Refleksje przedoscarowe cz. 3 – Magia sportu i magia kina

Moneyball, reż. Bennett Miller

Nominacje do Oscarów co roku budzą liczne głosy niezadowolenia i nie inaczej przedstawia się rozdanie za rok 2011. Środowisko Akademii Filmowej ponownie zirytowało wielu swoim gustem, pomijając część niewątpliwie zasłużonych twórców i aktorów, innych nominując z rozpędu za przeszłe osiągnięcia, a jeszcze innych w ramach zadośćuczynienia za ignorowanie przez dekady.

Niektóre wybory i braki budzą z jednej strony niedowierzanie, a z drugiej uśmiech politowania. Nie zmienia to jednak faktu, że Oscary ciągle pozostają w pewien sposób ważne, prowokując produktywne dyskusje i refleksje o kinie. Dlatego warto skupić się na pozytywach i wyróżnić pozycje dobre i istotne, nieprzeoczone pomimo ograniczonych filtrów członków Akademii. W końcu i oni są tylko ludźmi.

Moneyball Bennetta Millera to w pewnym sensie reinkarnacja The Social Network (2010). Oba filmy opowiadają o dość abstrakcyjnych procesach, które wydają się dość karkołomne do zekranizowania i udramatyzowania. Przy obu scenariuszach widnieje nazwisko Aarona Sorkina, wirtuoza językowych fajerwerków. Akademia hojnie nominowała obie produkcje w wielu kategoriach.

Film Millera to pozycja, której liczne zalety są łatwe do pominięcia lub zlekceważenia. Pierwszy dyskwalifikujący fakt, przynajmniej dla widza polskiego, to już sam temat. Fabuła dotyczy baseballu, a fenomen tego sportu jest zazwyczaj niezrozumiały poza kontekstem amerykańskim. Drugim problemem jest to, że najbardziej widowiskowe elementy baseballu są śladowo obecne jedynie na dalszych planach – pierwszy plan okupuje świat okołobaseballowy, jego polityka, machinacje, procedury i statystyka.

Jeśli jednak uda nam się przezwyciężyć nasze prekoncepcje i uprzedzenia, to otrzymujemy bardzo subtelne i angażujące kino, z jedną z najlepszych ról Brada Pitta w karierze. Ze szczegółowego i bogatego świata przedstawionego wyłania się raczej uniwersalna historia, a kwestia tego, czy wiemy, jak się zdobywa bazy, kim jest „pitcher” oraz co oznacza „home run”, pozostają drugorzędnymi detalami.

Oprócz licznych strukturalno-dialogowych rozkoszy, którymi scenariusz jest udekorowany niemal do przesady (nie do końca wiadomo, komu przypisywać na tym polu największe zasługi – skrypt przeszedł wiele modyfikacji, ale najbardziej wyróżnia się „touch” Sorkina), największą atrakcją filmu jest Brad Pitt jako Billy Beane, działający wbrew wszystkim manager drużyny Oakland A’s. Pitt żongluje w swojej roli dość sprzecznymi taktykami – obdarza Beane’a urokiem i charyzmą godną gwiazd klasycznego Hollywoodu, wnosi wiarygodną fizyczną charakterystykę i kompulsywne zachowania (Beane ciągle coś przekąsza lub wchodzi w interesujące interakcje z przestrzenią i przedmiotami), uwiarygadnia konstrukcję bohatera własnym doświadczeniem – a efekt końcowy jest niezwykle naturalny i niewymuszony.

Moneyball to świetna prezentacja tego, co Hollywood ciągle potrafi robić najlepiej, więc warto dać mu szansę.

Ocena Reflektora: 4/4.5