Jacaszek – „Glimmer”
Nie będzie optymistycznie. Nie w przypadku tego artysty. Może nie wybrałem zbyt trafnej pory na tego typu muzykę, ale gdzieś przecież musi się znaleźć czas na zimową zadumę i, co za tym idzie, ujście dla tej ciemniejszej, bardziej depresyjnej strony mocy (o ile ktoś takową, rzecz jasna, posiada). A że tkwimy w kraju, który nie skąpi nam o tej porze roku powodów do sezonowej załamki, to może i lepiej uczynić to teraz i mieć z głowy, niż niepotrzebnie niszczyć później harmonię wiosny, majówki i cieplejszych dni. Uprzedzam jednak: odsłuch na własne ryzyko.
O zaskoczeniu nie ma mowy. Michał Jacaszek na swoim najnowszym wydawnictwie zatytułowanym „Glimmer” wciąż dogłębnie analizuje i penetruje obszary, których znaczna większość z nas wolałaby na co dzień nie dotykać nawet kijem od łopaty do odśnieżania podjazdu. Jako że osobiście nie tak znowu rzadko staję po stronie mniejszości (i zarazem po stronie autora niniejszej płyty), odważyłem się ostatecznie zamoczyć koniuszek palca u stopy w tym jego (s)mętnym morzu dźwięków. Potem doszła do tego głowa wraz uszami. Podobnie jak w przypadku albumu „Treny” mamy do czynienia z wiosłowaniem pod prąd po spokojnych wodach smutku, goryczy i melancholii. Ta płyta ma za zadanie dosłownie sprowadzić człowieka na dno, chociaż na chwilę zatopić go w celu przypomnienia, że sprawy ostateczne nie czmychnęły sobie na wakacje gdzieś na Antypody, lecz czają się tuż za rogiem. Ten, kto nie obawia się tego typu odczuć i obezwładniająco uderzającej prawdy, wyłowi z tego albumu nieskazitelne piękno, które niekoniecznie musi pomachać do nas za pierwszym podejściem. Sam zresztą próbowałem wysłuchać „Glimmer” w różnorakich okolicznościach, w tym wczesnoporannych, z apokaliptycznymi chmurami w tle rozciągającymi się nad śląskim horyzontem, przy wygniecionej poduszce, w czterech domowych ścianach, oraz w tramwaju (to już nawet mój odkurzacz pracuje ciszej niż „flota” KZK GOP). Efekty każdego podejścia były, krótko mówiąc, zgoła odmienne.
Jacaszek, kierując swoje poczynania w stronę Fennesza, szuka balansu pomiędzy klasyką i współczesną elektroniką. Od pierwszego przejścia z jednego utworu do drugiego (od „Goldengrove” do „Dare-Gale”) wiadomo też, że wysłuchamy konkretnej, monotematycznej historii. Jednak w przeciwieństwie do, nazwijmy to, przebojowego emo-mazania się typu „nikt mnie nie rozumie, nikt mnie nie kocha”, którego pełno w dzisiejszej popkulturze, przy Jacaszku można odkryć na nowo (lub po raz pierwszy – w zależności od tego, jaki kto dojrzały) fakt, że smutek, jak każda inna podstawowa emocja, posiada szeroką paletę odcieni i barw. „Glimmer” maluje się kolorami szlachetnymi i dostojnymi. Takimi, których emanacja pozostawia w głębokim zamyśleniu. Obrazowość tego dzieła przypomina zresztą intensywność muzyki filmowej. Z tą różnicą, że tutaj scenariusz musimy sobie dopisać sami. Holocaust, rodzinna tragedia, rozłąka z ukochaną osobą – wszystko jedno. Na fundamentalnym poziomie uczuć i tak jesteśmy wszyscy tacy sami, niezależnie od przykrych doświadczeń lub imaginacji, które może przywoływać muzyka na „Glimmer”. „Nie ma nadziei”, zdaje się mówić ten album. Zwłaszcza że tlące się niewyraźnie światełko w tunelu pod postacią ostatniego na płycie „Windhover” nie do końca można odczytać w jednoznaczny sposób.
Ponadto istotny jest tutaj dobór środków. Fortepian i gitara klasyczna wsparte dźwiękami fletu, dzwonków, kontrabasu (puszczanego również od tyłu) i innymi smyczkami, stanowią muzyczny trzon, do którego dochodzi perfekcyjna i czysta jak niepolski śnieg produkcja, wzbogacona o analogowe szelesty wyłaniające się z zakamarków albumu. Wskazana interakcja wyłącznie poprzez słuchawki. W zasadzie słuchając „Glimmer”, można złapać się na tym, że ciężko dostrzec wyraźne przerwy pomiędzy utworami, co tylko udowadnia hipotezę konceptualną. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że raz po raz paradoksalnie płyta dłuży się jak lekcja matematyki humaniście, a w innym momencie może się wydawać, że przelatuje przez nasze uszy niczym lunch w McDonaldzie przez przełyk w trakcie przerwy w pracy.
Sprytne ustawienie proporcji kilku wspomnianych instrumentalnych dodatków, zwieńczone jednolitym nastrojowo przekazem, każe myśleć o tym dziele w kategoriach muzycznego minimalizmu. Jednakże dawka emocji ukryta pod kołdrą uszytą z tych przygnębiających dźwięków, z pewnością nie może być nazwana skromną. Zdecydowanie płyta ta nie zapuka do drzwi każdego rodzaju ludzkiej wrażliwości. Jednak mimo słyszalnego pukania nie każdy zechce przekroczyć próg i otworzyć się na to, co niesie ze sobą najnowsza, tym razem własna, historia Jacaszka, i wielu postanowi raczej przespać tę widoczną za oknem, jak i dobiegającą ze słuchawek zimę. A ty, Czytelniku, po której jesteś stronie drzwi?
Jacaszek – „Glimmer”; Ghostly, 2011
Ocena Reflektor (1-5):
![]()






płyta jest rewelacyjna, pochłania ..