Czekam na rewolucję
Marta Zalewska jest wokalistką, skrzypaczką i basistką. Współpracuje z artystami takimi jak Krystyna Prońko, Kayah, Waldemar Malicki i Filharmonia Dowcipu, Majka Jeżowska. Można było ją także usłyszeć w Banda des Chicas i w programie „Szymon Majewski Show”. Obecnie gra w zespole Hormons oraz pracuje nad swoim solowym materiałem. Prywatnie jest właścicielką cudownych 61 sukienek, które zapowiadają co najmniej 61 jej autorskich koncertów, o których warto chociaż kilka słów przeczytać.

- (z archiwum MZ)
Filharmonia Dowcipu, hip-hopowe chórki, projekty takie jak Banda de Chicas czy Hormons i wreszcie twój autorski repertuar. Szukając informacji o tobie, musiałam co chwilę upewniać się na zdjęciach, czy nie istnieją dwie Marty Zalewskie. Powiedz mi: skąd ta różnorodność?
Moim głównym nurtem działania jest wszechstronność. Nigdy nie widziałam powodu, dla którego miałabym się ograniczać, skoro interesuję się wieloma gatunkami. Trudno mi o jednoznaczność, nie tylko jeśli chodzi o zbiór wszystkich projektów, w których biorę udział. Równie trudno jest zdefiniować gatunkowo mój autorski materiał. Słucham i jazzu, i soulu, i muzyki dawnej, i popowej, i gospel, i wielu innych. Najbardziej fascynują mnie brzmienia analogowe. Mam nadzieję, że w moim repertuarze to wszystko można usłyszeć. Wszechstronność w muzyce wpływa na rozwój i poszerzanie artystycznych horyzontów. Staram się segregować projekty, w których uczestniczę, ale bywało, że sama siebie pytałam o sens niektórych muzycznych działań. Dziś łatwiej mi rezygnować i wybierać te produkcje, które według mnie są wartościowe i na których naprawdę mi zależy.
Nie chcesz się wpisać w nurt muzyki proponowanej przez telewizję?
Wiesz co, chyba nie. Teraz najważniejsze dla mnie jest spełnianie się jako twórca i zarazem wykonawca materiału, za który w stu procentach tylko ja jestem odpowiedzialna. W repertuar wkładam bardzo dużo serca i energii, staram się przekazać maksimum osobistej treści zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej. Z muzyką obcuję od dawna, studiuję na Uniwersytecie Muzycznym im. Fryderyka Chopina i wiem, że zaangażowanie artysty ma olbrzymi wpływ na wykonywaną muzykę. Daję z siebie wszystko i mogę tylko liczyć na to, że ludziom się to spodoba. Obecnie najpopularniejsza jest muzyka elektroniczna, przetwarzana, cyfrowa… w pewnym sensie podobna do tej docenianej w latach osiemdziesiątych! W muzyce, tak jak w modzie, wszystko wraca i dlatego wiem, że zbliża się kolejna zmiana tendencji. Szczerze mówiąc, czekam z niecierpliwością na tę rewolucję!
A to, co się dzieje teraz, nie podoba ci się?
Trzeba na to spojrzeć z dwóch stron. Oficjalnie polska muzyka jest powtarzalna i wtórna w stosunku do zachodnich trendów. Mamy polskie Lady Gagi, polskie Rihanny, a oryginałów brak. Tylko czy naprawdę Polacy nie są w stanie wyprodukować własnych pionierów świata muzycznego? Zastanawiam się, czy to kwestia globalizacji, masowego ujednolicania świata, czy naszych narodowych kompleksów względem Zachodu, przynajmniej na gruncie muzycznym…
Słyszałam kiedyś anegdotkę, w której polski naukowiec, zgłaszając coś do biura patentowego, usłyszał: „niemożliwe, że to działa. Amerykanie by to już dawno wynaleźli”.
I dokładnie tak jest w muzyce (śmiech). Ale, tak jak mówiłam, jest jeszcze druga strona medalu. Żyjemy w czasach Internetu, Facebooka i okazuje się, że jeśli tylko poszukać, można znaleźć masę świetnych polskich artystów, którzy reprezentują bardzo wysoki poziom i uczestniczą w niezwykłych projektach, choć nie są wspierani przez media.
Kogo ze współczesnych polskich wykonawców poleciłabyś do słuchania?
