Refleksje przedoscarowe cz. 9 – nominacje za animacje

Kot w Paryżu , reż. Jean-Loup Felicioli, Alain Gagnol

Patrząc na tegoroczne propozycje Akademii w kategorii pełnometrażowy film animowany, nie ma powodu do narzekania na rażący brak różnorodności, który zazwyczaj ma miejsce. Najczęściej pretendentami do statuetki są animacje komputerowe zrealizowane przez wielkie amerykańskie wytwórnie. Oczywiście nie brak ich także w tym roku – wśród kandydatów mamy Rango (Nickelodeon Movies/ Paramount Pictures/ILM), Kung Fu Pandę 2 oraz Kota w Butach (DreamWorks). Wśród nominowanych – dla przeciwwagi – znalazły się (aż) dwie bardziej tradycyjne europejskie animacje: Kot w Paryżu oraz Chico i Rita, co w tej kategorii nie jest zbyt częstą praktyką.

Od czasów Toy Story (1996) – pierwszego pełnometrażowego filmu zrealizowanego w pełni za pomocą techniki komputerowej – świat oszalał na punkcie niczym nieskrępowanej cyfrowości, dzięki której na nowo poszerzone horyzonty medium wyeksponowały charakter animacji jako sztuki niemożliwości. Wydawać by się mogło, że we współczesnym kinie animowanym nie ma miejsca na dzieła realizowane dwuwymiarową techniką rysunkową. Wyróżnienie Kota w Paryżu niejako przeczy apokaliptycznym wizjom śmierci jednej z tradycyjnych technik, która w tak zdominowanej przestrzeni zyskuje atrybut oryginalności. Francuskojęzyczny kryminał opowiada o małej dziewczynce – Zoé – która przestała mówić po tragicznej śmierci ojca. Jej matka – Jeanne, komisarz policji – prowadzi śledztwo, którego rozwiązaniem ma być odnalezienie gangstera Costy – mordercy jej męża. Zoé nie potrafi się odnaleźć w obecnej sytuacji, matka znika na całe dnie, a mała zostaje w domu z opiekunką Claudine i ukochanym kotem Dino, który prowadzi podwójne życie, współpracując z paryskim złodziejem Nico. Pewnego wieczoru Zoé, ciekawa nocnych wypraw swojego kota, postanawia go śledzić. Z pozoru naiwna i prosta historia skierowana do najmłodszych, doprawiona jest szczyptą psychologicznej głębi, a wartka akcja, prowadzona na wzór aktorskich filmów gangsterskich, podgrzewa dramaturgię historii. Niewątpliwym walorem jest strona audiowizualna. Niepokojący charakter muzyki oraz celowa gra światłocieniem idealnie współgrają z samą fabułą, wypracowując spójną całość. Ponadto styl, w jakim narysowany został Kot w Paryżu, wskazuje na inspiracje animatorów francuskimi malarzami, takimi jak Pablo Picasso czy Henri Matisse.

Chico i Rita jest hiszpańsko-angielską opowieścią o miłości młodych artystów –  jazzowego pianisty Chico oraz pięknej wokalistki Rity – których połączyło pożądanie i pasja do muzyki. Tytułowi bohaterowie poznają się w kubańskim klubie muzycznym Havana, w którym Chico z nieskrywaną fascynacją obserwuje występ Rity. Historia ich romansu rozpoczyna się od pierwszego dnia znajomości i przybiera kształt klasycznej sinusoidy, rodem ze starych melodramatów live-action. Łączy ich nagłe, acz płomienne uczucie, na drodze którego stają liczne przeciwności: nieporozumienia, zazdrość, żal czy też udział osób trzecich. Sama historia jest dość przewidywalna, prosta i pozbawiona dialogowej głębi. Ze względu na czasy, w których rozgrywa się akcja, nie zabrakło polityczno-obyczajowych wątków – problemu nierówności społecznej, rasizmu i biedy. Został także pokazany stan, w jakim przed rewolucją znajdowała się Kuba. Akcja przenosi się z Hawany do Nowego Jorku, Paryża oraz Hollywood. Charakter animacji (głównie rysunkowy, z zastosowaniem techniki rotoskopii i nieco uzupełniony o komputerowe efekty) eksponuje miejskie panoramy i wskrzesza powojenny klimat połowy XX wieku. Najważniejszym elementem Chico i Rity jest jednak muzyka. Efekt, jaki uzyskali twórcy, potęguje wrażenie, jakoby sama historia romansu tytułowych bohaterów była pretekstowym motywem fabularnym, służącym do eksplorowania rewolucyjnej muzyki ówczesnych czasów. Na pierwszy plan wysuwa się zatem jazz, za pośrednictwem bebopowych dźwięków Charliego Parkera, Dizzy’ego Gillespiego, Theloniousa Monka, latin-jazzowego stylu Chano Pozo, a zwłaszcza improwizującego Chico, którego pierwowzorem był kubański pianista jazzowy i kompozytor Bebo Valdés.

