na studenckim festiwalu FAMA (2012). Na muzykę projektu zwrócił uwagę sam Piotr Kaczkowski, który „użyczył” zespołowi nieco miejsca antenowego, prezentując go  w radiowej „Trójce”.

Pora  zadać nurtujące pytanie, wdzierając się w samo serce materiału EPki: What comes next?

EPka zawiera trzy kompozycje. Zaczynamy od Time Rush. Już na początku panowie dają nam do zrozumienia, że obcować będziemy ze spadkobiercami progresywnych tradycji Pink Floyd i podobnych im twórców. Pojawia się miłe zaskoczenie – akcent i barwa wokalisty mogą zmylić odbiorcę, który nie ma pojęcia skąd wywodzą się State Urge. Opanowanie języka angielskiego to bolączka wielu polskich artystów, próbujących bez powodzenia wyśrubować swoje lingwistyczne zdolności. Na szczęście problem ten nie dotyczy materiału z EPki. Elektroniczna spirala zamyka swoisty wstęp Time Rush, prowadząc nas w dalej w towarzystwie mocnych, przesterowanych gitar i silnie zaakcentowanej stopy perkusyjnej. Wokal pokazuje się z nieco bardziej melodyjnej strony. Twórcy nie pozwolą nam się nudzić – niezauważalnie wskakujemy w nieco funkową stylistykę opatrzoną wokalną melodeklamacją by za moment wrócić do wspomnianych przesterów. Solidna, progresywna robota, której nie brak miłych dla ucha solówek.

Illusion – klawisze przeniosą nas w zamgloną, pełną migających świateł przestrzeń, gdzie przebywać będziemy w całkowicie transowej muzycznej tkance. Słowo „trans” najlepiej oddaje uczucia jakie towarzyszą słuchaczowi podczas wnikania w smaczki Illusion.

Wpadające w ucho, co rusz zmieniające się gitarowe aranżacje, jednostajna sekcja rytmiczna dzięki której zaczniemy poruszać głową to w prawo, to w lewo oraz iście księżycowe klawiszowe aranżacje pozwolą nam włączyć przycisk „stop” i zapomnieć o świecie znajdującym się poza zasięgiem słuchawek. Od siebie dodam, że umieściłbym utwór na wstępie krążka – ze swoim jammującym charakterem wprost idealnie nadaje się na wprowadzenie.

Kawałek All I Need sprawił, że nieco szerzej otworzyłem oczy. Pomyślałem: skąd ja to znam? Być może się mylę, usłyszałem jednak silną inspirację utworem „Dni, których jeszcze nie znamy” Marka Grechuty. Wracając do istoty rzeczy, trzeci utwór przygarniam do swojej ulubionej muzycznej trzody i uznaję za faworyta krążka. Po przekroczeniu pułapu pierwszej minuty atmosfera stworzona przez bas i czystą gitarę, smakującą lepiej aniżeli najlepsze regionalne wody źródlane sprawia, że trudno jest strzepnąć ciarki z pleców. Po nabraniu rytmicznego rozpędu zapewnionego przez rozszalałą perkusję i chwili wytchnienia w towarzystwie disco-zagrywki (niezły pomysł) popędzimy dalej, wsłuchując się w pianino, którego echo poniesie nas na niespokojne wody szalejącego oceanu.

Od strony technicznej trudno zarzucać produkcji jakiekolwiek niedoróbki. Chwilami, jak choćby w otwierającym krążek „Time Rush” czułem niedosyt, spowodowany nieco zbyt słabym uderzeniem, przeskokiem w gitarowy przester. Czasami brakuje większego „pazura”, jednak nie sądzę by mogło to przeszkadzać odbiorcom, szczególnie że nie rozmawiamy tu o muzyce metalowej. Przechodząc już do samych konstrukcji utworów, nie sposób uniknąć porównań zespołu z duchem Pink Floyd, który unosi się w powietrzu przelatując z kąta w kąt.

Choć niejednokrotnie mile zaskoczyły mnie rozbudowane, zróżnicowane i pełne urzekających motywów fragmenty EPki, mam wrażenie, że jakoś za mało w tym wszystkim State Urge.

Sądzę, że panowie potrzebują zarówno większej pewności siebie, otwarcia na bieguny których być może jeszcze nie zbadali oraz promocji przez duże P.

Potencjału, na tą samą literę, ewidentnie im nie brakuje.

Ocena Reflektora (1-5):