Tydzień w kinie #3

Ostatnio zasiedzieliśmy się w kinie. I na egzaminach. Już niedługo rozdanie Oscarów, przygotujemy dla Was krótki przewodnik po tegorocznych nominacjach, wskażemy swoje typy i jak co roku ponarzekamy na Amerykańską Akademię Filmową. Tymczasem proponujemy kilka filmów, które warto i można jeszcze zobaczyć w okolicznych kinach. 

Rzeź, reż. R. Polański
4,5/5
Skromna Rzeź (jedno pomieszczenie, czworo aktorów, czas rzeczywisty) to świetna odskocznia nie tylko od przepełnionych efektami specjalnymi blockbusterów, ale i od głupawych komedii, które czasem nawet nie śmieszą. Polański w swoim najnowszym filmie bezsprzecznie bawi, przemycając pod płaszczykiem humoru refleksję nad ludzką naturą. Duża w tym zasługa Yasminy Rezy, autorki dramatycznego pierwowzoru i współautorki scenariusza. Minimalistyczny, precyzyjnie zrealizowany, może nie odkrywczy, ale z pewnością wybijający się na tle reszty multipleksowej oferty. No i ta obsada! Aktorów nie trzeba chyba zachwalać: Foster, Winslet, Waltz, Reilly – nazwiska same dla siebie są reklamą.

W ciemności, reż. Agnieszka Holland
4/5
Kręcenie filmów, których tłem jest II wojna światowa, to krok bardzo ryzykowny. Mimo to Agnieszka Holland postanowiła stworzyć kolejny obraz opowiadający o dramatycznych przeżyciach ludzi wplecionych w chaos wojenny, który w tym roku oceniany będzie przez Akademię przydzielającą oscarowe statuetki.
Holland zamiast patosu i krwawej przemocy proponuje brutalny realizm wydarzeń, w który zostali wrzuceni autentyczni i szczerzy bohaterowie. A trzeba przyznać, że postacie są bardzo niejednoznaczne – reżyserka rezygnuje z ukazywania Żydów i Polaków jako jednostronnie pozytywnych ludzi, jako wzbudzające współczucie ofiary wojny.

Dwójka lwowskich kanalarzy i drobnych złodziejaszków – Leopold Socha (Robert Więckiewicz) i Stefek Wróblewski (Krzysztof Skonieczny) – proponuje układ grupie uciekających z getta Żydów: w zamian za pieniądze Polacy pomogą ukryć się uciekinierom w kanałach.

Pomimo rewelacyjnych zdjęć Jolanty Dylewskiej, pięknie ukazujących wizualny kontrast między ciemnymi kanałami a światem zewnętrznym oraz dynamikę wydarzeń, W ciemności posiada również słabe strony. Reżyserka w miarę rozwoju dramaturgii stawia bohaterów w coraz nowszych, beznadziejnych sytuacjach – o ile przez pierwszą godzinę filmu widzowie śledzą z najwyższą uwagą przebieg niespodziewanych wydarzeń, o tyle późniejsze nieustanne dokładanie problemów sprawia, że publiczność zaczyna się nudzić, podchodzić do świata przedstawionego z dystansem i sceptycyzmem.

Holokaust jest wyznacznikiem jakości, dzięki czemu film krążący wokół tej tematyki staje się ponadczasowy. Realizując W ciemności, Agnieszka Holland miała tego świadomość, zważywszy na to, że jej wcześniejszy dramat wojenny Europa, Europa z 1990 roku spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków, zwieńczonym wygraną m.in. Złotego Globu oraz nominacją do Oscara i nagrody BAFTA. Jako że Akademia lubi tematy nośne i uniwersalne, istnieje duże prawdopodobieństwo, że polska produkcja w tym roku przyniesie statuetkę.

Czy słusznie? Na pewno przysporzyłoby to Polakom wiele radości, lecz z drugiej strony trzeba się później zastanowić nad tym, czy nasza kinematografia zmierza w dobrym kierunku.

