Katowice to moje miasto, dlatego Rawa Blues nigdy nie zmieni miejsca zamieszkania – Irek Dudek

Przygotowania do Rawy Blues pełną parą. Telefony się urywają, na hali krzątają się technicy, z niemałym talentem organizacyjnym Irek Dudek w restauracji “Olimpijska” uzgadnia miejsca parkingowe dla artystów i gości. W całym tym natłoku znajdzie się jednak zawsze chwila, by opowiedzieć o festiwalu, emocjach i bluesie.

Spore zamieszanie… Co okazało się największym wyzwaniem organizacyjnym tegorocznej Rawy? 

Tak naprawdę to ciągła praca nad tym, żeby było (do stolika podchodzi kelner, Irek zamawia jeszcze jedną wodę) profesjonalnie. A wymagania gwiazd z roku na rok są coraz większe. Robert Cray na przykład, którego trzeba już postrzegać w kategorii popstar, ma wielkie uwarunkowania jeżeli chodzi o zagwarantowanie prywatności. Obecnie Spodek jest w rozbudowie, trwa całkowity remont, brakuje miejsc parkingowych, a festiwal się rozrasta, więc teraz wszystkie rzeczy, które nie miały miejsca w czasie poprzednich festiwali – jak chociażby właśnie parking – stają się wielkim problemem. Ale oczywiście to rozwiążemy. Generalnie wszystko idzie okay, są pewne obostrzenia wobec przyjazdu Roberta Cray’a generowane przez management – nie z jego strony oczywiście, bo to zwykle management robi wokół gwiazdy spore zamieszanie – no ale tak to już jest z tymi największymi.

Teraz to rozbudził Pan moją ciekawość…

Chciał mieć intymność, czyli indywidualną pięciogodzinną próbę, a to jest niewykonalne dlatego, że próba w sobotę dotyczy wszystkich wykonawców amerykańskich, ale w końcu doszliśmy do porozumienia i będzie miał godzinę. Dokładnie chodzi o to, że w czasie próby nie będzie żadnych osób, które się przysłuchują, a są tylko te, które pracują – i to też ograniczona ilość. Te 4 godziny wygospodarowaliśmy na testowanie sprzętu. Oni zaczynają europejską trasę koncertową od Rawy Blues, a ten sprzęt leżał rok w Europie, więc muszą dokładnie wszystko posprawdzać.

Robert Cray, jak Panu udało się namówić tak wielką gwiazdę do przyjazdu na odległy Śląsk, w tak odległej Polsce?

Proste. Wymyśliłem, że fajnie by było gdyby zagrał na Rawie. Zgodził się od razu? Tak. Nie będę zdradzał tajemnicy w jaki sposób można dotrzeć do takich ludzi. Nie wystarczy powiedzieć: “chciałbym cię zaprosić” bo to jest mało, żeby dotrzeć do gwiazdy. Zresztą kiedy otrzymywałem nagrodę w Memphis za Rawę Blues, rozmawialiśmy z Jay’em Sielemanem na ten temat i on sam powiedział, że gdyby miał wybierać, to Robert Cray. Myślę, że będzie mile zaskoczony, kiedy tu przyjedzie i zobaczy, że to się udało. Ale tak jak mówię: z managementem Roberta Cray’a rozmawia się tak, jak z managerami wielkich popstar. To jest całkowicie inna dyskusja, inne warunki, inne wymagania, etc.

Czym w tym roku zaskoczy nas festiwal?

Przede wszystkim największą ilością wykonawców ze Stanów. Oczywiście wachlarz proponowanego bluesa jest jeszcze bardziej rozszerzony. Myślę, że jeżeli ktoś nie ma czasu w ogóle albo nie lubi bluesa to powinien przyjść od godziny 17.00 i zobaczyć, co to znaczy prawdziwy blues. Od dobrego rocka do jazzu. Alternatywne granie Peyton’s, Davin, śpiew jak w latach 40. Roomful of Blues, bardzo dużo energii.

Pan też przygotował niespodziankę w tym roku… 

Wystąpię jak co roku ze swoim Big Bandem. Prawdziwe novum to “dęciaki” grający z pamięci. To jest niesamowita rzecz, w skali światowej niemożliwe wydarzenie. A robią to dlatego, że przyjeżdża Sieleman, chcę zrobić po prostu takie Katowice-Memphis Bridge, może to się uda i może zaczniemy od mojej kapeli, a zobaczymy jak to dalej pójdzie. Natomiast największą gwiazdą jest oczywiście Robert Cray i tu będzie pełen koncert, bo my gramy jedynie krótkie sety, żeby napędzać, żeby zostało utrzymane tempo. Robert Cray będzie grał przez 1,5 godziny, a potem na koniec jeszcze Sardinas przywali do pieca, bo tak energicznie jak on gra, to rzadko kto w ogóle gra w bluesie.

