Jedno wielkie nieporozumienie…

…bo jak inaczej wyjaśnić fakt, iż obiektywy i pióra medialnego światka naszej śląskiej metropolii konsekwentnie omijają unikatowe na skalę regionu zjawisko… Mowa, rzecz jasna, o spektaklu dyplomowym tegorocznych absolwentów Wydziału Teatru Tańca Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie: „Jeziorze łabędzim” w reżyserii Idana Cohena. Mało tego, gdyby zapytać przeciętnego mieszkańca Śląska, czy samego już Bytomia, o jego wiedzę na temat WTT PWST – z przykrością przyjdzie stwierdzić nam, że jest ona doprawdy znikoma… By zatem zrekompensować młodym artystom zaniedbanie chociażby ze strony recenzentów…

fot. Jacek Wrzesiński

Ciało ludzkie jest bodaj jednym z najpiękniejszych środków służących opowiadaniu historii. Wdzięczny plastycznie materiał nosi w sobie znamiona perfekcji i obłędnej głębi. Kipiący tygiel możliwości pobudza wyobraźnię, prowokacyjnie przekraczając „klasyczne” środki ekspresji. Dłonie nakreślają fabułę, stopy posuwają akcję naprzód, a rozchwiane głowy na nowo podają kolejne obrazy. Zupełnie jak u Cohena.

Izraelski choreograf (Idan Cohen) tworzy wyjątkowo wyobcowany świat, który umiejscawia widza w surowej, ciemnej otchłani, nadgryzanej raz po raz snopami białego światła. Czarna tafla jeziora stopniowo ujawnia sylwetki absurdalnych baletmistrzów. Daleko im do klasycznej, uładzonej wizji Petipy i Iwanowa. Skąpani w purpurowo-fioletowej tonacji zdają się poświadczać, że piękno widziane, rozumiane może być także inaczej… Gdyby przyjrzeć im się bliżej, dostrzec można z rzadka pióra, czy ozdoby odsyłające do warstwy wizualnie jednoznacznej, nic jednak bardziej mylnego. To naturalność i prostota grają tu pierwsze skrzypce, sprytnie unikając bielidła czy innych masek.

Delikatność i perfekcja tancerzy zostaje silnie zderzona z makabrycznością wypływającej z nich podskórnie dozy szaleństwa. Smukłe, gładkie linie opływowych ciał przerywają  targające konwulsje, momentalnie zgrzytające zawieszenia. Wrażenie ciągłej metamorfozy podkreśla niekontrolowana mimika, która zaskakująco zakłóca harmonijny trans hipnotyczny, w jaki wpędzają nas kołyszące się w powietrzu ciała. Uderzająca synestezyjność odbioru pozwala ulec pokusie i dać się wciągnąć w cielesny wir. Brzydota i dowcip, towarzyszące perfekcji i lekkości, budują wiarygodny ludzki wymiar. Początkowy śmiech ewoluuje w niepokój, który budzi refleksję. Nieprzewidywalnie zezwierzęcone postaci paradoksalnie bardzo szybko zyskują sobie nasze zaufanie. Sztuka pozostaje w zasięgu dłoni – jest namacalna – słyszymy oddechy pulsujących, zmęczonych łabędzi bez skrzydeł, które raz po raz uderzają o podłogę. Biologizm wprost kipi ze sceny. Ciała, jako narzędzia pracy tancerzy, zostają wyeksponowane, rozczłonkowane, wreszcie zdemaskowane. Piękno rodzi się w boleściach na naszych oczach. Cohen, jak malarz wizjoner, ubiera fizjologię jednocześnie w dyscyplinę ruchu i karykaturalny obłęd.

fot. Jacek Wrzesiński

Co ciekawe, słowo wydaje się zupełnie wyabstrahowane od cielesności – jakby chciało zaprzeczyć, zadrwić z ludzkiej materii i uciec w niepamięć. Łabędzie w krzywym zwierciadle przytaczają kolejno motywacje i okoliczności, w jakich w ich życiu pojawił się taniec. Starając się okiełznać niesforne ciała – rozedrgane kończyny, rozdarte ekspresją twarze – uobecniają moment narodzin i ukonstytuowania swojej artystycznej tożsamości. Dowcipnie, z polotem oraz wrodzoną elegancją, zdają się odgrywać własną wariację na temat mitu piękna zawartego w oryginalnej wersji „Jeziora łabędziego”. Z klasycznych zaklęć pozostało dziś niewiele. Wprawdzie nadal na scenie wybrzmiewa wirtuozerska muzyka Czajkowskiego, ale dziś stanowi ona tło dla innych już przeżyć i napięć. Historia miłosna Odetty i Zygfryda pobrzmiewa już tylko momentami jako pretekst w zalotnym flircie artysty z widzem.

Synchronia przeplata się na scenie z diachronią. Struktura spektaklu bazuje na konfrontacji zmultiplikowanych obrazów – budujących wrażenie wciągającej głębi – z solistycznymi wystąpieniami artystów, które jak magnes przyciągają kolejne atrapy szalonych pseudołabędzi. Widoczna jest obsesyjna gra detalu i cząstek materii ze strukturami i figurami cielesności. Czarna tafla staje się polem walki z własnymi słabościami, z ideałami i kanonami piękna. Ruch zyskuje miano środka służącego rozliczeniu z ciężarem mitologii. Niestandardowe zagrania uderzają, ale i korespondują z nienaruszalnym pozornie piedestałem sztuki, przez wielkie „S”.

Czyżby izraelski choreograf znalazł złoty środek pomiędzy ciężarem dziedzictwa i potrzebą nowości? Pomiędzy skostniałym pojęciem samego piękna a możliwością ukazania wnętrza współczesnego artysty? Czy udało się wreszcie obalić barierę – jaka, z utartej reguły, istnieje między widzem a tancerzem – zamykającym się w swoim świecie wewnętrznym, niczym w bańce powietrza? Pewne jest to, że Cohen stopniowo wprowadza nas w otchłań mrocznego jeziora. Uczy stawiać kroki, byśmy mogli świadomie brodzić w sztuce – zachłysnąć się i znaleźć w niej to, co nam dziś bliskie. Jednak tylko najbardziej odważni i wytrwali będą mogli razem z artystami nauczyć się swobodnie oddychać pod wodą.

Jezioro Łabędzie
Wydział Teatru Tańca w Bytomiu (PWST Kraków)
Reżyseria: Idan Cohen
Muzyka:  Piotr Czajkowski, Choreografia: Idan Cohen, Asystenci: Sharon Vazanna, Tamar Grosz, Snir Nakar,
Kierownicy prób: Sylwia Hefczyńska – Lewandowska, Janusz Skubaczkowski:

Wizualizacje i scenografia: Idan Cohen,
Kostiumy:  Idan Cohen,
Treningi:  Ewa Lackova
Tańczą:  Robert Buczyński, Natalia Dinges, Magdalena Fejdasz, Helena Gandżalian, Paulina Giwer, Zuzanna Kasprzyk, Anna Kosiorowska, Jakub Krawczyk, Kamil Lipka, Paweł Łyskawa, Nina Minor, Anna Raj, Robert Wasiewicz, Natalia Wilk, Anna Wywiał.

Fotografie są wyłączną własnością autora.