Code Blue, reż. Urszula Antoniak
4/5
Code Blue to nieproste kino. Bohaterka filmu, Marian, jest pielęgniarką. Ta samotna kobieta uciekająca od stereotypów jedyne, co ma, to szpital i pacjenci, z którymi wchodzi w zbyt zażyłe relacje. Pewnego dnia widzi coś, co zmienia jej życie i wiąże je z losem innej osoby.
Urszula Antoniak opowiada historię, której nie powinno się opowiadać. Porusza sprawy, które (może zbyt często?) przemilcza się w naszym społeczeństwie. Code Blue to zaledwie drugi film Antoniak, łatwo można w nim odczuć atmosferę, która towarzyszyła wcześniejszemu Nic osobistego. Pierwszy film był również niełatwy, jednak mniej depresyjny. Mimo iż Code Blue jest jednym z tych filmów, w czasie których przynajmniej raz ma się ochotę krzyknąć do operatora kina, aby zatrzymał taśmę, warto go obejrzeć. Z pewnością nie da się go polubić, ale można zobaczyć coś nowego i w inny sposób zrozumieć pewne sprawy.

Dziewczyna z tatuażem, reż. David Fincher
4/5
Ekranizacja Finchera różni się od szwedzkich adaptacji. Dotychczasowe ekranizacje starały się być wierniejsze literackiemu pierwowzorowi i skupiały się głównie na śledztwie, prowadzonym przez Mikaela Blomkvista, spychając na dalszy plan postać niepokojącej hakerki, Lisbeth Salander. Tymczasem Hollywood kocha outsiderów, wobec czego twórcy postanowili przenieść ciężar opowiadania głównie na postać młodej, skłóconej ze światem dziewczyny z tatuażem. Jest to zresztą tytuł zaczerpnięty z amerykańskiego tłumaczenia książki, który przecież w oryginale brzmi inaczej: Millennium: mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Film zrobiono więc ze specyficznym dla Finchera artystycznym rozmachem, jednak warstwa wizualna nie staje się ani na moment nachalna i efekciarska. Mroczne zdjęcia i wybitny montaż zdecydowanie uatrakcyjniają pozornie mozolną akcję (wszak w filmie chodzi o żmudne śledztwo prowadzone głównie przed komputerem i pośród sterty dokumentów). O artystycznym sukcesie Finchera stanowi naprawdę przemyślany dobór obsady, zarówno ze względu na promocyjny charakter filmu, jak i zwyczajne dopasowanie aktorów do potrzeb scenariusza. Daniel Craig, mimo że tak różny od książkowego Blomkvista, który był, jak to opisuje autor, „czerstwy, lekko otyły i podchodzący pod pięćdziesiątkę”, bez problemu radzi sobie z rolą pełnego misji dziennikarza, schodząc na dalszy plan za każdym razem, gdy tylko na ekranie pojawia się grająca Salander Rooney Mara. 23-letnia aktorka, znana wcześniej z kilku młodzieżowych produkcji i małej roli w The Social Network, wykreowała tu  bohaterkę bardzo skomplikowaną, niebezpieczną, a jednocześnie bardzo kruchą i wrażliwą.

I pewnie można się kłócić o to, dlaczego kino musi czasem upraszczać skomplikowane historie i tworzyć z nich połowiczne arcydzieła, ale w tym przypadku, kiedy jeden wybitny autor rozumie na swój filmowy sposób drugiego, nie sposób nie podziękować Fincherowi za tak twórczą zdradę.

Moja łódź podwodna, reż. Richard Ayoade
5/5
Brytyjska komedia, debiut reżyserski, jedna z lepszych pozycji 2010 roku. Film pełen wdzięku, uroku i specyficznego humoru. Piętnastoletni Oliver Tate nie jest ani superbohaterem, ani najprzystojniejszym chłopakiem w szkole. Kolokwialnie rzec ujmując – jest typowym loserem. Na swoje (nie)szczęście zakochuje się w dziewczynie, która zupełnie nie jest nim zainteresowana. Początkowo. Film przedstawia historię młodych ludzi w sposób dość przewrotny. Trudno określić co rzeczywiście miało miejsce, a co jedynie wyobraził sobie Oliver, ponieważ patrzy on na świat przez pryzmat obiektywu kamery, z którą rzadko się rozstaje. Tym samym widz ogląda film, takim jakim widziałby go Olivier, gdyby nakręcił opowieść o samym sobie. To, że kinematografia skutecznie zmienia sposób postrzegania świata jest faktem dość oczywistym. Moja łódź podwodna podejmuje jednak temat w ciekawy i niebanalny sposób, dowcipny i charyzmatyczny przede wszystkim. Widzowie lubiący po prostu dobrą komedię z pewnością zostaną usatysfakcjonowani, koneserzy kina natomiast będą mogli oddać się jednej ze swoich ulubionych rozrywek – wyszukiwaniem filmowych nawiązań i innych zadedykowanym im smaczków…