Lana Del Rey – „Born to Die”
Pokusa była zbyt duża. Zważywszy na ilość czynników, które miały wpływ na moją decyzję, mamy tu chyba do czynienia ze zdarzającym się raz na pierdylion lat ułożeniem planet w jednej, prostej linii, tworzącej jakieś potężne źródło przedziwnych fal dźwiękowych, atakujących naszą zielono-niebieską kulę. Fal, które sprawiły, że gdziekolwiek nie ruszę swoich czterech liter, to czuję się jakbym od kilku tygodni zamiast w Polsce mieszkał w Belgii (Australii?). W dodatku wokół widać i słychać tylko dzieciaki w nadmuchanych trampkach. Zatem pojawienie się w zbliżonym momencie czasowym bliżej nieokreślonej niewiasty, na szczęście bez butów z grubszą niż przeciętna podeszwą, ale za to z napompowanymi ustami, przelało czarę goryczy. Należało podnieść paluszek i wstać z ławki. Ale wpierw może lepiej z powrotem usiąść i ochłonąć, by zachować choć trochę trzeźwości umysłu i minimalną dozę obiektywności (która – jak wszyscy wiemy – jest wielką bujdą na resorach).
Pojawienie się pod koniec stycznia w tzw. „dobrych sklepach muzycznych” albumu „Born to Die” autorstwa (ekhm…) piosenkarki o pseudonimie Lana Del Rey, stylizującej się na divę z lat 50-tych, rewolucji muzycznej z pewnością nie stanowi, co może być stwierdzeniem trochę nieprzyjaznym dla osób odpowiedzialnych za ten wcale nie mały szum medialny, który otacza od dobrych kilku miesięcy nową ulubienicę mass mediów. Niemniej jednak zjawisko, które wzięło swą nazwę od marki samochodu i wyryło się mniej lub bardziej wyraźnie na fejsbukowej ścianie niejednego znanego mi osobiście przeciętnego zjadacza płyt, nie może nie wzbudzać choćby najmniejszych emocji. I o ile pierwszy oddany strzał pod postacią rozczulającego „Video Games” nie wyrządził nikomu krzywdy, o tyle cały album „Born to Die” jest w dużej mierze jak kula, która na dobre utkwiła w czaszce i z każdą sekundą powoli wykańcza.
Pierwszym, co rodzi się w mojej głowie (w bólach) przy tej muzyce jest iście socjologiczne pytanie o tożsamość Lany. Oczywiście tę muzyczną, nie wizerunkową czy jakąkolwiek inną, gdyż w tym drugim przypadku mamy akurat do czynienia z dosyć przemyślanym i określonym konceptem (stylowe kiecki, oczywista fryzura), zatopionym w miłości do staromodnych klimatów. Zapoznając się z materiałem na „Born to Die”, zastanawiałem się przede wszystkim nad tym, gdzie umknął mi w trakcie wysłuchania tych 15 utworów jakiś wspólny punkt. Ale co jeśli tak naprawdę nie ma go nigdzie?
Przechodząc już na „dzień dobry” od singlowego „Born to Die” do następnego w kolejce „Off to the Races” jestem totalnie zdezorientowany, niczym w środku ciemnego lasu, i niepewny co do tego, czy w tych dwóch piosenkach słyszę tę samą osobę. Charakterystyczna (choć lekko irytująca) zblazowana melodeklamacja Lany zostaje nagle zrównana z ziemią przez cukierkową powódź spod znaku najgorszej podróbki podróbki podróbki Fergie, której nie przepuściłby nawet niejaki Robert L. na wstępnych przesłuchaniach do „Idola”.
Nie poddaję się jednak i rozglądam dookoła w poszukiwaniu zapowiadanych przez Lanę rolls-royce’ów, plakatów z Jamesem Deanem czy starych dobrych Levis’ów na tyłkach, których zapach ponoć mamy czuć słuchając jej płyty. Niestety na darmo. Jest za to podlotka, kręcąca głową na cztery strony, rejestrując przy tym wszystko, co aktualnie modne w muzyce. Doświadczenie to Lana postanawia przetopić w krążek, na którym na pierwszy plan nie wychodzi muzyka, ale niezdecydowanie, co do tego, kogo naśladować (no bo przecież nie tworzyć czegoś nowego jakościowo).
