Pozorne ocalenie. „Widma” Łukasza Orbitowskiego.

W wywiadzie dla Rzeczpospolitej Łukasz Orbitowski powiedział: Chciałem napisać opowieść o wielkiej miłości, pomyślałem, czemu nie Krzysztof Kamil Baczyński z Basią Drapczyńską? Tylko że musieliby żyć dłużej, a nie zginąć w powstaniu warszawskim. Tak narodził się pomysł, by ono w ogóle nie wybuchło.

I właśnie taki jest początek historii opisanej w jego najnowszej powieści „Widma”. Ale już wydawca kuszący z okładki, że są to alternatywne dzieje powojennej Polski, z Krzysztofem Kamilem Baczyńskim w roli głównej, nieco rozmija się z rzeczywistością.

To prawda: 1. sierpnia 1944 roku nie wybucha powstanie. Wszak wymaga ono broni, a ta w okupowanym mieście staje się naraz bezużyteczna, i to po obu stronach – a pięści i kamienie to jednak za mało. Walka gaśnie więc, zanim została rozniecona. Ale nad miastem toczy się inna bitwa, ważniejsza. Ścierają się apokaliptyczni wojownicy, mrowie skrzydlatych białych jeźdźców dosiadających rumaków, gryfów i smoków z mroczną armią pełną zdeformowanych, piekielnych stworzeń. A nieświadomi niczego Warszawiacy, którzy mieli rzucić się w odmęty straceńczej walki, spoglądają niepewnie na ocalone miasto i zachowanych przy życiu ludzi.

Krzyś Baczyński nie zginął. Nie straciła życia także jego żona Basia. Ale tuż przed godziną W spotkała nieznajomego, który poprosił ją o przechowanie dziwnej, choć niepozornej paczki. W zamian co roku ma otrzymywać pięćset dolarów w złocie. Jedyne, o co ma zadbać, to aby nikt do niej nie zajrzał. Dalej pozornie wszystko toczy się znanym torem: pojawia się Armia Czerwona (z bronią działającą jak należy), a za nią komunizm w Polsce. Warszawa rozrasta się, pnie się w górę, rozpełza, zagarniając okoliczne wioski.

I tak przez jedenaście lat: do chwili, gdy powoli zacznie znikać, rozsypywać się, niszczeć. Miasto – niemy, ale być może najważniejszy bohater tej powieści – nieubłaganie przestaje istnieć. Warszawa opisywana przez Orbitowskiego jest zarazem mityczna, rzeczywista i fantastyczna, jest równocześnie znana i obca. Ma niezliczone twarze. Warszawa jest miastem kryjówek, stworzonym do pielęgnowania tajemnic. Nawet jej światło oślepia, by mogły w nim przemykać cienie. I tak naprawdę nie można jej zniszczyć: odradza się wciąż na nowo – dosłownie, a może w przenośni?…

A Krzyś Baczyński? Jeśli ktoś spodziewał się alternatywnego życiorysu, w którym Krzyś zasuwa w fabryce i pisze po nocach albo bujnych opisów literackiego życia w komunistycznej rzeczywistości, będzie zapewne rozczarowany. I to nie tak, że zabrakło tego w „Widmach”. Jest Krzyś pracujący na budowie, by poznać życie robotnicze (ku chwale socrealistycznej twórczości), Krzyś pijany, pogardliwymi uśmieszkami witany u Literatów, Krzyś sfrustrowany, walczący z niemocą twórczą w ciasnym mieszkanku, za szafą, wreszcie Krzyś-poeta, który stracił swój talent gdzieś pod nieistniejącymi gruzami stolicy. Co tu dużo ukrywać: Krzyś powojenny to Krzyś-nieudacznik.

Jasnym staje się, że największym jego dramatem jest to, że nie zginął w powstaniu. Ocalenie nie nadeszło. Prawdziwe życie skończyło się 1. sierpnia 1944. Potem jest już tylko szara, smutna rzeczywistość, a w niej niezbyt szczęśliwe małżeństwo, zawiedzione nadzieje, utracone szanse, kłótnie, niezrozumienia. Przeżywa to wszystko Krzyś Baczyński, ale przecież mógłby ktokolwiek. Orbitowski poprzez jego zmagania pokazuje to, co na wskroś uniwersalne: walkę być może bardziej rozpaczliwą niż powstańcza – walkę o ocalenie umierającej miłości.