Amerykańskie wytwórnie filmowe bardzo często realizują sequele, prequele czy retaki w nadziei na repetycję kasowego sukcesu ich poprzedników, co nie zawsze się udaje, doprowadzając czasem do niepowodzeń i znużenia publiczności. Zrealizowanie spin-offu powstałego na bazie wątku tak kasowych i popularnych produkcji, jak kolejne części Shreka (2004-2010), które same w sobie są już sequelami, jest dość ryzykownym przedsięwzięciem, które mogłoby zakończyć się zupełnym fiaskiem. Na szczęście dla twórców ze studia DreamWorks, film Kot w Butach jest zupełnie autonomiczny w stosunku do Shreka, a jedynym pomostem łączącym obydwa dzieła zdają się atrybuty tytułowego bohatera – buty i rozbrajające spojrzenie. Kot w Butach od lat poszukuje magicznej fasoli. Dowiaduje się, że w posiadaniu legendarnych ziaren jest para zakapiorów, Jack i Jill, którzy wraz z szanowaną w szarej strefie złodziejką Kitty Kociłapką oraz zdradzieckim przyjacielem z sierocińca, Humpty-Dumptym, planują napad i wykorzystanie właściwości owych ziaren. Pomimo fabularnej odrębności nowe dzieło studia DreamWorks, nie jest ani specjalnie wyjątkowe, ani oryginalne, ani zachwycające. Na pewno jest sympatyczną i dobrze skrojoną rozrywką – na pochwały zasługuje sama drobiazgowość i bogactwo cyfrowej animacji (szczególnie scena wyrastającej fasoli i legendarnego świata ponad nią) oraz parę absurdalnych motywów humorystycznych. Niedorzeczna jest sama postać znanego z innych przekazów kulturowych jajka Humpty-Dumpty’ego, który nijak nie pasuje do charakteru opowieści. Właśnie jego nieprzystawalność czyni historię bardziej groteskową. Standardowa już we współczesnych filmach animowanych dwukodowość przekazu, zapewniająca starszym widzom nie mniejszą niż młodszym rozrywkę, w tym przypadku opiera się głównie na dość banalnych aluzjach seksualnych. Jest jednak kilka momentów, takich jak nawiązanie do Podziemnego Kręgu, elementów spaghetti westernu, filmu płaszcza i szpady czy posłużenie się stylistyką Quentina Tarantino, dzięki którym również koneserzy kina mają frajdę.

Studio DreamWorks nie próżnuje. Wśród tegorocznych kandydatów do Oscara ma aż dwóch reprezentantów. Drugą nominację otrzymał sequel Kung Fu Panda 2. Smoczy Wojownik Po ma dziwny sen, który prowokuje go do zastanowienia się nad swoim pochodzeniem. Zaczyna wątpić, jakoby jego tata-gąsior był jego biologicznym ojcem (mimika w scenach, w których Po rozmawia na ten temat, jest niezwykle realistyczna i poważna, co przy groteskowej oczywistości sytuacji zyskuje walor przezabawnego kontrapunktu), pragnie zatem zgłębić przeszłość i odnaleźć własną tożsamość. W Dolinie Spokoju pojawiają się jednak złe wieści, jakoby straszliwy i wygnany przed laty przez własnych rodziców władca Lord Shen skonstruował sekretną i niezniszczalną broń, dzięki której planuje zemstę i podbicie Chin. Smoczy Wojownik Po oraz Potężna Piątka muszą powstrzymać Lorda Shen i uratować kraj przed zagładą. Mimo że jest to sequel, Kung Fu Panda 2 nie ma w sobie nic z odgrzewanego kotleta. Zaskakuje świeżością i jest doskonale zrealizowaną animacją, uzupełnioną o coś na kształt pogłębionego (jak na film rozrywkowy) portretu psychologicznego głównego bohatera. To animacyjny koktajl gatunkowy, zawierający elementy komedii, akcji, przygody, dramatu, wuxia itd., zaserwowany w nienarzucający się, a apetyczny dla oka i przyjemny dla ucha sposób. Żarty słowne i dowcipne momenty nie bazują na banalnych aluzjach, są wyważone, zawieszone w odpowiednim momencie, często niedosłowne. Czasem są ledwo zauważalnymi, szybkimi wtrętami (jak np. odniesienie do gry zręcznościowej Pac-Man w scenie pościgu przebranej Potężnej Piątki), podkręcającymi czujność widza na wyższe obroty. Niezwykle wartka akcja, zabawne dialogi, spójny scenariusz, sięgnięcie po atrakcyjne dla Zachodu symbole i elementy kultury Dalekiego Wschodu, doprowadzone do animacyjnej perfekcji wysmakowane sceny walk, majestatyczne chińskie pejzaże oraz wzruszające (momentami rysunkowe) sekwencje z przeszłości uroczego Pandy po raz kolejny dają solidną i prześmieszną animację.

