Sławomir Mrożek KONTRA peerelowski tumiwisizm

Gdyby tak przyszło nam w kilku zdaniach ująć rok 1986, ten sam, w którym Mrożek ukończył sztukę pt. „Kontrakt”, trzeba by przyznać, że chleb powszedni tamtych miesięcy drożał bez opamiętania, podobnie zresztą jak mięso, cukier, mleko, masło czy alkohol. Najbardziej „Solidarnym” w swym niezadowoleniu perswadowano regularnie to i owo, na osobności, ma się rozumieć, z dala od zbyt swobodnej, narowistej myśli.

Na osłodę droższego cukru w sukurs przychodziło jednak kino, dość nostalgiczne owego roku, doprawione bowiem szczyptą Dygata i Konwickiego (swoją premierę miały „Jezioro Bodeńskie” oraz „Kronika wypadków miłosnych”), ale także porozumiewawczo zdystansowane, dzięki historii lokatorów spod „Alternatywy 4”.

Te mniej lub bardziej istotne okruchy polskiej codzienności prędzej czy później docierały na stół przebywającego wówczas na emigracji Sławomira Mrożka. Żył on jednak w całkiem odmiennym świecie i jeśli dopuszczał je do głosu, to jedynie jako dramaturg, pozwalając im wybrzmieć na scenie, ostrzem dialogów zarysowując przepaść dzielącą Zachód od Wschodu. Tamtego roku, rzucił im wyzwanie. Kazał zawrzeć im kontrakt, będący po części jego osobistym kontr-atakiem, wyrazem goryczy wobec tego kraju leżącego na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu…

Tumiwisizm czy na dudka-wystrychizm?

W wywiadzie, który ukazał się w marcowym wydaniu „Teatru”, Sławomir Mrożek wspomina rok 1963 tuż przed opuszczeniem kraju oraz nieruchomego, trawiącego swój czas na nicnierobieniu mężczyznę, który wydał mu się wówczas odzwierciedleniem polskiej rzeczywistości. Trzeba Polaka, żeby nic nie było do końca – podsumuje gorzko, przyglądając się nierównym grządkom na Skwerze Kościuszki w Gdyni.

W 1986 roku nie będzie jednak aż tak surowy w swych osądach, lepiąc na potrzeby sztuki postać Morisa, polskiego
portiera zatrudnionego w jednym ze znakomitszych hoteli w Szwajcarii. Młodemu Polakowi nie możemy odmówić fantazji i przedsiębiorczości, gdy podaje się za mieszkańca wyimaginowanej wyspy Polititiki, czy też stara się zdobyć kontakty poprzedniego, wieloletniego portiera, zmarłego właśnie – pana Lefevre’a. Dlaczego więc zmuszony jest odgrywać po kolei wszystkie te role i co popycha go do zawarcia tytułowego kontraktu?

Odnosimy wrażenie, że nie zalicza się on do tych Polaków, co to nigdy nic do końca… Jeśli raz za razem wkłada kolejną maskę, wybaczamy mu to bez mrugnięcia okiem, widząc, że los porządnie z niego zaszydził, dając początek jego życiu gdzieś na krańcu świata, w Bereźnicy Wyżnej, koło Szczawna, w kierunku na Ustrzyki Dolne, licząc od Komańczy, przez Teleśnicę Oszwarową (…). Nie bez nuty kpiny i cynizmu, Moris zapewnia, że chodzi wciąż o Europę. Kim jest tymczasem jego rozmówca?

Pochopnym byłoby przyznanie Magnusowi jedynie miana reprezentanta starej, eleganckiej, wzniosłej europejskiej siły. W rzeczywistości ten ostatni bastion dawnego porządku sypie się już nie od dzisiaj i dogorywa odrzucając asymilację z zewnętrznym światem, gdzie tymczasem nastało tak wiele zmian: Wszystko, co jest tam, na zewnątrz – już nie dla mnie. Nie przyjmuję, nie zgadzam się na to, nie chcę! Tylko tutaj mogę zgodzić się jeszcze na życie.

