Hamlet is dead

Hamlet równa się owacje na stojąco. Bez względu na wykonanie i inscenizację. Wielki tytuł  równa się wielkie brawa. A gdzie w tym wszystkim miejsce na prawdę?

(for: Marek Grajcar)

Szekspirowski „Hamlet” to druga, po „Iwonie, księżniczce Burgunda”, realizacja Atilli Keresztesa na scenie Teatru Śląskiego. Tym razem węgierski reżyser podjął się inscenizacji dramatu, będącego marzeniem każdego z teatralnych twórców. Mówi się, że „Hamlet” jest ponadczasowy i uniwersalny – każda akcja reanimacyjna jest już gwarantem sukcesu – czy aby na pewno?

Keresztes zaprasza nas w przestrzeń monumentalnego teatru, gdzie nagie czarne ściany świadkują i wtórują popełnianym zbrodniom. Obłędnie niepokojąca scenografia Mirka Kaczmarka łączy w sobie symboliczną ascezę oraz unikatowość teatralnych gestów. Uderzająca namacalność zróżnicowanych materii naznaczona jest pustką, unicestwiającym piętnem śmierci. Drewniane deski sceny zdobią niedomyte plamy, wywodzące się z mętnej krwawej sadzawki. Niczym ślady wczorajszych walk zapowiadają radykalne rozwiązania, z jakimi przyjdzie nam się zmierzyć. Długi drewniany stół, przy którym zasiada rodzina królewska, przyjmuje na siebie różnorakie role – od deski, po której kroczy skazaniec, aż po stół prosektoryjny. Przez środek sceny przebiega wykopany przez tragikomicznych grabarzy dół, w którym mają zostać złożone zwłoki przeklętej Ofelii (Agnieszka Radzikowska). Prześwit Hadesu wypełniony jest ludzkimi czaszkami, trywialnie uzmysławiającymi nieubłagany koniec. Wymiar wertykalny przestrzeni kreują mistyczne wentylatory, hipnotyzujące naszą percepcję, jakby chciały oszukać czas. Całość kompozycji wieńczy ogromna konstrukcja metalowego drzewa odartego z materii. Szkielet rośliny staje się wraz z abstrakcyjną białą wyspą azylem dla nierealnej Ofelii.

Scenografia świetnie współgra z przebiegiem akcji scenicznej, jednak bogata w symboliczne kompozycje i obrazy inscenizacja Atilli Keresztesa niesie za sobą ryzyko złudnej lepkości. Nierzadko obraz miażdży wszelkie wysiłki aktorów do tego stopnia, iż przypominają pretensjonalne kukiełki miotające się na scenie. Przewrotna estetyka bywa jednak i największym sprzymierzeńcem dla aktorów zmagających się z ponadczasowymi tożsamościami swych bohaterów. Kiedy starają się oni radzić sobie z prawdą na własną rękę, nagle wszystko ulega przekrzywieniu. Nierzadko forma staje się dla nich azylem, w którym najlepiej się odnajdują. Na jaw wychodzi gombrowiczowski pryzmat, przez który Keresztes patrzy na historię duńskiego królestwa. W istocie za najbardziej wiarygodne i kunsztowne w swym warsztacie uchodzą właśnie postaci podążające tropem groteskowej formy (aktorzy – grabarze). Czyżby zespół okazał się bezradny wobec ciężaru szekspirowskiej tragedii?

Tytułowy Hamlet (Michał Rolnicki) przechadza się po scenie, czytając właśnie tekst dramatu, zupełnie, jakby sprawdzał, co ma wydarzyć się dalej. Mamy wrażenie, że bierzemy udział w próbie spektaklu teatralnego, a nie w wydarzeniach ważących losy Danii. Przypisana zostaje nam z góry rola – nie uczestników czy świadków, ale widzów – z pozoru krwawego widowiska. Podążając za natrętnym obrazem zapośredniczonym przez wszędobylskie ekrany, przełamujemy tabu i wpychamy się w najbardziej intymne zakamarki życia bohaterów – czy tego chcemy, czy nie – stajemy się podglądaczami. Horatio (Adam Ender), niczym perwersyjne ucieleśnienie tłumionych popędów Hamleta, ukazuje wszelkie jego próby aktorskie, co tylko potęguje brak możliwości zaangażowania w grę, którą prowadzi książę. Chwyt zapośredniczenia rzeczywistości przez medium pozwala nam wprawdzie na unaocznienie szczegółów, ale tym samym też sprawia, że prawda staje się nieuchwytna. Miast żywej materii oglądamy tylko wykadrowany – ukartowany (?) – obraz. Jedna z mocniejszych scen spektaklu – rozmowa Gertrudy (Anna Kadulska) i Hamleta – rozgrywa się w kulisach – udostępniając nam jedynie transmisję ze zderzenia matki z synem. Opóźnienie techniczne i zawodność medium stwarza wyjątkową ułudę odrębności czasoprzestrzennej poszczególnych sytuacji. W czasie czterogodzinnego „seansu psychoanalitycznego” zafundowanego Hamletowi przez Keresztesa ekrany zaczynają jednak męczyć, a dobra wola widza buntuje się, dopraszając o „żywe mięso” na scenie.

