Top 10 najgorętszych albumów 2011 roku

Wyjątkowo kapryśna i burzliwa była moja tegoroczna relacja z muzyką. Na zmianę okresy zastoju, naznaczone kurzem na półkach z płytami i błagającymi o uwagę folderami na twardym dysku (tak, też daleko mi do świętoszka) oraz tygodnie kompulsywnego nadrabiania zaległości w wymiarze kilkunastu nowych albumów codziennie. Może i wiele z ważnych tegorocznych dzieł poznałem dosyć niedawno, a z pewnością także niejednego nie było mi dane usłyszeć (co nie wynika z ignorancji, a raczej z chronicznego zmęczenia i braku czasu), ale nie wypada przecież machnąć ręką na to, co istotnego działo się w muzyce przez ostatnie 12 miesięcy i nie umiejscowić tego wszystkiego w skromnym, osobistym kontekście. Pragnę zatem poświęcić tutaj odrobinę przestrzeni czytelniczej i choć na chwilę zainteresować was moją osobistą listą najlepszych dziesięciu płyt roku 2011. Pozwolicie?

Miejsce 10.: Bon Iver – „Bon Iver”

Opuszczenie przez Justina Vernona leśnej chaty w rodzinnym Wisconsin, w której skomponował on materiał na debiutanckiego longplaya „For Emma, Forever Ago”, zbiegło się dla niego w czasie z wyjściem poza stricte folkową strukturę piosenek. Najwyraźniej w drodze powrotnej do studia przez obłożony białym puchem las, nasz wrażliwy brodacz natknął się na jakieś bezpańskie trąbki, cymbały, dzwonki i inne cuda na kiju, które to wykorzystał przy realizacji wydanego w lipcu „Bon Iver” (przy okazji zresztą przygarnął swoimi rozłożystymi ramionami kilka zagubionych dusz, co pozwoliło mu na poszerzenie koncertowego składu do ośmiu czy nawet dziewięciu osób). I mimo że same melodie w porównaniu z debiutem straciły na swojej wyrazistości, to krystalicznie soulowy głos Justina jest wciąż najlepszą przynętą na spragnione głębokich i szczerych wyznań uszy słuchacza.

Sam moment wydania albumu jest zresztą nie lada niespodzianką, gdyż muzyki Bon Iver najlepiej słucha się zimową porą, gdy pełne gorących emocji pieśni takie jak „Calgary” czy delikatne „Holocene” łagodzą oczekiwanie na nadejście cieplejszej aury za oknem. Trochę nierówno wypada tutaj sprawa budowania napięcia, które już przy pierwszym utworze „Perth” (z szalejącymi, wojskowymi bębnami, które mogłyby zagrzać do walki niemałą armię) zostaje wywindowane do takiego poziomu, że dopiero po dobrych kilkunastu minutach orientujemy się, iż policzki mamy już zalane łzami. Natomiast druga połowa płyty to już wyciszenie i uspokojenie ciała traktowanego na przemian żarem i chłodem wymieszanymi w dopieszczonym brzmieniu albumu. Sporym zaskoczeniem jest także ostatni numer na płycie, czyli pościelówa „Beth/Rest”, która wydaje się być rezultatem sąsiedzkiej schadzki naszego bohatera z Princem (pochodzącym ze stanu Minnesota, graniczącego z Wisconsin). Ostatecznie miła jest jednak świadomość, że istnieje taki talent czystej wody jak Justin Vernon, który niezależnie od tego, jakie narzędzia stosuje w procesie twórczym, zawsze wykuje coś interesującego, do bólu prawdziwego i oczyszczającego.

