Tydzień w kinie #2

Barwy ochronne, reż. Krzysztof Zanussi
5/5
gliwicki Amok. 22 stycznia, godz. 18.05
Jedno z najważniejszych dzieł twórców Kina Moralnego Niepokoju, nagrodzone w 1977 roku za najlepszą rolę męską, scenariusz i reżyserię na FPFF w Gdyni. Pomimo tego, że film ma już ponad trzydzieści lat, wciąż zadziwia swoją aktualnością. Historia rozgrywa się w środowisku akademickim. Młody magister Kruszyński, pełen zapału idealista, zostaje brutalnie zderzony z rzeczywistością w czasie letniego obozu kół językoznawczych. W prawdziwy świat naukowców wprowadza go cyniczny i pozbawiony złudzeń docent Szelestowski – w tej roli świetny jak zawsze Zbigniew Zapasiewicz. W tym ponadczasowym dziele reżyser stawia trudne pytania natury etycznej, dotyczące jednak każdego człowieka. Zmusza także widza do przemyślenia pewnych kwestii na nowo i zajęcia w ich sprawie jednoznacznego stanowiska. Zdecydowanie warto obejrzeć na dużym ekranie!

Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski
5/5
Kosmos, 23 stycznia, godz. 13
Wojciech Smarzowski uznawany jest za jednego z najlepszych polskich reżyserów młodego pokolenia. Liczne nagrody, jakie otrzymuje za swe filmy i uznanie widzów oraz krytyków świadczą o tym, że twórca ten zasługuje na pochwały.  Jeśli jednak ktoś nie czuje się do końca przekonany opiniami innych, niech skorzysta z okazji i wybierze się 23 stycznia do katowickiego kina Kosmos na „Dom zły”. Film jest próbą rekonstrukcji wydarzeń pewnej zimowej nocy, w czasie której doszło do potrójnego zabójstwa w domu małżeństwa Dziabasów, goszczących przypadkowo poznanego Edwarda Środonia. Po upływie czterech lat tenże Środoń, wraz z ekipą śledczą, uczestniczy w wizji lokalnej i przedstawia swoją wersję zdarzeń. Zarys fabuły sugeruje nam historię stricte kryminalną, jednak Smarzowski w interesujący sposób wplata w film także inne wątki. Dzieło stawia przed nami mnóstwo pytań, nie dając zarazem na nie jednoznacznej odpowiedzi. Obowiązkowa pozycja dla każdego kinomana!

Oslo, 31. sierpnia, reż. Joachim Trier.
3.5/5
Światowid
To, co do tej pory wydarzyło się w życiu trzydziestoletniego Andersa – nałóg narkotykowy, zmarnowana miłość, cień ośrodka odwykowego – nie wygląda dobrze. Jednak alternatywa wcale nie zapowiada się kolorowo – ludzie są nieszczerzy i sztuczni, świat okrutny, a ból egzystencji staje się coraz większy z każdym krokiem. Jedynym wyjściem dla bohatera wydaje się ponowny skok w świat nirwany, odmiennego stanu świadomości. „Oslo, 31 sierpnia” to historia człowieka, który zdecydowanie nie radzi sobie z życiem, kolejny obraz przedstawiający katastrofalne w skutkach zażywanie narkotyków. Reżyser stara się wejść jak najgłębiej w psychikę głównego bohatera, pokazując nie tylko jego wyniszczenie nałogiem, ale również powody, dla których zaczął brać, i co ważniejsze, dlaczego nie przestał i być może, nigdy nie przestanie. Film, mimo wielu mankamentów i wad, pozostaje na długo w pamięci a chwilami jest wręcz hipnotyzujący.

Człowiek z Hawru, reż. Aki Kaurismäki.
4/5
Światowid
Film, który można było do tej pory oglądać podczas festiwali filmowych, wreszcie gości w kinach. Opowieść o małym miasteczku pełnym ekscentrycznych postaci – nietypowy starszy pan, próbujący uratować małego, afrykańskiego emigranta, detektyw, wygasła gwiazda rock’n’rolla czy pies, o obliczu bardziej ludzkim niż pozostali mieszkańcy miasta… Humor w filmie Kaurismäkiego zdecydowanie pozostaje w kolorze czarnym, reżyser równocześnie zwraca uwagę na to, jak ważne w życiu człowieka są drobne, pozytywne i nic nie kosztujące nas uczynki oraz bezinteresowne dobro. Historia ta opowiedziana w zgrabny i dowcipny sposób na pewno warta jest uwagi każdego kinomana.

Musimy porozmawiać o Kevinie, reż. L. Ramsay
3,5/5
Film Lynne Ramsay przysparza widzowi wiele kłopotów. Jedni szybko poczują znużenie specyficzną formułą (przeplatająca się w enigmatyczny sposób teraźniejszość i przeszłość), drudzy będą się zastanawiać, o czym jest ten film: o wyrodnej matce (znakomita jak zwykle Tilda Swinton) czy na wskroś złym synu (charyzmatyczny Ezra Miller)? A może o czymś zupełnie innym? Albo o niczym? Interpretacji będzie tak wiele jak widzów. Reżyserka usytuowała swoje dzieło na cienkiej granicy pomiędzy filmem wybitnym a artystyczną porażką. Czy Musimy porozmawiać o Kevinie to jeszcze nieprzenikniona myślowa głębia czy już intelektualne dno? Odpowiedź jest w tej chwili właściwie nieistotna – już sam fakt, że film prowokuje takie pytania jest wystarczającym powodem, żeby go obejrzeć. Choćby tylko po to, żeby potem o nim porozmawiać.