Do którego z dwojga należy więc przyszłość? Czy ster będzie w stanie przejąć ktoś na podobieństwo Morisa – młody, ambitny, bystry, a zarazem tak wycofany w tę swoją wschodnioeuropejską paranoję, nadbałtycko-karpackie kompleksy, historyczne kalectwo? Może więc jednak Magnus, posunięty w latach, pewny swej wartości, dystynkcji, elegancji, ostatni rezerwat starej Europy, fin de siecle’u, lecz równocześnie zbyt mocno zapatrzony w siebie i przyzwyczajony do uprzywilejowanej pozycji, głównej roli w swoim prowincjonalnym teatrzyku, egoista i samotnik gardzący odmiennością?

26 lat później…w dawnej loży masońskiej…

Dziś, po 26 latach od momentu powstania sztuki, 26 lat później w życiorysie Europy, stawiane przez nas pytania względem jej przyszłości i potencjału uległy diametralnej zmianie, a jednak sztuka ta nie musi przecież wcale stracić na swej aktualności.
23 marca 2012 podkreślał to prof. Marian Kisiel, prodziekan Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Śląskiego przy okazji uroczystości nadania autorowi tytułu doktora honoris causa. Profesor Kisiel zaznaczał, że utworów Mrożka nie można czytać jedynie w kontekście wydarzeń i bolączek lat 50. i 60. XX wieku. My czytaliśmy Mrożka przez pryzmat zniewolenia, z dzisiejszej perspektywy studenci czytają jego utwory śmiało przez pryzmat konsumpcjonizmu i kapitalizmu.

Po latach zapomnienia, w tak odmiennych realiach, spektakl Kontrakt wraca powoli na afisze teatrów. W katowickim Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego dzieje się to obecnie za sprawą reżysera Bogdana Cioska, który podjął się wystawienia jej 24 lata temu, by dziś ponownie tchnąć życie w dwóch nieznajomych mężczyzn i pozwolić im przemówić w ten charakterystyczny Mrożkowi sposób, w którym kolejne kwestie śledzi się niczym wirtuozersko prowadzoną partię szachów czy pojedynek szermierzy. Wszystko to zaś odbywa się w nieprzypadkowym miejscu, na świeżo oddanej do użytku po renowacji Scenie w Malarni, w sali, która w latach 70. XX wieku służyła masonom za miejsce zebrań. Szczególny to zbieg okoliczności, niepozbawiony uroku, doprowadzić do spotkania Magnusa i Morisa, w murach, w których niegdyś rozbrzmiewały wolnomularskie hasła.

Mrożek rozpisuje się szeroko w początkowych didaskaliach na temat wystroju wnętrza hotelowego, w którym rozgrywa się akcja sztuki, a katowicka inscenizacja trzyma się dość wiernie tych wskazówek. Naszym oczom ukazuje się więc zaraz na wstępie recepcja, sofa, na której rozsiadł się jeszcze przed przybyciem publiczności stary rezydent, fotel i potężne kotary w porte-fenetre. Ponadto jest jeszcze ten jeden nieznośny „drobiazg”, który razi w powyższym obrazie, jak fałszywy dźwięk, nieuzasadniony anachronizm – laptop! Myśl, że to rekwizyt miałby nam sugerować aktualność sztuki w roku 2012, nie przekonuje ani przez moment zważywszy na wagę dialogów, które są podstawowym atutem i narzędziem teatru Mrożka. Tym mniej jest to uzasadnione posunięcie, iż grający rolę portiera Marcin Szaforz już po kilku chwilach chowa się za nim, jakby przywalony ciężarem swojej postaci szukał wsparcia w komputerowej klawiaturze.

