Archive – With Us Until You Are Dead

Czas oczekiwania na nowy krążek Brytyjczyków nie był na tyle długi, by fani formacji Archive obsypali sieć gradem rozpaczliwych próśb i błagań
o świeże kompozycje. W trzy lata po wydaniu „Controlling Crowds – Part IV” – płyty, której trasa promująca składała się głównie z koncertów z dopiskiem „sold out” – atmosferyczna hybryda
z wysp powraca.

Odrzućmy na bok dywagacje gawędziarzy, lubujących się w dysputach dotyczących tego czy zespół w mniejszym lub większym stopniu zmierza do korzeni Pink Floydów.

Odrzućmy na bok dywagacje dotyczące tego, komu należy się triphopowe podium planety Ziemia. 27 sierpnia Archive wydali na świat „With Us Until You’re Dead”. Naprawdę warto wybrać się z nimi w podróż, dopóki…

Bez wątpienia nie każdy z nas przysłuchuje się cotygodniowej Liście Przebojów Programu Trzeciego. To m.in. na tych falach gościli panowie z Archive, dosłownie okupując zestawienie w roku 2002 utworem „Again” przez, bagatela, siedemdziesiąt tygodni. Na pierwszym miejscu tejże listy pojawił się także utwór „Bullets”, pochodzący z szóstego krążka formacji. Również nie każdy z nas czerpie muzyczną przyjemność z prorocka czy triphopu. Należałoby jeszcze dodać postrocka, elektronikę, shoegaze czy dość ogólne pojęcie soundscape’u, bo ekipa ta para się wieloma gatunkami, a szufladkowanie w ich przypadku byłoby zajęciem raczej kłopotliwym. Tak naprawdę jednak Archive ma na polskiej ziemi bardzo liczne grono oddanych fanów, z którym konkurować mogą jedynie obywatele Niemiec, Francji czy Szwajcarii, gdzie formacja posiada iście szlachecki muzyczny status. Jak zmienili się od czasu „Controlling Crowds – Part IV”? Czy grają heavy metal? A może urosły im brody?

Z brodą może być kłopot, szczególnie jeśli przyjrzymy się kobiecej części tego kolektywu. Do dziesięcioosobowej ekipy dołączyła nowa wokalistka, Holly Martin, wzbogacając kompozycje swoim wyrazistym, niespokojnym głosem. Trzon grupy nie zmienia się. Odpowiedzialni za programowanie i klawisze Darius Keeler i Danny Griffiths, głosy Pollarda Berriera, Dave’a Penney’a i Marii Q oraz reszta składu znana z poprzedniej płyty pozostała nietknięta. O heavy metalu oczywiście nie może być mowy.

Premierę albumu „With Us Until You’re Dead” poprzedziła wydana 3 lipca EPka „Wiped Out/Violently”, zawierająca tytułowe kompozycje, które znalazły się również na długogrającym krążku. Wspomniane utwory to mocny akcent i wyróżniająca się część wydawnictwa. Słowem – doskonały przedsmak dalszej podróży, ale o tym za chwilę. Brytyjczycy częstokroć wspominali, że nowy, ósmy krążek w ich dorobku będzie dziełem najbardziej zróżnicowanym. Śledząc ścieżkę muzycznego rozwoju Archive, przebrniemy przez triphopowo-postrockową i prorockową drogę. Krytycy zastanawiali się, gdzie jedenastka postawi kolejny krok: powrót do psychodelicznych klimatów pokroju Massive Attack czy może jednak rozbudowane, nie mniej zresztą zakręcone kompozycje, zmierzające w stronę klasyków progresywnego rocka?

Jedno jest pewne: Archive są słowni. Przed nami krążek, który zawiera esencję tego, co zespół prezentował nam przez ponad 16 lat swojego istnienia. I śmiem twierdzić, że jest to naprawdę dobra esencja.

Płytę otwiera „Wiped Out”, umieszczony również na EPce. Na starcie przenika nas mistyczna aura, którą zapewnia wokal z domieszką pogłosu. W tle ledwie zauważalny instrument sekcji dętej zaznacza swoją obecność za pomocą kilku dźwięków. Przejmujący krzyk „My angel, my love” daje nam do zrozumienia, czego będzie dotyczyć sfera tekstów. Miłości właśnie. I na pewno nie będzie to miłość z telenoweli. Po drugiej minucie pojawiają się pianino, szybkie glitche, bębniące tomy i werble. Niespokojna atmosfera kumuluje się i przyspiesza bicie serca. Dalej swoisty powrót do początku utworu, ale wraz z wokalem, orkiestrą, pianinem, gitarą i zbasowanymi uderzeniami perkusji. Przesterowany bas wibruje w jednostajnym rytmie, towarzysząc nam do końca. Utwór wprost idealnie nadaje się na soundtrack do psychodelicznego dramatu.

