Powrót do seansów z lat dziecięcych

93 filmy, które w czasie wchodzenia do kin wstrząsnęły światową kinematografią, wyprzedzały epokę lub budziły niesmak i przechodziły bez echa, po to by zyskać sławę w drugim obiegu. Kultowe były tej wiosny dużo krótsze i zdecydowanie brakowało im rozmachu zeszłorocznej edycji. Ale to jedyny tak spójny ideowo przegląd filmowy na Śląsku, w którym widać zapał organizatorów. Mimo, że mecenat wyraźnie nie domagał.

Bo jak wyjaśnić fakt, że trzytygodniowy miejski festiwal, na którym można było od rana do wieczora siedzieć w kinie a wieczorem pójść na wydarzenie towarzyszące został tak drastycznie skrócony? Na szczęście całość się nie rozmyła, chociaż trzeba przyznać, że repertuar był znacznie bardziej „inside’owy” i mógł nie trafić do kogoś, kogo nie interesuje kinofilskie podejście do sprawy. Ale po kolei.

2w1 były pokazami, na których zaprezentowano pierwszą „Muchę” i „Batmana” w zestawieniu z ich późniejszymi wersjami. Połączenie wysokobudżetowych produkcji i charakterystycznych stylów Nolana i Cronenberga z mocno zestarzałymi pierwowzorami był szansą nie tylko na filmową frajdę, ale również polem do dyskusji nad tym jak kino rozumie i przetwarza tematy.

Sekcja 7x Buñuel dawała możliwość ostatecznego przekonania znajomych do „staroci” (lub osobistego nadrobienia wstydliwych zaległości). Sala podczas seansów była zapełniona, a ja nadal jestem pod wrażeniem lekkości z jaką reżyser budował narrację i z jaką prostotą ukazywał postaci. Kto nie był i nie widział niech się teraz męczy przez monitorem, tutaj.

kadr ze spotu FFK

Kino kultu: Jodorowsky. W latach powolnego znużenia ciężką filmową awangardą (bo chyba nikt nie uznaje eksperymentów Warhola za przyjemne w odbiorze) i wysypem tandetnych explotation (przemoc, seks, trochę fabuły i zero dubli), w grudniu 1970 roku zorganizowano pierwszy pokaz midnightmovies. W zasadzie przez przypadek, bo El Topo  zaprezentowano spontanicznie, podczas festiwalu artystycznych filmów niezależnych. Od tamtej nocy był wyświetlany bez przerwy, przez półtora roku, w dodatku bez żadnej reklamy i prasy.Jeżeli więc można uznać kogoś za ojca seansów o północy, to byłby nim z jednej strony Jonas Mekas, który zdecydował się wykorzystać frekwencje na festiwalu, z drugiej zaś Alejandro Jodorowski, który swoimi narkotycznymi wizjami zdobył serca przybyłych do kina hipisów. Na FFK mogliśmy zobaczyć 3 najlepsze filmy reżysera i dokument o jego pracy twórczej.

Można tak opisywać film po filmie, w końcu żaden z nich nie został włączony do programu przypadkowo, ale spośród wszystkich mniejszych lub większych oczywistości na wyróżnienie zasługuje Donnie Darko. Trudno mi przypomnieć sobie inny tytuł, który był tak często przywoływano na filmowych forach, a którego w Polsce nawet nie dystrybuowano.Dla jednych to arcydzieło, które pokazało, że amerykańskie kino potrafi być autoironiczne i inteligentne, zachęcając do odgadywania wszystkich pozostawionych w nim tropów (filmowych, literackich, kulturowych). Inni uznają go z kolei za naszpikowaną podwórkowym mistycyzmem tandetę dla młodzieży. Ale przekonać należało się samemu. Dla niewtajemniczonych, oto ostatnia szansa.

Resztę programu stanowiły te tytuły, które pamiętamy z nocnych maratonów z Polsatem, z przysypianiem w oczekiwaniu na „Kocham kino” i z pierwszych tajniacko przegrywanych u znajomych płyt. No i z VHSem, zepsutą głowicą i wieńczącymi te domowe seanse słowami:„czytał Tomasz Knapik”.

kadr ze spotu FFK

VHS: Hell. Nowo otwarta galeria Bibu okazała się idealnym miejscem festiwalowym. Ze wszystkich katowickich kin, to właśnie kamienica przy Mickiewicza sprawiła, że aura odbioru kultowego była najbardziej autentyczna. 3 pokoje, 3 magnetowidy i 9 gniotów, przy których marnowanie czasu staje przyjemne.

Kultowe zakończyły się powodzeniem również w tym roku, jednak tylko dzięki dobrym pomysłom organizatorów, którzy postawili na kreatywność. Władze Katowic powinny się poważnie zastanowić nad tym jak po raz kolejny (czemu to nadal dziwi?!), marnują idealną szansę na promocję miasta oraz zapał młodych ludzi:

W tym roku całe miasto żyło festiwalem. A przynajmniej tak mi się wydaje. Kiedyś festiwal dla studentów stał się teraz po prostu ucztą dla kinomana. Widać, że organizatorzy chcą przyciągnąć każdego. Dla starszych znalazły się klasyki jak np. cykl filmów Bunuela, który cieszył się niemałą popularnością. Dla młodych kultowe już pozycje takie jak Pulp Fiction, Mechaniczna Pomarańcza czy Powrót do Przyszłości gromadziły pełne sale widzów. No i oczywiście wykupione do ostatniego miejsca bilety na najgorsze filmy świata. Była to moja pierwsza okazja, by uczestniczyć w wolontariacie i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolona i naprawdę nie mogę się doczekać FFK w przyszłym roku. Panował zupełnie przyjacielski klimat, nie było żadnych spięć. Wszechobecne dyskusje na temat filmów po każdym seansie i wspólne oglądanie „Rejsu” w plenerze to było coś fantastycznego. Nie mówiąc już o śpiewaniu „Historii jednej znajomości” przez wszystkich wolontariuszy. Przepraszamy, że musieliście tego słuchać. (Patrycja Mucha, wolontariuszka)

Jeden dobry przegląd wiosny nie czyni. Klasyk ma dalej rację.