Refleksje przedoscarowe cz. 6 – Hugo i jego wynalazek

Hugo i jego wynalazek, reż. Martin Scorsese

Najnowszy projekt Martina Scorsese już u swojego zarania wydawał się co najmniej wątpliwy. Scorsese to oczywiście bardzo wszechstronny reżyser, w końcu niewielu twórców może się pochwalić tak różnorodnymi pozycjami w swojej filmografii jak Ostatnie kuszenie ChrystusaUlice nędzy i Po godzinach. Tymczasem Hugo i jego wynalazek jest oparty na książce dla dzieci Briana Selznicka (motywacją dla Scorsese było zrobienie filmu, który mógłby się spodobać jego najmłodszej córce), wykorzystuje uwielbianą i pogardzaną technologię 3D, a także wpisuje się w zeszłoroczny trend negocjacji z nostalgią, obok ArtystySuper 8 czy O północy w Paryżu.

Biorąc pod uwagę te przesłanki, kształtujące wyobrażenie o filmie jako pełnej sacharyny oscarowej przynęcie, ostateczny efekt jest zaskakująco dobry. Z zewnątrz Hugo wygląda nieco jak anomalia w twórczości Scorsese, jednak w przybliżeniu jest to dzieło bardzo osobiste, odbijające dzieciństwo samego reżysera w kinematograficznym zwierciadle. Jest to również autotematyczne spojrzenie na samo kino, poszukujące jego początków i źródeł inicjalnego zachwytu widzów. Nic tak nie oddaje istoty tego filmu jak scena, w której tytułowy Hugo Cabret (Asa Butterfield) zabiera Isabelle (Chloë Grace Moretz) na jej pierwszy kinowy seans – Jeszcze wyżej! (1923) z Harroldem Lloydem.

Hugo i jego wynalazek nie unika kilku znaczących potknięć. Najwięcej do życzenia pozostawiają dialogi (często zupełnie zbędne wobec warstwy obrazowej) i struktura scenariusza, który zdecydowanie rozwleka dramaturgię, a przeszkody narracyjne wynikają jedynie z arbitralnego ukrywania kluczowych informacji przed głównym bohaterem. Tym bardziej dziwi nominacja dla Johna Logana w kategorii scenariusza adaptowanego. Dzięki pomysłowej reżyserii Scorsese i nieocenionemu wkładowi jego stałych współpracowników – autora zdjęć Roberta Richardsona i montażystki Thelmy Schoonmaker – uwaga zostaje skutecznie odwrócona od tych niedostatków.

Największe przyjemności Scorsese zarezerwował dla widzów zaznajomionych z historią kina. Akcja dzieje się w Paryżu lat 30., głównie na dworcu kolejowym, a jedną z kluczowych postaci jest Georges Méliès (Ben Kingsley), iluzjonista i pionier kina w jego wczesnej fazie rozwoju (choć w fabule filmu dni chwały ma już za sobą). Najbardziej imponujące sekwencje rozgrywają się w zrekonstruowanym przez Scorsese i scenografa Dante Ferrettiego studiu Mélièsa, gdzie powstawały takie krótkie filmy jak Podróż na księżyc (1902).

Scorsese wplata w opowieść także swoje quasi-remaki klasyków kina niemego – nowej wersji doczekał Wjazd pociągu na stację w Ciotat (1895), scena z zegarem ze wspomnianego już Jeszcze wyżej!, natomiast Sacha Baron Cohen staje się ekwiwalentem legendarnych komików filmowej burleski. Nie brakuje także autorskich sygnatur w postaci popisowych tracking shotów i skutecznego użycia 3D – wyróżnia się scena, w której dworcowy inspektor grany przez Cohena powoli wpycha swoją twarz przed obiektyw.

Hugo to jedno z tych dzieł, w których kino ma magiczną moc przemiany rzeczywistości i jest odpowiedzią na wszystko. Jest to także wzruszający argument na rzecz konserwacji starych filmów – pamięć o nich to także pamięć o ludziach, którzy je stworzyli.

Nasza ocena: 3,5