To bardzo trudne pytanie, szczególnie że – jak ustaliłyśmy na początku – obracam się w bardzo wielu gatunkach muzycznych i wciąż poznaję nowych, wartościowych muzyków. Dziś twarzą polskiego jazzu jest Mateusz Smoczyński, znakomity skrzypek. Polecam też zespół Newest Zealand. Ciekawą muzyką zajmuje się też zespół The Gentle Wood.

- (z archiwum MZ)
Jak wygląda u ciebie praca nad utworami? Ile piosenek masz teraz w repertuarze?
Stworzyłam wiele piosenek, z których wybrałam około 15-20, uznając je za najlepsze. Te piosenki śpiewam na koncertach i one mają docelowo trafić na moją płytę. Praca nad nimi wygląda bardzo różnie. Zawsze chcę być szczera w tym, co robię, i staram się dać każdemu utworowi jak najwięcej z siebie, dlatego sama piszę muzykę i teksty, ale nie robię tego według gotowego schematu. Czasem najpierw pojawia się tekst, a czasem to muzyka podpowiada, jaki temat jest jej potrzebny. Bo muzyka opowiada historię i sugeruje, jaki charakter narracji jest jej najbliższy. Piosenki, które tworzę, wychodzą z szuflady w swoim tempie i czasie. Tak było z utworem „Spokojnie”, który pojawił się na youtube. Strasznie się przed tym buntowałam i wydawało mi się, że amatorskie filmy kręcone komórką, to nie jest „to, co tygryski lubią najbardziej”, a jednak dałam się przekonać i sama byłam zaskoczona, że tyle osób odnalazło „Spokojnie” w sieci.
Słyszałam kiedyś opinię, że największym błędem początkującego malarza jest pójście do ASP, która zabija wszelką indywidualność. Czy z muzykami jest tak samo, czy zaplecze teoretyczne jest wam potrzebne?
Znam artystów, którzy nie mają pojęcia o teorii muzyki, nutach i akordach, a potrafią zaczarować tłumy. To wszystko zależy od charyzmy i wrodzonego talentu, ale gdybym uważała szkoły muzyczne za niepotrzebne, nie poświęcałabym im czasu. Myślę, że muzycy powinni mieć przynajmniej ogólne rozeznanie, nie tylko w zakresie swojego własnego instrumentu, ale też innych dziedzin muzyki, różnych instrumentów… Można powiedzieć, że w wolnym czasie zajmuję się poszerzaniem swoich kompetencji w zakresie GNWIŚ (Granie Na Wszystkich Instrumentach Świata)… Uważam, że taka wszechstronność jest bardzo ważna, szczególnie jeśli ktoś chce komponować muzykę.
Ciekawym doświadczeniem była obrona mojej pracy licencjackiej, w której starałam się udowodnić, że multiinstrumentalizm ma pozytywny wpływ na grę skrzypcową. Moim promotorem był prof. Konstanty Andrzej Kulka, przykład osoby o innym podejściu do muzyki niż moje. Jest to skrzypek najwyższej próby, wyspecjalizowany w tym jednym kierunku, którego jest mistrzem. W mojej pracy sugerowałam, że wszechstronność i multiinstrumentalizm świadczą o wysokich kompetencjach muzyka. Okazało się jednak, że mimo różnic między nami, doszliśmy z profesorem do porozumienia i zdałam (śmiech). W szkole, jak w każdej instytucji o narzuconym szablonie działania, łatwo popaść w automatyzację i odtwórstwo. Są osoby, które nie mając pomysłu na siebie, podporządkowują się całkowicie kanonom narzucanym przez wykładowców i po wielu latach gry na instrumencie nie są w stanie np. zagrać choćby jednego dźwięku bez nut. Szkoła muzyczna może być cudownym pomostem do własnej twórczości, należy jedynie umieć z niej skorzystać.
Jak słychać w twoich utworach, ty już taki pomysł masz. Powiedz mi tylko, gdzie będzie cię można w najbliższym czasie usłyszeć.
Pracuję nad autorską płytą. Dopóki jest w fazie powstawania, zapraszam na mój fanpage na Facebooku i niebawem stronę internetową, na których sukcesywnie będą pojawiać się kolejne nagrania. Zapraszam też serdecznie na mój najbliższy koncert w warszawskim klubie Tygmont 21 stycznia o godz. 20.00.