Krzyś, wbrew pozorom, nie jest głównym bohaterem tej powieści. W zasadzie „Widma” nie posiadają głównego bohatera, mają natomiast imponującą galerię równorzędnych postaci. Wyrazistych, wielowymiarowych, tak różnych od siebie. Obok Baczyńskich to Hania – Jaszczurka, kochanka Krzysia, chłodny i wyrachowany milicjant Wiktor i dostrzegający więcej niż inni szaleniec Janek, złamany przez lata spędzone w więzieniach. Ci dwaj ostatni znają się jeszcze z akowskiej konspiracji. Nie można nie wspomnieć o barwnych postaciach na drugim planie: diabolicznym Poderwornym czy Stefanii, matce Krzysia. Nadopiekuńczej, opętanej miłością do niego i nienawiścią do Basi, stawiającej ołtarzyki na cześć przedwcześnie pogrzebanej sławy syna-poety.

„Widma” to nie realistyczna historia alternatywna. Wprost przeciwnie: rzeczywistość w miarę zagłębiania się w powieść zanika, ustępuje temu, co nadprzyrodzone, trudne do wyjaśnienia, mistyczne. Tę powieść trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Jak zwykle u Orbitowskiego wysokie miesza się z niskim, kliszowe popkulturowe obrazy niczym ze „Świtu żywych trupów” są tej powieści tak samo przynależne jak wyraźne (nie po raz pierwszy zresztą w jego prozie) odniesienia do twórczości Słowackiego, tym razem do „Kordiana”. Kiedy bohaterowie wędrują przez rozpadającą się Warszawę, mimochodem przychodzą mi na myśl sceny z „Drogi” McCarthy’ego. I niech będzie to poczytane za komplement.

Język Orbitowskiego zachwyca nie tylko dlatego, że przesiąknięty jest poezją Baczyńskiego, i to poezją zrzuconą z zakurzonego piedestału. Niemal wszystko w powieści jest symboliczne: i cierpiąca, pożerająca własne dzieci Warszawa, i uciekający od świata Krzyś Baczyński, i droga, która wiedzie ku nieuniknionej klęsce. Orbitowski próbuje zmierzyć się z powstańczymi mitami, wejść w dialog z narodową sferą sacrum, niedotykalną, otoczoną czcią, ale martwą, bo nikt tak naprawdę jej nie rozumie.

Orbitowski odpowiada swoją powieścią na najważniejsze, choć nie zadane wprost pytanie: po co nam było powstanie warszawskie, po co inne skazane z góry na porażkę walki, czy jest w nich jakiś sens? Krzyś u schyłku książki wyjaśnia: Polska nie musi być taka ważna. Są rzeczy ważniejsze, jak nasza miłość (…). Tylko co byłoby z naszą miłością, gdybym nie poszedł? Z miłością Jurka, Tadka, wszystkich. Niemcy zasiali w nas wściekłość. Nie można z nią budować wolnego kraju ani założyć domu. Bo gniew nas zeżre (…). Trzeba go wystrzelać. Wolę umrzeć, niż pozwolić mu we mnie zostać.

Najnowszej powieści Orbitowskiego można by zarzucić to i owo. Niektóre wątki gasną w dziwny sposób, jak wypalone: dotyczy to Basi czy Stasia. Dłużą się sceny wędrowania po rozpadającym się mieście. W bohaterach, w miarę docierania do kresu wydarzeń, coraz mocniej uwypuklają się ich cechy charakterystyczne, sprawiając, że stają się oni niemal stereotypowi. Ale zakończenie powieści sprawia, że niedociągnięcia wydają się mniej istotne. Pozostaje natomiast przekonanie, że Orbitowski jest pisarzem dojrzałym, niezwykle oryginalnym, zarówno w sferze koncepcyjnej jak i stylistycznej, a przy tym własnej oryginalności w pełni świadomym.

Łukasz Orbitowski, Widma, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Nasza ocena: 4,5/5

 

 

 

Bernadeta Prandzioch