Zrealizowany w konwencji westernu Rango Gore’a Verbinskiego jest oddaniem pokłonu twórcom i aktorskim ikonom gatunku, przy jednoczesnym zachowaniu dystansu, podszytego elementami pastiszu. Rango, udomowiony kameleon o (nieco schizofrenicznym) aktorskim zacięciu, wiedzie nudne i niczym niezmącone życie. Pewnego dnia jego terrarium wypada z samochodu właścicieli, rozbijając się na samym środku bezkresnej pustyni Mojave. Rango dociera do małego miasteczka Piach, cierpiącego z powodu braku wody. Wiedziony instynktem samozachowawczym i odwieczną pokusą bycia bohaterem, kreuje sobie nową tożsamość, dzięki której zostaje mianowany lokalnym szeryfem. Od teraz będzie musiał stawić czoła problemom, z jakimi borykają się mieszkańcy Piachu. Opierając się na estetyce westernu, twórcy Rango powielają znane wątki i schematy fabularne, wypełniając je charakterystycznymi postaciami (szeryf, Indianin, odważna dziewczyna, podejrzani bywalcy zaniedbanego saloonu, zepsuci antagoniści itd.), typowymi plenerami (małe miasteczko na Dzikim Zachodzie, bezkresna pustynia) oraz motywami (walka dobra ze złem, wątek miłosny, obrona uciśnionych itp.). Jednak umieszczenie tych, bądź co bądź, ogranych treści w nowym kontekście (cyfrowa animacja), konstruuje niecodzienną perspektywę i wskrzesza nieco zapomniany gatunek, docierając do rozległego targetu wiekowego – choć ci najmłodsi mogą mieć nie lada problem z odbiorem, bowiem pokraczna fizjonomia postaci oraz brudny Dziki Zachód, tonący w oparach amerykańskiej whiskey zanadto nie przyciągają dziecięcych oczu. Spora dawka slapstickowych żartów i niewybrednego humoru przeplata się z licznymi przemyślanymi odniesieniami filmowymi. Rango jest niezwykle autotematyczne, a przeróżne cytaty mnożą się na każdej płaszczyźnie – od dialogów, przez aparycję postaci i muzyczne odniesienia po charakterystyczne sceny i motywy w warstwie wizualnej. W oryginalnej wersji językowej postać tytułowego kameleona dubbinguje Johnny Depp, do którego filmografii znajdziemy wiele odwołań (Truposz, Arizona Dream, Piraci z Karaibów, Las Vegas Parano). Postacie grzechotnika Jake’a czy burmistrza Piachu przypominają odpowiednio: Lee Van Cleefa z filmu Dobry, zły i brzydki oraz Johna Houstona z Chinatown. Soundtrack Hansa Zimmera wchodzi w dialog z muzyką Ennio Morricone czy Cwałem Walkirii Richarda Wagnera. Ponadto można dostrzec odwołania do Gwiezdnych Wojen, Czasu Apokalipsy, Prawdziwego Męstwa, Płonących Siodeł, Władcy Pierścieni i innych. Mnogość różnych cytatów oraz specyficzny ciężar gatunkowy Rango może być nie lada gratką dla miłośników kina, w szczególności westernów.

Pozornie zaskakujące jest wykluczenie poza oscarowy nawias niekwestionowanego lidera w dziedzinie animacji komputerowej – studia Pixar. Mimo ciepłego uczucia, jakim osobiście darzę ich dzieła, muszę zgodzić się z decyzją Akademii, jakoby nominowanie nieco rozczarowujących Aut 2 stanowiło coś na kształt nadużycia bądź niepohamowanej rutyny. Fakty mówią same za siebie – od początku powołania przez Akademię kategorii najlepszy pełnometrażowy film animowany, wszystkie (!) dzieła wyprodukowane przez Pixar od 2001 roku były nominowane do Oscara. Na osiem filmów aż sześciokrotnie Akademia przyznawała im statuetkę, co daje 75-procentową dominację na tym polu. Ich tegoroczna nieobecność wśród nominowanych wydaje się mieć symptomatyczny charakter. Tegoroczny zestaw kandydatów dowodzi, że nie tylko inne duże amerykańskie studia animacji mogą wejść w szranki z wieloletnim liderem bez większych kompleksów, ale również nie brak miejsca dla bardziej tradycyjnych i niezależnych animacji z Europy, które także mają szansę na międzynarodowy sukces.

________________________________________________________________

Kot w Paryżu (Une Vie de Chat), reż. Jean-Loup Felicioli, Alain Gagnol. Francja, Belgia, Holandia, Szwajcaria 2010.
Chico i Rita (Chico & Rita), reż. Javier Mariscal, Fernando Trueba, Tono Errando. Hiszpania, Wielka Brytania 2010.
Kot w Butach (Puss in Boots), reż. Chris Miller. USA 2011.
Kung Fu Panda 2, reż. Jennifer Yuh. USA 2011.
Rango, reż. Gore Verbinski. USA 2011.