Za pomocą porcji delikatnych szumów przechodzimy swobodnie dalej. Cały krążek to sieć naczyń połączonych – utwory nachodzą na siebie, tworząc chwilowe wrażenie jednostajności. W „Interlace” miast rozszalałego, diabolicznego walczyka na talerz dostajemy triphopową przekąskę. Będzie minimalistycznie, ale w powietrzu nadal utrzyma się klimat z filmów o pękniętych lustrach. Poprowadzi nas przebiegający tam i z powrotem, wzbogacony phaserem, rozwijający i zwijający się elektroniczny kłębek. Miarowe, dźwięczne uderzenia klawiszy przenika brudna barwa gitary. Wokal z manierą wręcz niebiańską zaprasza swojego adresata: „Come closer”. Gdzieś w połowie dzięki basowej przygrywce utwór nabiera funkowych, nieco bardziej pozytywnych barw.

Pora na „Stick Me In My Heart”, najchętniej odsłuchiwany utwór albumu. Nie podzielam entuzjazmu słuchaczy. Oczekiwałem raczej dalszej, pełnej napięcia, dzikiej podróży. Kawałek przywodzi na myśl Pink Floydowe zagrywki i rockową klasykę. Dwie ścieżki lekko rozmytych klawiszy tworząc ambientową orkiestrę, przenikają się, uzupełnione śpiewającymi naraz kochankami. „Stick It To My Heart” powtarzane jak mantra dopełnia całości. Utwór rozkręca się na koniec, gdy pulsujące, przesterowane elektroniczne sample przecinają ścieżki wraz z rytmem wyznaczanym przez perkusyjne uderzenia.
Napięcia, którego przed chwilą zabrakło, z powodzeniem dostarczy „Conflict”. Fani Archive przypomną sobie utwór „Numb”. Tutaj rytm zamienia się w regularną bitwę tomów perkusyjnych, stylistycznie ocierając się o idm dzięki zagęszczeniu różnorakich uderzeń. Muzyka co jakiś czas zamiera, by za chwilę wstrząsnąć krzykiem płynącym z oddali. Smyczkowe partie dodatkowo zwiększają dramaturgię utworu, ostatecznie jednak samotnie pozostaną na arenie, wybrzmiewając aż do końca utworu.

„Violently”, drugi doskonały kąsek z EPki, naprawdę zasłużył na wyróżnienie w postaci teledysku. W utworze udziela się Holly Martin, nowy nabytek Archive. Osacza nas pulsujący bas, atakujący na zmianę z rwanym fragmentem partii orkiestry. „Who the fuck is anything?”, pyta wokalistka. Z taką dykcją spokojnie poradziłaby sobie w Massive Attack czy w towarzystwie Trickiego. Holly buduje coraz większe napięcie aż do „Demonic presence hanging over me”, gdzie jest już właściwie bliska krzyku. Dalej szarpane gitary, połamane perkusyjne beaty i urywane ścieżki wybrzmiewają razem, tworząc z pozoru chaotyczną, w istocie jednak wręcz matematycznie poskładaną, jednostajną całość.

„Calm Now” to kolejna odsłona soundtrackowych brzmień. Skrzypce wygrywają smętną nutę. Wtórują im klawisze, odgrywając hipnotyzującą melodię. W tle słyszymy kobiece głosy, które brzmią jak wspomnienia wyciągnięte z ciemnych zakamarków umysłu. Niestety słabo wypadają kompozycje z udziałem Marii Q. Wokalistka bez problemu utuli nas do snu, jednak nie chciałbym wejść w skórę niemowlaka, którego należałoby z jej pomocą skusić na popołudniową drzemkę. Sztampowe, nudnawe melodie i przeciągane wokale dosłownie gaszą ogień z krążka.
Płytę zamyka utwór „Rise”. Pozostajemy w objęciach melancholii, ale znacznie lepiej przyswajalnej. Czysta gitara wygrywa eteryczne i chillwave’owe melodie. Dwugłos wokalistów mających tutaj co nieco wspólnego z anielskimi chórami (właśnie tak je sobie wyobrażam) opowiada nam o tym, że wszystko się skończy i wszystko na nowo rozpocznie. A jakże.

Summa summarum „With Us Until You’re Dead” jest w mojej ocenie naprawdę solidnym krążkiem i udanym powrotem Archive. Jako płyta traktująca o miłości wspaniale oddaje emocje człowieka mającego do czynienia z całą gamą uczuć, jakie spływają na nas podczas mniej lub bardziej skomplikowanych relacji z bliską osobą. Otrzymujemy do własnej dyspozycji niepokojące, poruszające kolaże, doskonale znane fanom zespołu utwory znienacka nabierające tempa i wzbogacane o kolejne instrumenty oraz spokojne, falujące, przestrzenne ballady. Słabe strony? Można odnieść wrażenie, że przydałoby się pozmieniać nieco kolejność utworów. Chwilami wydaje się, że prawie odpalono pocisk, jednak nagle zmusza się nas do zredukowania napięcia na rzecz gry w warcaby. By uniknąć niesmaku, radzę spojrzeć na tytuły utworów. Powiedzą nam wiele o tym czego możemy się spodziewać. Zatem w którą stronę: elektronika czy rock? Powiedziałbym, że Archive zagrało elektronicznie zmotywowanego rocka, nie udzielając jednoznacznej odpowiedzi. Choć trudno dzisiaj mówić o odkrywaniu nowych lądów, należy przyznać, że zespół nie stracił swojej eksperymentalnej natury.

Ocena: 4/5