Miejsce 9.: Stephen Malkmus and the Jicks – „Mirror Traffic”

Latka lecą, a niektóre rzeczy się nie zmieniają. I niech tak pozostanie, pod warunkiem, że Stephen Malkmus wciąż będzie nagrywać płyty na miarę najlepszych dokonań jego legendarnych Pavement. Tak właśnie jest z tegoroczną „Mirror Traffic”. Słuchając najnowszego wydawnictwa jego obecnej grupy, nasunęła mi się analogia ze ścieżką, jaką przeszła pod względem artystycznym jego pierwsza, bardziej znana kapela. Jeśli ktoś pamięta tryskający oryginalnymi pomysłami pierwszy album Malkmusa i The Jicks zatytułowany po prostu „Stephen Malkmus” i zauważył pewne stylistyczne zmiany następujące na kolejnych krążkach, to pewnie uświadczył przy omawianej tu płycie podobnego zaskoczenia jak wtedy, gdy Pavement po debiutanckim, hitowym, ale surowym „Slanted & Enchanted” wypuścili takie awangardowe kawałki na „Crooked Rain, Crooked Rain” jak „5-4=Unity”, popełniając znowu po kilku latach ultrapopowy album, „Terror Twilight”.

Najnowsza płyta jest właśnie takim powrotem do koncepcji, w której przebojowość bierze górę nad eksperymentami. Takie utwory jak „Senator” czy „Tigers” wywołują najzwyczajniej w świecie dziecięcą radość na mojej twarzy. „Asking Price” bez zbędnego przepychania wysuwa się – dzięki lekkiemu tempu i pojedynczo artykułowanym trąceniom w struny – na jeden z najjaśniejszych punktów albumu. Takich momentów jest tu znacznie więcej. Zresztą każdy może wyłowić własne muzyczne kąski w tym różnorodnym materiale, bez ryzyka, że trafi mu się kawałek z ościami. Będąc fanem praktycznie wszystkiego co wyszło spod palców Stephena Malkmusa, modlę się gorliwie o jego żywotność i zdrowie, aby na starość wciąż mógł mnie stale zabawiać taką pozytywną muzyką, jaką słychać na „Mirror Traffic”, gdy sport oraz inne wymagające wysiłku fizycznego uciechy życia staną się dla mnie kłopotliwe lub niemożliwe do praktykowania.

Miejsce 8.: Fleet Foxes – „Helplessness Blues”

Sytuacja podobna jak na pozycji nr 10. Druga płyta, podobna droga rozwoju, sporo instrumentalnych dodatków, ale w przypadku Fleet Foxes jesteśmy w trochę bardziej ludowym środowisku, które zostało wzbogacone cygańską wręcz estetyką. Muzyka na następcy „Fleet Foxes” wydaje się być w porównaniu z debiutem bardziej swojska, taneczna, tak jakby panowie z Seattle znudzili się w końcu koczowaniem w górach i postanowili zejść na równinę do zwykłego człeka. Owocem tego są zatem urozmaicenia w postaci skrzypków w „Bedouin Dress”, ale i bardziej rozbudowane epickie formy, takie jak „The Shrine/An Argument” czy „Grown Ocean”, które wraz z kolejnymi sekundami przeobrażają się w prawdziwie lśniące klejnoty folkowego grania.

Po raz kolejny zresztą wszystko brzmi jakby zostało nagrane w średniowiecznym kościele czy wielkiej przymorskiej jaskini, co tylko potęguje niezwykłe wrażenie, jakie pozostawiają po sobie dopracowane z gestapowską precyzją chórki i głębokie harmonie wokalne. Istotną zmianą i wyraźną oznaką dojrzewania jest zastąpienie impresjonizmu tekstów Robina Pecknolda tematami bardziej uniwersalnymi jak wolność jednostki. Hołdując akustycznym dźwiękom i pozostając przy tym wiernymi muzycznej tradycji Briana Wilsona i spółki, Fleet Foxes śmiało usadawiają się za sprawą albumu „Helplessness Blues” w gronie najważniejszych zespołów współczesnej sceny alternatywnej. Z pewnością jednak ich odkrywcza natura oraz ascetyczna postawa sprawiająca, że muzyka jest dla nich podstawowym codziennym pożywieniem, nie pozwolą im osiąść na laurach pod względem twórczym.