„Born to Die” to miniaturowe zwierciadło współczesnej popkultury. W dodatku krzywe i wciśnięte w plastikowe ramki pomalowane złotą farbą. Idealnie wpasowuje się w obowiązujący obecnie postmodernistyczny paradygmat, gdzie głównym przykazaniem jest przekraczanie granic. Jeśli chodzi o Lanę del Rey, jest to głównie przekraczanie granic dobrego smaku. Najlepszym dowodem na to jest obecność obok siebie takich dźwiękowych kreatur jak „National Anthem” (niewiele tu wspólnego z Radiohead) brzmiącego jak czołówka programów typu „Hannah Montana” dla amerykańskich gimnazjalistek, oraz nastrojowego „Carmen” przesiąkniętego całkiem ujmującą „casablancowością”. Natomiast taka „Lolita” czy wspomniane już „Off to the Races” aż proszą się, by poszukać, czy na odwrocie albumu nie widnieje jakiś „feat.” z 50 Centem.
Problemem tejże płyty nie jest brak melodyjności. Razi przede wszystkim przypadkowa mieszanka gatunkowa i jechanie na najbardziej oklepanych i prymitywnych patentach, które już dawno pewnie zostały spisane przez kogoś pokroju menadżera Britney, Backstreet Boys czy innych N’Sync. Nie wyobrażam sobie po prostu, że utwory pokroju „This Is What Makes Us Girls” potrafią wzruszyć kogoś, kto sięga głową powyżej sklepowej lady. W tym całym gąszczu kilkunastu bezbarwnych pieśni zaledwie jeden utwór poza „Video Games” jest w stanie sprawić, że przymknę na sekundkę oko na wszystkie wymienione wyżej grzechy. Mam tu na myśli „Million Dolar Man”, w którym piosenkarka w kilku momentach jakimś cudem potrafi nadać szczyptę zmysłowości swojej jednostajnej manierze (chociaż w wersji live i tak brzmi to koszmarnie). Operowania wokalem w wysokich rejestrach powinno się jej jednak dożywotnio zabronić.
Płyta Lany del Rey wydaje się być w pewnym sensie tworem odrealnionym. Przeciętny słuchacz muzyki, a zarazem użytkownik internetu, który posiada pewną kompetencję i wrażliwość muzyczną, w obliczu braku wyboru lub nawet jego nadmiaru, zdecydowanie woli skierować się po pomoc do licznych blogów, niezależnych portali, niż kierować się tym, co próbują wcisnąć nam spece od marketingu muzycznego, których odciski palców możnaby z łatwością dostrzec przy dokładniejszym przyjrzeniu się płycie „Born to Die”. Odwrotna sytuacja byłaby przecież jak odstawienie samochodu i powrót do jazdy furmankami. Całe jestestwo Lany jako piosenkarki sprowadza się zresztą do jednego, jakby to powiedzieli ziomale, punchline’u jej (chyba) własnego autorstwa: “Money is the reason we exist. Everybody knows that, it’s a fact. Kiss kiss”. Mam jedynie nadzieję, iż oznacza to pocałunek na pożegnanie z muzyczną sceną.
PS. Lana odwołała kilkanaście dni temu swoją trasę koncertową po USA. Przypadek czy kolejne precyzyjnie obmyślane działanie mające utrzymać zainteresowanie jej osobą (kto wie, może trasa ta nie miała się tak naprawdę w ogóle odbyć)? Zdecydujcie sami.
Lana Del Rey – „Born to Die”; Interscope, 2012
Ocena Reflektora (1-5):
![]()






Agreed w 100%, tak mętne i smętne że aż nieprzyjemne do słuchania… Ponoć też stwierdziła, że jednak to jej ostatni produkt, że niby wszystko co chciała już powiedzieć powiedziała mimo że wcześniej oznajmiała ile to utworów nie ma gotowych na następny album ;D więc może ta Twoja prognoza z kiss kiss się sprawdzi ;D
„(…) chociaż w wersji live i tak brzmi to koszmarnie”
Szczerze mówiąc trafiłem na jedno, dwa wykonania w internecie, które nie brzmią koszmarnie. Dziewczyna popełnia jeden z siedmiu grzechów głównych muzyki – śpiewa (i co gorsze – nagrywa to!), chociaż nie potrafi. Co do samych utworów, to mnie spodobał się „Kinda Outta Luck”, którego na tej płycie nie ma, a szkoda.