Czy klawiatura wywiązuje się chociaż ze swej utajonej roli? Bynajmniej. Aktor, którego znamy z bardzo udanej kreacji Gilles’a w Małych Zbrodniach Małżeńskich Erica Emmanuela Schmitta, granych mniej więcej w tym samym czasie na Małej Scenie, zmaga się boleśnie ze swoimi kwestiami w dwóch pierwszych aktach, dopiero w trzecim zawierzając bardziej wypowiadanym przez siebie słowom. Można by pomyśleć, że taka jest droga obrana przez Bogdana Cioska – skoro Moris wciąż kogoś odgrywa, to niech ta „gra” będzie wyczuwalna w sposobie prowadzenia swojego bohatera przez Marcina Szaforza. Jednak nawet, gdy Moris odbiera telefon, w pośpiesznie, sztywno wyrzucanych do słuchawki zdaniach brakuje miejsca na odpowiedź domyślnej osoby po drugiej stronie linii, brakuje wiarygodności i scalenia z postacią.

Tymczasem Bernard Krawczyk, należący do najstarszego pokolenia Teatru Śląskiego, wcielający się w rolę Magnusa, tworzy wokół siebie autentyczną aurę miejsca i postaci, które 26 lat temu narodziły się w wyobraźni autora. Jest w nim elegancja, jest coś szlachetnego, momentami coś z tragizmu i przede wszystkim niegasnąca ani na chwilę iskra w spojrzeniu (by ją dostrzec warto zapewnić sobie tym razem miejsce w pierwszym rzędzie!), która podtrzymuje komediowo-dramatyczną konwencję całości i każe widzowi balansować bezustannie między skrajnie różnymi emocjami.

Pod wysoko uniesioną żelazną kurtyną daremności udaremnianie

W krótkim wywiadzie z Bogdanem Cioskiem umieszczonym na stronie Teatru Śląskiego, reżyser wraca do kwestii aktualności sztuki w nowym porządku Europy, gdzie pod wysoko podniesioną żelazną kurtyną Polacy szukają swojego miejsca w różnych szerokościach i długościach geograficznych.

Teatr Mrożka w zasadzie nie potrzebuje dodatkowych zabiegów, by lepiej przemawiać do współczesnego odbiorcy. Jego głos nie przestaje rozbrzmiewać od kilkudziesięciu lat, ponadto w zeszłym roku nakładem Wydawnictwa Literackiego ukazała się korespondencja dramaturga ze Stanisławem Lemem, a w tym roku na rynku pojawił się także drugi tom jego Dzienników.

81-letni autor mieszkający od 2008 roku w Nicei pomimo poważnych kłopotów zdrowotnych, wciąż wita na współczesnej scenie teatralnej w kraju i za granicą. Specyfiką jego twórczości jest zaś siła słowa, wiara w człowieka i w jego zdolność wpływania na rzeczywistość, jak sam napisał: Jeżeli coś robię, to być może przez to samo nadaję temu jakiś sens, udaremniam trochę daremność (…). Wydaje mi się, że wciąż uporczywie szukamy sensu poza nami, gdzieś z zewnątrz, jednego a ukrytego, który by więc wystarczyło tylko odkryć, a tymczasem sens jest w naszych rękach, naszym sztucznym produktem.

Gdyby tak przyszło nam na koniec w jednym zdaniu ująć niepełny rok 2012, ten sam, w którym Bogdan Ciosek wyreżyserował w Teatrze Śląskim Kontrakt Sławomira Mrożka, to trzeba by przyznać, że obok niezmiennych od lat podwyżek, na nieco odmiennych co prawda warunkach, Zachód wciąż rozgrywa jakąś partię ze Wschodem, a Wschód z Zachodem i ciężko znaleźć taką sferę życia, w której można by mówić o (m)rożku obfitości, warto więc od czasu do czasu poszukać go chociaż na teatralnej scenie…

reżyseria : Bogdan Ciosek,
scenografia: Andrzej Witkowski,
opracowanie muzyczne: Jarosław Mamczarski ,
asystent reżysera: Marcin Całka,
obsada: Bernard Krawczyk, Marcin Szaforz