Miejsce 7.: Yuck – „Yuck”

Większość reminiscencji muzycznych w postaci zespołów przywołujących w dosyć oczywisty sposób muzykę minionych dekad wywołuje we mnie co najmniej uczucie zdegustowania (vide Ringo Deathstarr i ich obrzydliwie bezczelne zrzynanie z My Bloody Valentine, co chyba przerasta nawet to, w jaki sposób swoją miłość do muzyki pewnej liverpoolskiej czwórki sprytnie spieniężali przez prawie dwie dekady bracia Gallagherowie). Jednakże w przypadku Yuck, mimo oczywistych inspiracji latami 90. i takimi kapelami jak Dinosaur Jr., Archers of Loaf czy inne tęgie Jole, trudno powstrzymać się od delikatnego westchnienia, wynikającego z tęsknoty za najlepszymi czasami amerykańskiego, brudnego, gitarowego rzężenia, które to uczucie towarzyszy słuchaniu self-titled rzeczonej grupy.

Ten młody amerykańsko-brytyjski kwartet niezwykle sprawnie operuje wszystkimi środkami stylistycznymi znanymi już chyba od czasów melodyjnej odsłony Sonic Youth, zapoczątkowanej w epoce późno-eightiesowej, dodając do tego nostalgię spod znaku Smashing Pumpkins, które idealnie komponują się ze sobą w niemal każdym utworze na płycie. Brzmi to do takiego stopnia interesująco i uzależniająco, że choćby wskazanie kandydata na promującego płytę singla spośród zabójczo energicznych „Get Away” i „Holing Out” czy bardziej balladowych „Stutter” i „Sunday” może stanowić problem. Niejeden pewnie zarzuci, że to trochę taki cover band, ale jeśli już dzieciaki z gitarami mają kopiować swoich idoli, to niech robią to w takim stylu jak właśnie czwórka z Yuck.

Miejsce 6.: The Weeknd – „House of Balloons”

Specyficzna dla „czarnej muzyki” stylistyka zmysłowości dźwięków zmieszana z perwersją i obscenicznością tekstów nie musi być zmonopolizowana przez takich typów jak Ginuwine czy sprośny R. Kelly (rzesze czarnoskórych trzynastolatek pozdrawiają), czego dowodzi klubowe tegoroczne odkrycie, Kanadyjczyk Abel Tesfaye, kryjący się pod pseudonimem The Weeknd. Panowie, jeśli chcecie się przekonać jaką siłę ma w sobie ten album, wystarczy puścić przy waszych dziewczynach uwodzicielskie „What You Need” i czekać cierpliwie, aż bielizna sama zacznie zsuwać się w dół z ich rozpalonych bioder. Zresztą panie niech uczynią to samo w stosunku do mężczyzn.

Nihilistyczna i dekadencka atmosfera muzyki na „House of Balloons” przypadnie do gustu każdemu na niejednej domówce albo randce w pokoju wypełnionym zapalonymi świecami, z puszczonym na laptopie w celu rozgrzewki niemieckim pornosem w tle. I nawet moi ulubieni i jak zwykle bezbłędni The Roots (przynajmniej w kategorii hip-hopowej) pozostają w rocznym podsumowaniu płytowym trochę w cieniu The Weeknd. Jeśli zależy wam na zakonserwowaniu niewinności waszych partnerów, córek, synów, przyjaciół, to doprawdy, lepiej schowajcie płytę „House of Balloons” głęboko na dno szafy, bo efekty zapodawanych na tym albumie seksownych wokali w klimacie r ‘n’ b, leniwie płynących po powierzchni hipnotyzujących beatów, mogą być co najmniej nieprzewidywalne.

