Refleksje przedoscarowe cz. 8 – Rajskie piekło, O „Spadkobiercach” Alexandra Payne’a

Spadkobiercy, Alexander Payne

Lazurowy błękit Pacyfiku, oślepiające słońce i biały piasek rajskich plaż? Hawaje – ponad wszelką wątpliwość. Obiekt pożądania milionów, synonim edenu, marzenie na sprzedaż. Nie dajcie się jednak zwieść! Alexander Payne kolejny raz łamie kanony, pokazując, że życie to nie film, za to film może być o… życiu. Nawet na Hawajach.

Matt King – główny bohater, w którego rolę wciela się George Clooney – to zamożny prawnik, mąż i ojciec, mieszkający w Honolulu potomek dynastii Kamehameha, a przy tym powiernik rodzinnego majątku w postaci ogromnych obszarów ziemi na jednej z hawajskich wysp. Ostatnich terenów na archipelagu nietkniętych koparkami, dodajmy. Ale to ma się wkrótce zmienić. Rodzina negocjuje właśnie niezwykle intratne umowy sprzedaży ziemi, gdy żona Matta ulega wypadkowi i zapada w śpiączkę. Matt nieoczekiwanie musi skonfrontować się z tym wszystkim, czego przez lata unikał, o czym zapomniał, z czym przestał walczyć. Rodzina, dzieci, dom, miłości, przyjaźnie, rozczarowania, obowiązki – wszystko to atakuje z impetem, gdy przychodzi mu wychylić się zza obronnego muru pracy.

I powoli, boleśnie przypomina sobie, czy może raczej uczy się na nowo, co to znaczy być ojcem dwóch dorastających córek – dziesięcioletniej Scottie i siedemnastoletniej Alex. Być może po raz pierwszy próbuje naprawdę je zrozumieć, poważnie z nimi rozmawiać, słuchać – być. Na powrót stara się także docenić, w jakim wspaniałym miejscu żyje – co przez lata spędzone w szklanym biurowcu przestało być dla niego takie oczywiste. I to wspaniałym nie dlatego, że to Hawaje, ale dlatego, że to ziemia jego przodków, że to właśnie tutaj żyły i umierały pokolenia członków jego rodziny.

Ale przede wszystkim usiłuje poradzić sobie z tym, na co nigdy człowiek nie jest przygotowany: z perspektywą śmierci. Tym bardziej, że jego miłość do żony w ostatnich chwilach zostaje wystawiona na poważną próbę…

Alexander Payne sięga po to, do czego przyzwyczaił widza chociażby w Bezdrożach. I co nam, widzom, jest świetnie znane z własnego doświadczenia. Ale nie oznacza to ani wtórności, ani nudy. Payne robi po prostu to, w czym jest świetny: wnikliwie, z pietyzmem portretuje ludzi. Z uwagą przygląda się ich rozterkom, demaskuje słabości, rozdrapuje najbardziej bolesne rany. Nie bez szczypty gorzkiego humoru, oczywiście. Mało tego: przygląda się śmierci, cierpieniom, rozpadowi w ostrym blasku słońca, pod palmami. I ten kontrast, do którego reżyserzy raczej nas nie przyzwyczaili, uderza szczególnie. To przecież takie niehollywoodzkie: pokazywać powolny proces odchodzenia w szpitalnym pokoju na rajskiej wyspie, snuć narrację o bólu i słabości w miejscu, które zwykliśmy utożsamiać ze szczęściem, odpoczynkiem, nieśmiertelnością (bo czy „rajskie wakacje” nie mają w sobie czegoś z ucieczki przed światem i własną śmiertelnością?). I co być może najgorsze: nie oferować na koniec łatwego pocieszenia, lekarstwa na bezradność i zawiedzione nadzieje.

Film zdobył już dwa Złote Globy: dla najlepszego reżysera i za najlepszy scenariusz. Czy Akademia Filmowa, która przyznała Spadkobiercom pięć nominacji, okaże się równie hojna, dowiemy się już niedługo. Alexander Payne ma już na koncie statuetkę za najlepszy scenariusz (Bezdroża). Być może nadszedł czas na nagrodę dla najlepszego reżysera?

Nasza ocena: 4,5/5

 

 

 

Bernadeta Prandzioch