A tak poza wszystkim, to bardzo dobry tekst :)
Chwała Ci za ten tekst, bo już sądziłam, że jestem nienormalna! Moje stwierdzenie, że deklamować na niskich rejestrach każdy potrafi i że dobrze ją wyszkolili, bo nie wchodzi na żadną wyższą nutę spotkały się z gorącą obroną „tego zjawiska”. Zjawisko to, poza miłą i krótkotrwalą ulgą w autobusowym szumie radia eska, nie wniosło nic do mojego życia: ni chęci słuchania, ni składania deklaracji pod wpływem emocji. Musiałyby najpierw tam być.
Lana będzie miała swoją torebkę zaprojektowaną przez bardzo znaną markę, której nazwa nic mi co prawda nie mówi. Nazywała się będzie „del Rey”, wyjdzie na wiosnę i będzie kosztować nie mało! czekamy na perfumy, buty, sruty druty :P i szminkę, no przecież! wspaniała gwiazda…
Pan Mariusz chyba za dużo trawy jara. Ta płyta to objawienie, a kto uważa inaczej nie zna się na muzyce!
Anonymusie, jaranie trawy i NIE słuchanie Lany del Rey to dopiero objawienie!
Ciekawy artykuł.Zastanawiam się jednak nad tam, że mamy tyle mężczyzn i kobiet na świecie mających świetne głosy, a gwiazdami i artystami zostają ci, którzy często głosów nie mają: Leonard cohen, Amy Winehouse, Rihanna, Bretney Spears, i wiele innych. Co więc sprawia że ktoś się wyróżnia? Nie umiejętność śpiewania tylko takie zaśpiewanie które daje odpowiedni efekt. Pamiętne Bolero Ravela które krytykowano za monotonię, początkowo była nie do przyjęcia. I na zakończenie: męczą mnie wyjcuny które umieją śpiewać, bo często nie ma nic ciekawego w takim poprawnym wyciu, natomiast kontrowersyjne postacie są ciekawe i to nas do nich przyciąga. A różnica między sztuką a kiczem: to zostawmy odbiorcom i nie wmawiajmy że coś jest kiczem jak było z Bolerem, może sami do tego dojdą … a może przeciwnie…ale my ciągle chcemy przekonać innych do swoich przekonań; tylko muzyka to nie coś logicznego, jej odbiór ma należeć do każdego człowieka indywidualnie. Inaczej CAŁA „sztuka” straciłaby sens z powodu kilku inteligentnych krytyków-logików, którzy oceniliby, co ma się podobać – a co nie.