Miejsce 5.: Balam Acab – „Wander/Wonder”

Zabierając na chwilę mikrofon narzekającym na przecieki płyt artystom, trzeba przyznać, że internet robi dobrze muzyce. Nie wiem naprawdę w jaki inny sposób można by natknąć się na takie diamenty jak album Aleca Koone’a, tworzącego pod nazwą Balam Acab. Krytycy zdążyli już przylepić tej sennej odmianie elektroniki etykietkę „witch house” (hę?) i nie da się ukryć, że było to nieuniknione, gdy przyjrzymy się zakamarkom sieci, w których można się obecnie natknąć na masę tego typu muzyki. „Wander/Wonder” wybija się wyraźnie spośród wielu tworów tej odmiany elektroniki. Zmodulowane kobiece wokale, sample ludzkich oddechów, odgłosy fal morskich, lepione na komputerze beaty i subtelne uderzenia w klawisze, składają się na misternie skomponowane wielowarstwowe struktury dźwiękowe, wprowadzające w stan przyjemnej błogości.

Końcowy efekt jest doprawdy kosmiczny. Album ten stanowi bardzo równy i wciągający materiał, dzięki czemu ratuje honor tegorocznych artystów z omawianej szufladki, którzy coraz bardziej zapuszczają się w postmodernistyczne żonglerski stylistyczne i kolaże, przez co ogromna ilość wydawnictw traci na spójności. Przykładem może być niedawno wypuszczony self-titled Sepalcure, gdzie upchnięto różnorakie formy od dubstepu po disco z new wave’owym powabem, co, mimo niezłych kawałków, momentami sprawia wrażenie nieprzemyślanego mixtape’u zgranego w celu puszczenia na imprezie integracyjnej na I roku studiów. Trochę jednak zasmuca konstatacja, iż niewiele ciekawego działo się w 2011 w elektronice w porównaniu do 2010 roku, gdy intensywnie zarzynałem albumy z wszelakimi odmianami muzyki tworzonej z pomocą komputera, zostawiając gitarowe sprawy na trochę dalszym planie. Liczę więc na rewanż w nadchodzących dwunastu miesiącach ze strony artystów przylepionych na co dzień do elektronicznych zabawek.

Miejsce 4.: Toro Y Moi – „Underneath the Pine”

Już na OFF Festivalu 2010 Chaz Bundick, wyskakując na scenę z żywym (o ile mnie pamięć nie myli), trzyosobowym składem, pokazał nam próbkę tego, w jakim kierunku chciałby poprowadzić swoje muzyczne pomysły pod nazwą Toro Y Moi. I nie można mieć mu w sumie za złe, że odszedł od bezpiecznej dla niego formuły chillwave’u na rzecz rozbudowanego instrumentarium, co obiecywał zresztą w niejednym wywiadzie po ukazaniu się jego pierwszej płyty. Wciąż przecież w utworach panuje wyluzowany klimat i wakacyjna lekkość, chociaż brak tu wykreowanej na laptopie ulotnej dźwiękowej mgiełki, charakterystycznej dla debiutanckiego „Causers of This”. Jest za to podział obowiązków i, co z tego wynika, prawdziwy bas, perkusja, klawisze i inne dodatki okraszające brzmienie tego kapitalnego materiału. Nadzwyczaj udana to zmiana estetyki, która udowadnia, jak bardzo utalentowaną i wszechstronną postacią jest ten sympatyczny chłopak z Południowej Karoliny.

