Hirudoterapia z Traumanem – egzystencjalna uczta w Engramie

Sztuka od zawsze wykorzystywała elementy zaskoczenia w perswazji oraz dotarciu do odbiorcy, uciekała się do tabu, profanowała świętość i opływała w skandale. Odkąd Duchamp w 1917 roku postawił ostatecznie cezurę pomiędzy Sztuką a sztuką, zwykła kropka na białym tle stała się dziełem. Musiała jednak spełniać jeden warunek: musiał ją postawić artysta. Zwykła kropka na białym tle namalowana przez dziecko, zwykła kropka na białym tle maźnięta przez urzędnika nie jest już twórczym artefaktem i nie upoważnia do tego, by znaleźć się na ścianie galerii współczesnej.

Jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po wystawie Magdy Hueckel i Grażyny Tereszkiewicz, a już trauma zainstalowała się na parterze. W Galerii Engram znowu boli, bo sztuka musi boleć. Pytanie tylko: kogo? Performance stworzony przy użyciu wideo jako przykład sztuki procesualnej w tym przypadku zaskakuje tematem. Główny bohater prawdopodobnie sam poddaje się hirudoterapii, ciężko określić bowiem, czy to gabinet, czy zacisze domowej sypialni. Na naszych oczach przeżywa własny ból egzystencjalny w rytm bijącego serca. Nie znamy jego twarzy, kadr skupia się na torsie – na pierwszym planie podgromady z typu pierścienic pożywiają się jego krwią. Jak długo można oglądać ucztę Lukullusa w wykonaniu pijawek, nim pojawi się odruch wymiotny? A może wcale nie odczuwamy żadnych emocji, w końcu jesteśmy uodpornieni przez o wiele bardziej brutalne obrazy filmowe z gatunku gore czy slasher i widok głównego bohatera poddającego się zmasowanemu atakowi pasożytów pozostaje bez uszczerbku dla naszej wrażliwości, a wręcz doprowadza do znudzenia? Toniemy w swej atrofii czy taki jest współczesny człowiek?

Trauman nawiązuje do filmowego bohatera – Trumana, który na oczach milionów widzów poddawany był analizie w najdokładniejszych szczegółach, bez wyłączenia fizjologicznych procesów czy uprawiania miłości. Choć ten poraża brakiem estetyki – rany są wiarygodne – to jednak wiele wspólnego ma z hollywoodzkim hitem, w obu przypadkach aktorzy poddawani są gwałtowi. Wykonuje się na nich wiwisekcję, obdziera z najintymniejszych szczegółów na oczach gapiów, z których jeden na dziesięciu wyniesie coś pożytecznego. Dlaczego? Raz, że hurtowe obcowanie ze sztuką nie sprzyja kontemplacji, dwa, że wolno tak sądzić na widok zebranych patrzących w emitowany obraz dłużej niż to konieczne, sączących ze smakiem wino z kieliszka. Jak długo można stać i patrzeć – bądź co bądź – na cierpienie ludzkie, napawać się nim, czekać, co będzie następne? Wykrwawi się czy się nie wykrwawi? Smutne, ale i prawdziwe.

Bardziej przemawia do mnie spreparowany szczur. Zapewne cały byt spędził na kręceniu się dookoła swej nieświadomości. Biegł tak długo, aż w końcu musiało braknąć mu w płucach powietrza. Nigdy nie poznał zapachu trawy, nie biegał beztrosko po łące, nawet nie poległ w starciu z większym od siebie drapieżnikiem jak większość jego krewnych. Biegał tu zapewne od początku istnienia i kołowrotek stał się jego domem. Ilu z nas wciąż goni do przodu, nie zdając sobie sprawy, że jedynie obraca się w próżni, nie dostrzegając niczego poza narzuconym przez innych celem? Metafora życia w wykonaniu szczura i kołowrotka przemawia do mnie najbardziej i chyba najbardziej daje do myślenia, szczególnie jeżeli wziąć pod uwagę, że ktoś w laboratorium bieganie w kółko uczynił nadrzędnym celem egzystencji tego z natury wolnego stworzenia. Czy mogło uciec? Czy mogło dokonać wyboru? A czy my możemy?

Życie to w zasadzie wynalazek XX wieku. Wcześniej nie przykładano wagi do wnętrza, liczyło się przetrwanie, wyjątkiem byli artyści i osoby oświecone. Dziś ludzie częściej zadają sobie pytania, kreują własną rzeczywistość, starają się żyć świadomie. Mistrzostwem pod względem pokazów, jak niewiele ludzkie życie jest warte, był renesans, rozkwit palenia czarownic, dekapitacji i wiązania na kole (ostatnie bardzo dobrze ujęte u Breugla). Sensem istnienia było przetrwanie. Na szczęście nie wszyscy się z tym zgadzali, ale musiała mocno przesunąć się oś czasu, by wszyscy ludzie pojęli, jak wielką wartość ma życie. Dlaczego więc wciąż poddajemy je traumie? Dlaczego wciąż cierpimy, gnając przed siebie z ręką wyciągniętą po to, co powszechnie uznano za dobre? Jesteśmy z jednej strony – jak Trauman – poddawani działaniu pijawek, które wciąż oscylują wokół naszego ośrodka emocji – serca. Pijawki kąsają nas, ale nie zabijają, a przy tym podpowiadają, że coś jest nie w porządku z naszym organizmem. A z drugiej strony jesteśmy szczurem, szczurem, który wciąż dokądś zmierza z poczuciem misji, nie mając pojęcia, że ta droga nie ma szczęśliwego finału. Nie można bowiem dojść do szczęścia, nie można do niego dążyć, można zdobyć określone dobro, ale nie można zdobyć wartości.

Wystawa organizowana przez Grażynę Tereszkiewicz w katowickim Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek to wyjątkowo ciężki kawał chleba, który sprzyja konsumpcji w pojedynkę. Jeżeli ktokolwiek pragnie wynieść z niej coś więcej, niż widok wzdychającej klatki piersiowej i krwi, powinien wybrać się w tygodniu i pobyć sam na sam z wideo. Wernisaż cieszył się dużym zainteresowaniem. Miłosz Wnukowski cierpliwie odpowiadał na pytania przybyłych i dziennikarzy, nie tracąc nic ze swojego opanowania niczym sędziwy mędrzec, a nie zaledwie dwudziestokilkuletni artysta mający na koncie niemałe sukcesy. Scalając kanały ludzkiej percepcji świata i emocji w eksperymentalnym art-wideo, artysta odpowiedział na odwieczne pytanie: mieć czy być? Wie coś, co i my teraz też wiemy, ale czy posiadanie tej wiedzy coś zmieni? Lepiej dopijmy kieliszek wina i pójdźmy. Już późno.

Wystawa Miłosza Wnukowskiego „Trauman Show” w Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek potrwa do 26.02.2012.
Wstęp na wystawę jest bezpłatny.