gdyby o obecności na scenie muzycznej decydował wyłącznie talent i tzw. „głos ludu”, to dzisiejsze listy przebojów wyglądałyby zapewne zupełnie inaczej. pajmonie3, bardzo trafnie dokonałeś/łaś rozgraniczenia na umiejętność śpiewania (zapewne chodzi o tę nabytą, wytrenowaną) i na, nazwijmy to, „zaśpiewanie”, które ja rozumiem jako to, co dzieję sie z głosem wykonawcy i wpływa na emocje odbiorcy wyłącznie w jednym, niepowtarzalnym i ulotnym momencie wykonania, dziejącym się zawsze „tu i teraz”. ktoś, kto posiada umiejętność śpiewania z pewnością będzie wiedział co zrobić ze aparatem wokalnym, żeby wywołać pewne określone uczucia u odbiorcy. jednakże najważniejszą rolę w takim sposobie wykonawstwa odgrywa kontrola. dla mnie prawdziwa muzyka nie poddaje się kontroli wykonawcy, ona wypływa z niego, a potem krąży w przestrzeni jakby niezależnie od jego woli. jest żywiołem, nad którym nie można zapanować. nie musi być wypadkową „umiejętności” i tak naprawdę należy jednocześnie do nikogo i do każdego, kto zostanie nią oczarowany, stając się w jakimś stopniu nierzadko fundamentem czyjejś wrażliwości, sama stanowiąc składową doznań ludzi, którzy jej słuchają i tworzą. jest to więc transparentna relacja dwu- a nawet trójstronna jeśli już mam oddzielać odbiorcę od twórcy, który przecież sam jest również odbiorcą własnej muzyki. niestety istnieją również wykonawcy, którzy są kimś w rodzaju niewolników muzyki, którą wykonują (np. bohaterka tekstu). muzyka, którą reprezentują ma na celu należeć przede wszystkim do jej „dystrybutora” i jednocześnie zniewala jej twórcę, który niekoniecznie jest osobę odpowiedzialną za jej sceniczne wykonanie (np. znana jedynie z jednego przeboju Linda Perry, która pisze piosenki dla Christiny Aguilery). taka muzyka od samego początku podlega kontroli totalnej, dlatego, w mojej opinii, nie ma w sobie „tego czegoś”. niezależnie jednak od tego, co napisałem, warto mieć własne zdanie na ten temat i szukać samodzielnie (a raczej odczuwać, gdyż rozum niekoniecznie idzie w parze z odbiorem muzyki, a czasem wręcz zakłóca jej odbiór, gdy np. ciężko przyznać się do tego, iż coś nam się podoba tylko dlatego, że jest dosyć mocno lansowane przez masowe środki przekazu), a krytykę muzyczną traktować z przymrużeniem oka, jako niezobowiązującą sugestię, a nie wyrocznię, którą zresztą nigdy nie chciałbym zostać. abstrahując już od tego, co się mówi lub pisze o muzyce, jedno jest pewne – emocji nie oszukamy. nie można się zatem przejmować ocenami innych ludzi, gdy czujemy, że to jest właśnie „to”, co na nas działa, a tym bardziej trzeba się wystrzegać tzw. taste-makerów, którzy, chyba czasem nieświadomie i wbrew sobie, stoją bliżej wrót biznesu niż serca słuchacza.
Zgadzam się w stu procentach z autorem. Nie potrafiłam zrozumieć (pewnie nie pierwszy i nie ostatni raz) nad czym ten zachwyt i dlaczego tak słaby utwór staje się „przebojem”, a jeszcze słabsza wokalistka „gwiazdą”. Oczywiście nie jest to żadna nowość bo takie przeboje i takie gwiazdy będą się pojawiłay pewnie do końca świata. Na szczęście mamy wybór i możemy słuchać czego chcemy.
Jest wielu artystów, którzy nie są obdarzeni wspaniałym głosem ani wielkimi umiejętnościami (Amy Winehouse na pewno do nich nie należy, miała głos jak dzwon i profesjonalną emisję, pajmonie3), ale za pomocą tego czym dysponują potrafią stworzyć coś wartościowego.
Jest wielu artystów, którzy są obdarzeni niezwykłym talentem, umiejętnościami i wyczuciem, tworzą wspaniałą muzykę wykorzystując swój warsztat oraz doświadczenie. Chwała im za to!
Jest cała masa wokalistów i wokalistek wykreowanych przez „showbiznes”, nad których wizerunkiem pracuje cały sztab ludzi, których zazwyczaj artystami nazwać nie można.
Jest też wielu ludzi, którzy obdarzeni wielkim talentem i umiejętnościami nie mogą go w żaden sensowny sposób wykorzystać, bo najzywczajniej w świecie nie mają nam nic do powiedzenia.
Każdy muzyk o w miarę zdrowych zmysłach mniej lub bardziej świadomie dąży do tego żeby stworzyć swój własny, niepowtarzalny język muzyczny, żeby móc swobodnie opowiadać o tym co mu w duszy siedzi. Tworzenie takiego języka to długa i ciężka praca… idąc tym tropem – ja osobiście odbieram twórczość (bądź nie-twórczość) Lany Del Rey jako niechlujny bełkot.