Opowieści z dołu, czyli ile górnika w górniku IV

Praca w kopalni bez wątpienia jest jedną z cięższych i bardziej niebezpiecznych. Jednak poza Barbórką i związanymi z nią uroczystościami, o jakich wspominałam w poprzednim odcinku, istniały także inne rozrywki czekające na górników, o których opowiedział mi Dziadek

Choć pewnie niewielu z nas ma tego świadomość, kopalnie rozciągają się na bardzo dużym obszarze, od szybów, którymi górnicy zjeżdżają na dół, do wyrobów eksploatacyjnych jest dosyć daleko. Odległość taka może wynosić nawet 5 – 6 kilometrów. Żeby nie tracić czasu na przemieszczanie się, najczęstszym sposobem wykorzystywanym do pokonywania tej odległości była podziemna kolej. Górnicy zajmowali miejsca w małych wagonikach, które mieściły po 12 osób każdy. Spragnieni czegoś nowego nie lubili marnować czasu podczas jazdy. Ulubioną rozrywką podczas podróży była gra w skata (czyt. szkata), grę niezwykle popularną na Śląsku, szczególnie wśród górniczej braci.

Po przyjeździe do ścian nie mają przerw na jedzenie, więc każdy z nich nosi w kieszeni drugie śniadanie, które konsumuje podczas awarii lub niespodziewanej przerwy w wydobyciu. Wtedy też mężczyźni wyciągają z kieszeni jedzenie, zastanawiając się, „co tam stara przygotowała”. Według obfitości kanapki wnioskują, jakie stosunki panują w relacjach domowych swoich kolegów. Jeden z nich po wyciągnięciu chleba ogląda go, krzywi się i mówi: „Zaś z kotletem”, po czym wyrzuca jedzenie do zawału. Warto pamiętać, że w czasach PRL-u kotlet był rarytasem – mięso było bardzo drogie. Inny mężczyzna, nie potrafiąc znieść takiego marnotrawstwa, wskoczył do zawału – czyli ściany, z której wybrany został węgiel i jej struktura zaczyna się zawalać – ryzykując przy tym zdrowiem i życiem, po czym wyciągnął kanapkę. Zadowolony ze swego bohaterskiego czynu rozdzielił kromki chleba, zaglądając do środka. Po chwili jego mina wyraźnie zrzedła, bo zamiast wymarzonego kotleta, w kanapce znajdował się… placek ziemniaczany.

Wśród górników krąży mnóstwo historii związanych ze spożywanymi na dole kanapkami. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie: co górnik, to inna kanapkowa opowieść.

(ilustracja: Vincent Venoir)

Podczas drugiego śniadania jeden z nich wyciągnął chleb z kieszeni i bez oglądania wyrzucił go do zawału. Inni natomiast popatrzyli na niego ze zdziwieniem, mówiąc:

– Chłopie, to mogłeś przynajmniej obejrzeć, co to tam w tym mosz.
– A, z fetem to ino jest.
– A skąd to wiesz?
– Bożech to sobie sam przygotowoł.

Kolejną rozrywką górników w czasach PRL-u były zorganizowane wycieczki. W tamtych latach, w wiosenne i letnie niedziele, oczywiście kiedy nie było wydobycia oraz gdy nie była to niedziela planowa lub apelowa, w ramach funduszu socjalnego organizowano wyprawy w góry i nad jeziora. Przeważnie tego typu podróż wyglądała tak: górnicy wsiadali przy kopalni do autobusu, a zanim dojechali do celu, prawie wszyscy byli już pijani. Pewnego razu, po przyjeździe, jeden z nich namawiał do chodzenia po górach, jednak jego zapał został dosyć szybko ostudzony przez kolegę, który stwierdził, że gór i dolin to on ma aż za dużo w kopalni. Nie było więc innej możliwości, jak tylko przekształcić wycieczkę w góry, na wycieczkę do dna butelek.

Innym razem jeden z górników zorganizował wyjazd pod hasłem: „wycieczka bezalkoholowa” z wielkim transparentem w oknie autobusu. Zaznaczył z góry, że absolutnym zakazem jest picie alkoholu w autobusie. Trasa była daleka, więc górnicy swoim zwyczajem zaczęli grać w skata. Autobus typu „Ogórek”, którym się przemieszczali, na samym końcu miał cztery siedzenia zwrócone naprzeciw siebie, tam właśnie siedzieli najbardziej zapalczywi gracze. Organizator siedzący z przodu przy kierowcy z biegiem czasu stawał się zaniepokojony coraz głośniejszą rozmową dobiegającą z tyłu. Kontrolował górników, jednak nic podejrzanego nie zwróciło jego uwagi. Uznał, że to zapewne gra wywołuje tak silne emocje. Gdy pojazd dotarł na miejsce, czwórka górników przy wysiadaniu prawie wypadła z autobusu. Okazało się, że każdy z nich miał piersiówkę we wewnętrznej kieszeni oraz prowadzący do niej wężyk schowany w koszuli. Organizator szybko zwinął transparent wycieczki bezalkoholowej, zarzekając się, że nigdy więcej nie podejmie się czegoś takiego, uznając to za zadanie niemożliwe.

W okresie PRL-u kopalnie dysponowały ośrodkami wczasowymi, umożliwiając swoim pracownikom wyjazdy na wypoczynek wraz z rodzinami. Problemem było to, że każdy górnik chciał jechać na wczasy przez wakacje. Procedura była taka, że po zapisaniu się zarząd ustalał termin wyjazdu. Decydowały o nim różne czynniki społeczne: czy jest w partii, czy działa w związku zawodowym, czy ma dzieci w wieku szkolnym, a także, jakie ma znajomości.

Jeden z górników po złożeniu wniosku został wezwany na rozmowę:
– Francik, wyście tu o te wczasy chcieli.
– No, chciołech.
– No to słuchejcie, najpierw spytamy się was o pewne rzeczy. Lubicie ciepłą gorzołkę?
– A ni, gorzołka to musi być zimna.
– A ciepłe piwo lubicie?
– Nie, piwo to musi być schłodzone.
– A spocone baby lubicie?
– Nie, to też nie bardzo.
– No właśnie, my też tak liczyli i przyznaliśmy wam wczasy w listopadzie.

Inne OPOWIEŚCI Z DOŁU: I, II, III.