Jak przychodzić, jak żyć, jak odchodzić

Mętna kategoria literatury drogi pewnie by „Podróżnika stulecia” wypluła lub wcisnęła w kąt, bacząc na tytuł tylko. Bo cóż to, gdy akcja obejmuje czas spędzony w jednym jedynym mieście, nie wychylając się nawet zdaniem do bohaterów tymczasowo wyjeżdżających z niego. Cóż to, gdy bohater, Hans, tłumacz, wędrowiec, erudyta, trafia do Wandernburga z zamiarem spędzenia w nim jedynej tylko nocy, ale wrzuconej pod łóżko walizy nie wyciągnie z oberży Zeitów przez rok. A jednak … 

Wandernburg to miasto migrujące, o długości i szerokości geograficznej przez to nawet nieokreślonej. Miasto, w którym bardzo subtelna (jak na prozę hiszpańskojęzyczną) magia przesuwa ulice, kamienice, domy, przez co bohaterowie żyją w ciągłym labiryncie i gubią się. A gubią się tym częściej, im bardziej chcą pójść na skróty. Sam motyw drogi odgrywa tu dużą rolę. Raz, że zostaje poddany żarliwym dyskusjom w Salonie panny Sophie, oberży czy łóżku kochanków, dwa: jest uchwycony i poddany emocjom czytelnika w nie mniej ważnym jego punkcie – punkcie postoju. „Nie można w życiu być całkowicie w jednym miejscu ani z żadnego miejsca nie da się wyjechać do końca” – pisze wydawca na okładce powieści. To już trochę kawa na ławę. Ale warto przyjrzeć się procesowi parzenia. Stan zatrzymania się, niepokoju i drżenia wywołanego przystankiem aż do jego końca, został przez Neumana uchwycony mistrzowsko.

A droga… to tylko fragment tego tortu.

Krótko o fabule: Wędrowiec, czarujący wolnomyśliciel Hans, jadąc z Berlina, poznaje w małym mieście (o barwnej historii) tajemniczą postać mieszkającego w jaskini Kataryniarza. Osoba ta intryguje go na tyle, że decyzję o wyjeździe odkłada do jutra, które długo nie chce nastąpić. Hans, ceniący sobie wolność, wplątuje się – za sprawą fascynacji niepokojąco inteligentną i piękną kobietą – w sieć relacji społecznych miasteczka, które zatrzymują go na dłużej, niż by oczekiwał. Wchodzi w krąg miejscowych inteligentów, w niektórych znajdując przyjaciół, w innych wrogów (sytuacja jest jednak klarowna). Zaprzyjaźnia się także z Kataryniarzem i jego kamratami, robotnikiem z pobliskiej fabryki i chłopem. Konwenanse regulują egzystencję społeczności, jednak nastrój zmian czuć w powietrzu i w życiu wielu bohaterów następują pewne ciekawe okoliczności. Ciekawe głównie dlatego, że swoje postaci Neuman zbudował na bardzo subtelnych, socjopsychologicznych fundamentach. A przy tym niepokojąco przenikliwych, jeśli chodzi o naturę ludzką.

Karty czwartej powieści Naumana obfitują w wiele warstw znaczeń, mieszcząc w sobie naturalistyczny obraz historycznej, ponapoleońskiej Saksonii. To świat pełen dwoistości i więzi (raz sznurów, raz jedwabnych nici) obrazujących społeczne relacje. Od poziomu polityki, przez wnikliwą krytykę literacką dwóch pokoleń (starego i nowego porządku), świat panów i ich służby, zamożnych właścicieli i wyzyskiwanych chłopów, wierzących i ateistów, wykształconych i analfabetów, po, wreszcie, nierówny świat kobiet i mężczyzn.

Nie sposób przyjrzeć się bliżej wszystkim wątkom, nie zdradzając zanadto treści, napiszę więc o ostatnim z wymienionych. Sytuację kobiet obrazuje emancypująca, początkowo nieśmiało, Sophie, zaczynając pracę zarobkową jako tłumaczka, co damie z dobrego domu trochę nie przystoi. Pojawia się także służąca Elsa, która aspiruje do lepszego świata, ucząc się angielskiego i hiszpańskiego. Czy wreszcie, najciekawsza, nastoletnia Lisa, której Zeitowie nie poślą do szkoły – ktoś musi przecież pracować w oberży – ale za to z zapałem i w ukryciu zaczyna szkolić się w piśmie i czytaniu. W tym czasie jej brat, mający możliwość edukacji, miłością do nauki zbytnio nie pała, woli biegać po domu, psocić i zbijać (a także puszczać) bąki.

Sama powieść jest trochę jak jaskinia Kataryniarza. Pisana zresztą w Grenadzie, słynącej ze wzgórz Sacramento, gdzie wolni od-, duchowi cyganie i hippisi, zamieszkują po dziś dzień w domostwach urządzonych w grotach skał. Tak jak Kataryniarz potrafił przyjąć w swojej jaskini gości z odmiennych światów, sprawiając, by każdy czuł się dobrze, tak Nauman zbudował wiarygodne postaci, które same w sobie są już często przedefiniowanym na nowo motywem literackim.

Język Naumana syci, intryguje. Słychać w nim szeleszczenie tiulu i czuć malinową kwaskowatość waginy. Nie brak też, obok wysokich lotów dysput o literaturze czy filozofii, swojskiego, ale inteligentnego żartu. Narracja zyskuje dużo na odejściu od klasycznego zapisu dialogów, przez co jest silnie zdynamizowana.

To proza, która nie tylko nie pozwala zasnąć (stawiając ją na nocnym stoliku, spodziewaj się zarwanych nocy), ale zostawia tak silne piętno, że może stać się jedną z niewielu, o której będziesz pamiętać, nawet gdy rumieniec z zachwytu zniknie z Twojej twarzy.

Podróżnik stulecia, Andrés Nauman, wyd. Dobra Literatura 2011

Ocena: 5/5