Jak ocenia Pan dzisiaj kondycję muzyki bluesowej? Wychodzi powoli z undergroundu, a może już dawno z niego wyszła?

Ta muzyka zawsze była gdzieś na bocznicy, ale to nie był undergorund. Uważam, że już teraz to jest pewna klasyka, a z drugiej strony wciąż się rozrasta, ponieważ ma wielu młodych wykonawców. Peyton’s są młodzi, Davin, tak samo Sardinas. Widać, że blues żyje wśród młodych. Wielu przyjeżdża teraz z Amsterdamu, gdzie byli na koncercie pewnego wykonawcy – który prawdopodobnie będzie w przyszłym roku – i spotkali się z bardzo dynamicznym graniem. I co powiedzieli? “Panie Irku, myśmy nie wiedzieli, że taki jest blues, taki dla nas”. Trzeba pamiętać, że jest to żywa muzyka improwizowana, ale również są to piosenki, czyli wpada w ucho. Robert Cray jest tego przykładem, on łamie zasady, że gramy w triadzie, że jest odpowiednia linia melodyczna, harmonia, a wszystko brzmi jak piosenka. Dlatego uważam, że blues ma przed sobą przyszłość, przez Rawę i ponad 70 mniejszych festiwali. Myślę, że obecnie bluesa w Polsce gra około 200 zespołów. Blues się ma dobrze w Polsce.

Lubi Pan wracać na Śląsk?

Pewnie! Jestem prawie trzy razy w tygodniu w Katowicach, bo Katowice to moje miasto z dziada pradziada i dlatego Rawa Blues nigdy nie zmieni miejsca zamieszkania, jak to czynią inne festiwale. Jestem przybity do tego miasta.

Z dziada pradziada, mówi Pan gwarą?

Jasne, że godom (śmiech). Ile w Panu jest energii, to wręcz nieprawdopodobne!

Skąd Pan ją czerpie? 

Rano o godzinie 7.00 pływam 2,5 km. Sto basenów stylem dowolnym przez godzinę i 10 minut bez odpoczynku. Czasami, jak mi się nie chce pływać, zamieniam basen na siłownię – też o 7.00, a wieczorem idę w góry, bo na co dzień mieszkam w górach. Albo pasja generuje energię. Pasja towarzyszy mi już od 15. roku życia kiedy dostałem harmonijkę. Wcześniej, kiedy uczyłem się klasyki, nie miałem tak wielkiego entuzjazmu, choć teraz dzięki mojej córce, która gra klasykę, przekonałem się, że najlepsza muzyka to klasyka (śmiech). I oczywiście blues, rock i jazz… ale grane na żywo, grane z takim wielkim przekonaniem, że ja chcę być na tej scenie, że chcę być dla ludzi, a nie odgrywam przedstawienie. Muzyka musi być żywa, wykonywana przez prawdziwych artystów, którzy nie lekceważą publiczności. Bo nie ma złej publiczności, są tylko źli artyści.

Odkąd tu siedzimy już ze cztery razy odebrał Pan telefon, choć przecież nie ma Pan swojej komórki. Czy jest nadzieja, że Pan ją sobie sprawi?

Przeżyłem bez komórki tyle lat, że już na pewno jej sobie nie kupię. Chcę mieć nieskrępowaną swobodę i taką prywatność. A jak się chce mnie znaleźć, to się znajdzie – ty mnie znalazłaś.

Dziennikarska determinacja…

I tak właśnie jest z bluesem! Pamiętam jeden zespół, który grał na bocznej scenie przez 9 lat, dopóki nie dostał się na dużą scenę. Do wytrwałych świat należy, zawsze trzeba iść pod prąd i każda sztuka, wszystkie rzeczy, które przychodzą z trudnością mają najlepsze rezultaty. Nawet jeżeli dasz komuś bilet, on mniej to ceni, niż kiedy go kupi. Ze wszystkim tak jest.

A co Pan robi na co dzień?

Trochę sobie gram, mam dużo roboty: rano pływać, wieczorem w góry (śmiech). Tak naprawdę zawsze coś się załatwia, bo Rawę robi się przez cały rok.

Przez cały rok?!

No pewnie, ja już teraz wiem jaka będzie Rawa w przyszłym roku.

Jaka?

Nie mogę zdradzić. Mogę powiedzieć dopiero wtedy, kiedy zostaną podpisane kontrakty. Natomiast każda Rawa jest inna i jakieś przesłanie będzie niosła. W tym roku niesie przesłanie: Nawet nienawidząc bluesa przyjdź, bo Robert Cray cię przekona!