Silny zabieg teatru w teatrze wyeksponowany zostaje na wielu płaszczyznach świata przedstawionego. Aktorzy grają… aktorów, którzy zaprezentować mają na zlecenia księcia przed parą królewską zabójstwo Gonzagi, będące w rzeczywistości inscenizacją mordu, jaki Klaudiusz dokonał na swym bracie – ojcu Hamleta. Aktorzy pełnią w spektaklu również funkcję grabarzy – groteskowych profesjonalistów, zajmujących się śmiercią na co dzień  – zawodowo. Klaudiusz, Gertruda i Ofelia zasiadają wraz z nami na widowni, by podziwiać kontrowersyjne show, które przygotował dla nich Hamlet. Granica podziału na scenę i widownię zostaje z pozoru zanegowana – nadal jednak nie mamy żadnego wpływu na to, co się rozgrywa na scenie – nadal tylko wnikliwie obserwujemy, czekając na przełom, który złośliwie nie chce nastąpić.

Keresztes zwodzi nas, nie dając nam żadnego punktu oparcia. Nie możemy ufać roztargnionemu Hamletowi, ociekającemu jedynie chęcią zemsty i fałszywym szaleństwem. Gertruda zdaje się jednowymiarowa – zupełnie, jakby nie zdawała sobie sprawy z powagi sytuacji, w jakiej została postawiona – odgrywająca powierzchownie swą traumę. Skrzywdzona Ofelia, mająca stanowić ciche apogeum cierpienia i utraty świadomości, snuje się po scenie nucąc mętne jak krwawa sadzawka (która w efekcie pochłania ją żywcem) psalmy. Sprowadzona jedynie do roli pretekstu, mającego pozwolić jej ojcu osiągnąć kolejne korzyści z obecnej władzy, wydaje się zupełnie odrealniona. Pozostaje odległa i abstrakcyjna w swych przeżyciach, podobnie jak biała wyspa, na której przebywa. Z Hamletem nie łączy jej nic poza strachem i wzajemnym obrzydzeniem, w którym muszą żyć. Tym, który wyrywa z letargu, w jaki wprowadza miotający się nieskutecznie Hamlet, jest Klaudiusz (Grzegorz Przybył). Intrygujący tembr głosu sygnalizuje silną osobowość – pożądaną na scenie. Klaudiusza przede wszystkim się słucha – wybrzmiewa przez niego cały kunszt mistrzowskiego pióra. Na wskroś realny – nie musi ratować się ucieczką w formę, by uobecnić ducha szekspirowskiego dramatu. Stonowany morderca ze spokojem obserwuje, jak rozpada się misterna konstrukcja kłamstw, którą sam wypracował. Przez cały czas trwania spektaklu jego idealna maska zyskuje coraz więcej pęknięć, by wreszcie ujawnić prawdziwe – piekielne bądź co bądź – oblicze.

Na scenie wszystko zaczyna się od śmierci i na śmierci się kończy. Z prochu powstaliśmy i w proch się obrócimy. Keresztes dotyka uniwersum, stosując różnorakie zabiegi reżyserskie, które w mniej lub bardziej skuteczny sposób sprawdzają się na zespole aktorskim Teatru Śląskiego. Spektakl toczy się na kilku poziomach jednocześnie – symultaniczne plany pozwalają na stworzenie abstrakcyjnej z pozoru konstrukcji obrazu, na który składają się liczne „wyabstrahowane plamy” w postaci symboli (miecz wyłowiony z krwawej sadzawki, metalowa kula, czaszka), kolorów (czerwony płaszcz Klaudiusza, biała wyspa Ofelii) czy dźwięków – tych leniwie niepokojących wybijanych przez Hamleta na fortepianie oraz tych metalicznych, które budują rytmikę rozgrywanych wydarzeń.

Pozostaje pytanie, co z nowatorskością ujęcia? Zabieg teatru w teatrze, uwspółcześnione kostiumy, zapośredniczenia obrazu przed medium czy formalne ekscesy w technice aktorskiej to nie rewolucyjne odkrycia – a strategie, które już zadomowiły się na gruncie teatru polskiego. Może owa innowacyjność wcale nie była ambicją węgierskiego twórcy? Przez cztery godziny na scenie powiedziano bardzo wiele. Zupełnie, jakby zamierzeniem Atilli Keresztesa było wypowiedzenie wszystkiego. Reszta jest milczeniem, ale reszty nie ma. Jedno jest pewne – z teatru wykluczono życie. Teatr to życie. Wobec tego nie ma teatru. Nie ma Hamleta. Hamlet is dead.

Teatr Śląski w Katowicach: William Shakespeare – HAMLET; Premiera: 14 stycznia 2012 r. Duża Scena

Przekład: Maciej Słomczyński | reżyseria: Atilla Keresztes | scenografia: Mirek Kaczmarek | kostiumy: Bianca Imelda Jeremias | muzyka: Krzysztof Konieczny | as. Reżysera: Zbigniew Wróbel | obsada: Claudius – Grzegorz Przybył, Hamlet – Michał Rolnicki, Fortinbras – Piotruś Oskard, Horatio – Marek Rachoń, Adam Ender (gościnnie), Polonius – Jerzy Głybin, Laertes – Bartłomiej Błaszczyński, Voltimand – Wiesław Sławik, Cornelius – Antoni Gryzik, Rosencrantz – Dariusz Chojnacki, Guildenstern – Marcin Szaforz, Osric – Zbigniew Wróbel, Marcellus – Mariusz Hanulak (Studium Aktorskie), Bernardo – Jakub Bergel (Studium Aktorskie), Francisco, Kapitan – Tomasz Frąszczak (Studium Aktorskie), Reynaldo – Grzegorz Lamik (Studium Aktorskie), Ksiądz – Andrzej Dopierała, Aktorzy – Adam Baumann, Roman Michalski, Andrzej Dopierała, Grabarze – Adam Baumann, Roman Michalski, Gertruda – Anna Kadulska, Ofelia – Agnieszka Radzikowska | inspicjent: Dagmara Habryka | sufler: Maria Krupa.