Seks, Heimat & krzyż pański

Katowice, lata dziewięćdziesiąte. Facet, młoda dziewczyna, jej babka, ojciec, Bóg Ojciec. I jeszcze paru innych, w tym pies, który zginie i lampart, który już zginął. Prosta historia, która mogłaby wydarzyć się naprawdę. Napisana ze swadą, nieprzereklamowana znanym nazwiskiem z TVN-u, choć rewolucji w podjętym problemie raczej nie zrobi. Ostrzegam jednak – po lekturze zaczniesz zawieszać wzrok na sprężystych udach dwunastolatek. A może… już to robisz? 

Facet, lat trzydzieści, sylwetka wysportowana, w ustach papieros, na policzku wszczepiona sztuczna skóra. Przy boku magnetofon z kasetami. Same przeboje. Trochę salsy, rumby, ale głównie to disco. Idzie, gwiżdżąc pod nosem i chwaląc Boga za to szczęście, które go spotkało. Lada dzień zacznie uczyć tańca w Vb. Kilkanaście drobnych dupeczek, piersiątek nieśmiało kwitnących, małe rączki… Nareszcie!

Babka Boga nie chwali, raczej przeprasza. Żyje sama z wnuczką. Jak zięć, nierób i zapijmorda, im się na mieszkanie nie zwali, to życie płynie spokojnym i przewidywalnym rytmem. Babka spowiada się co dwa tygodnie. Nie to, żeby była jakaś grzeszna, ale tak to lubi, takie katharsis wówczas odczuwa, że sobie odmówić nie może. Tylko księży musi zmieniać, żeby się nie połapali, bo uważają – nie wie dlaczego – że przesadza.

Boga, a jeszcze bardziej to Najświętszej Panienki, boi się Agnieszka. Wychowana surowo, w pokorze i biedzie, za którą czeka ją nagroda po śmierci. Póki co nagród ziemia nie oferuje. Nawet ta pierwsza miesiączka nie przychodzi do niej i nie przychodzi. Z Agnieszki taka szara myszka. Ale przecież jak każda dziewczynka w jej wieku marzy o tym samym. O miłości, motylach w brzuchu. I żeby już jej nie traktowali jak dziecko. Nie wie jeszcze, że niedługo obok „bozi” zawiesi na szyi drugi łańcuszek – z sercem. Mimo tego, że babka nie kupi jej lycry, tylko w zwężanych getrach (co od Emy z Niemiec w paczce przyszły) ćwiczyć jej będzie kazała, On nie tylko się na nią głupio nie popatrzy, ale nawet wybierze i wyróżni ją w najpiękniejszy sposób.

Boga, a na pewno Kościół, ma w poważaniu ojciec. Czyta „NIE” i inne lewicowe pisma. Babkę doprowadza tym do szewskiej pasji, ale co on może poradzić na tę dewotkę bez serca. Jedyną swoją córkę kocha, więc odwiedza je czasem. Urosła mu ta mała nie wiadomo kiedy. Babka by wiedziała, co powiedzieć: „Kiedy? Ano wtedy jak latał z tym swoim czeskim cyrkiem i kurwami po świecie”. Teraz dziwnie się stresuje, jak do niej idzie. Na odwagę strzeli kilka browarów. – Jak tam w szkole? – zapyta. – Dobrze – usłyszy.
I tyle.
Ojciec nieistniejący. A jednak. Zaistnieje.

Anna Dziewit-Meller

Postaci Dziewit-Meller stworzyła w „DISKO” więcej. Każda jest wiarygodna, a jej działania są dobrze umotywowane. Środowisko i jego problemy z jednej strony są znane i raczej nie lubiane: pedofilia, bieda, rozsypane więzi rodzinne, frustracje seksualne, dewotyzm. Z drugiej, na szczęście, autorka nie popadła w śląskie czy – ogólnie – polskie smęty i zawodzenia w czerni i bieli. Regularnie temperując granice powagi, zostawiła miejsce na odrobinę absurdu, co nadaje powieści charakteru.

A czy to wypada stroić sobie żarty w powieści o pedofilu? Wypada, nie wypada, ale to akurat czyni książkę wyjątkową. Pedofilia jest – zdaje się mówić Dziewit-Meller. I stawia po tym kropkę. W swojej zgrabnej historyjce rysuje przykład tego zjawiska, niewymyślny, przedstawiony w sprzyjającym mu otoczeniu. I nie stawia ani kroku dalej. Morału brak.

To, że otoczenie jest odrobinę tendencyjne, a osobowość bohaterów podana na tacy, przez co ich działania pozostają dla czytelnika przewidywalne, sprawia, że powieść wydawnictwa Wielka Litera nie wejdzie raczej w poczet wielkiej literatury. Co nie oznacza, że nie jest warta uwagi. Bo jest! Co więcej, mam przeczucie, że mogłaby całkiem dobrze poradzić sobie na deskach teatralnych.

Anna Dziewit-Meller, DISKO, wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012.

Nasza ocena: 4/5