Grimes – „Visions”

Jak będzie wyglądać przyszłość? Jedni przewidują koniec świata jeszcze w tym roku, inni snują teorie dotyczące opanowania Ziemi przez sztuczną inteligencję lub zombie. Osobiście skłaniam się ku teorii związanej z silnym rozwojem technologicznym – może dlatego tak bardzo lubię muzykę elektroniczną. Zupełnie przypadkiem kilka tygodni temu podczas internetowego poszukiwania inspiracji i ciekawostek muzycznych natrafiłam na Grimes. Dobrze się stało, bo w lutym artystka wypuściła na rynek kolejne wydawnictwo, „Visions”, gdzie chętnie prezentuje futurystyczne wizje.

Pod kapryśnym pseudonimem kryje się niespełna 23-letnia Kanadyjka, Claire Boucher, która określa swoją muzykę jako „post-internet”. Termin nasuwa wiele skomplikowanych definicji, jednak w wywiadzie dla New York Times Grimes tłumaczy, iż jako dziecko miała dostęp do każdego gatunku muzycznego, dlatego jej muzyka jest bardzo różna, nawet trochę schizofreniczna. Proste, czyż nie? Faktem jest, że albumy są naszprycowane wieloma inspiracjami po brzegi.

„Visions” to pop przetworzony i przemielony przez Claire tylko po to, aby następnie zostać uformowanym w wyśmienity set, łączący w sobie style muzyczne przynajmniej ostatnich 30 lat. Subtelne wokalizy, jak na przykład te w „Oblivion”, bez problemu odnalazłyby się w muzyce Enya, lecz tło ulega zmianie: to raczej Enya za konsoletą, z pijanym pianistą i słupami elektronicznego dźwięku przywodzącego na myśl rodzinę Addamsów – przyznam, że w teorii brzmi to dziwnie, ale efekt robi wrażenie. „Eight” to pod względem wokalnym pop w stylu Shakiry czy Beyonce, ale znowu zaskakuje cała oprawa muzyczna, czysto elektroniczna w tym wypadku. Zabawa rytmem, glitch, nietypowe przebitki i echa takie jak w „Circumambient” stają się na albumie swojego rodzaju zasadą budowania melodii i całej instrumentacji. „Vowels = space and time” to chyba mój ulubiony utwór – chwytliwy, z konwencją wyciągniętą prosto z lat 80. Eurythmics i Daft Punk mogą być dumni – dołożyli tu swoje 3 grosze – a inwencja twórcza Claire zrobiła resztę (wcale niemałą). W „Be a Body” słodki głosik Claire przypomina japońskie wokalistki pokroju Piana, jednocześnie kontrastując z melodyjnym i konkretnym syntetycznym basem. A wraz ze „Skin”, bezpośrednio przed outro płyty, elektroniczne szaleństwo rozpływa się w miły ambient.

Można by tak opisywać każdy z 13 utworów, ale istotny jest wniosek – Claire w każdym z nich prezentuje swoją wszechstronność, swobodną syntezę gatunków, a efekt przypomina zarazem wszystko i nic. Podszewka z elektroniki jest bazą wyjściową dla każdego utworu, ale to dopiero kolejne warstwy nadają ostateczny kształt. W piosenkach na „Visions” jest coś bardzo kobiecego, zapewne z powodu możliwości wokalnych dziewczyny, ale misterne bity mają w sobie coś z muzyki Aphex Twin.

Jazda autostradą w środku nocy, futurystyczna gra komputerowa, lekarstwo na bezsenność, ułomna grawitacja – to środowiska, w których ta płyta idealnie się odnajduje. Klimat buduje się sam, a utwory, mimo dziwnej konwencji, stają się lirycznym eksperymentem elektronicznym. Eksperymentem jednakże nie dla wszystkich. Specyfika gatunku, jakim jest szeroko pojęta muzyka elektroniczna, w jakiś sposób nakazuje odbierać kosmiczne dźwięki na poziomie sztucznej inteligencji i niewielu wykonawcom udaje się nastawić słuchaczy na odpowiednią częstotliwość.

Gdyby „Seksmisja” się ziściła i głównym bohaterem filmu „Tron” była kobieta, w drugiej części, tej z 2011 roku, Grimes zastąpiłaby Daft Punk. Kto wie, może do 2044 wszystko się zmieni. Na razie jednak proponuję przejrzeć malowidła Claire (tak, tak, swoje okładki sama namalowała!), wsłuchać się w płytę i spokojnie snuć senne, niezobowiązujące wizje o przyszłości.

Grimes – „Visions”; 4AD/Arbutus, 2012

Ocena Reflektora (1-5):

 

Iza Kierzek