Słuchając „Underneath the Pine” można odnieść wrażenie, że Chaz mocno penetrował ostatnio włoskie czy francuskie disco. Najlepsze momenty? Otwierające „Intro/Chi Chi”, „New Beat”, niespodziewanie zmieniające w drugiej połowie nastrój „How I Know”, zasadzone na prostym basowym motywie „Still Sound” czy „Got Blinded”. Wbijającymi się w pamięć zagrywkami klawiszowymi Chaz sypie tutaj jak z rękawa przy każdej możliwej okazji. Ten to chyba nie potrafi zasnąć bez keyboardu przy łóżku. Piekielnie dobry zmysł do melodii ujawnia się także w jego głosie. Trochę jakby od niechcenia, ale jednocześnie w przemyślany i kontrolowany sposób, wokal Chaza surfuje po dyskotekowych nutach. Przypomniało mi się, że wspominał kiedyś dziennikarzom, iż nosi się z zamiarem nagrania płyty stricte akustycznej. Czytając tego typu wypowiedzi dopada mnie ogromna zazdrość, że pisanie przebojowych piosenek przychodzi Bundickowi z taką łatwością. Jednak po dwóch świetnych albumach i kilku intrygujących EP-kach, jakie wydał na przestrzeni ostatnich dwóch lat, grzechem ciężkim byłoby życzyć mu potknięcia na drodze twórczej.

Miejsce 3.: Florence and the Machine – „Ceremonials”

Nie doceniałem rudej. Do dziś mój znajomy wypomina mi moją wypowiedź z czasów „przed-ceremonialnych”, w której stwierdziłem, że muzyka Florence to taki bardzo dobry pop, którego sam sobie z własnej nieprzymuszonej woli nie puszczam. Przyznaję, że potężny głos Florence i ogromna paleta jej możliwości wokalnych nie stanowią kwestii dyskusyjnej. Jednak z powodu tego, że na tle nie zawsze wyróżniających się melodii debiutu nie wywoływały one gęsiej skórki, stawiałem ją w mojej własnej hierarchii w rzędzie z jednosezonowymi gwiazdami.

„Ceremonials” to dowód na istnienie czegoś takiego jak nawrócenie się słuchacza. Tego właśnie doznałem już przy „Only If For A Night” – chyba najlepszym płytowym openerze jaki dane mi było usłyszeć od nie-pamiętam-kiedy. Zawsze wyznawałem zasadę, że pierwszy utwór na albumie powinien ustawiać jego poziom i stanowić coś w rodzaju kopniaka wyważającego zabite deskami drzwi do ośrodka emocjonalnego odbiorcy. Wspomniany kawałek spełnia tę rolę z nawiązką i przyznam, że przez ostatnie kilka tygodni był niemiłosiernie molestowany przez przycisk ‘repeat’ w mojej empetrójce. Przy takim „Shake It Out” czy „Never Let Me Go” w końcu słyszymy u Florence cudownie zaaranżowane, inspirowane klasykami bezbłędne konstrukcje dźwiękowe (Kate Bush, wiadomo), gdzie każda kolejna melodia jest niczym wypełniony na lekcji przez kolegę-kujona test, na którym wystarczy się tylko podpisać, aby przypieczętować sukces. Mam wrażenie, że nie po(d)pisując się nawet wyraźnie swoim głosem, Florence zostałaby zarzucona masą oklasków za ten album. Jednakże nie poszła na łatwiznę i z każdej wyśpiewanej sylaby stworzyła małe dzieło sztuki istniejące na własnych zasadach. Teraz pozostaje tylko prosić Opatrzność o koncert w Polsce. Stawiam na Opener’a 2012. Zapamiętajcie moje proroctwo.

Miejsce 2.: Real Estate – „Days”

W roku naznaczonym masą wyjątkowo marnych albumów, wychwalanych notabene przez dawno temu upadły autorytet serwisu Pitchfork (i nie mam tu na myśli eksperymentu pod nazwą „Metallica wbija ze swoim mięsem na wegetariańskiego grilla do Lou Reeda”), nic tak nie przywraca wiary w muzykę, jak fundamentalny dla mnie brak spiny w popowych melodiach wylewających się powoli z głośników przy odtwarzaniu krążka „Days”. Prosta w swojej formie i radosna twórczość kapeli z New Jersey zostawia w tyle większość tegorocznych wydawnictw, w niemałej ilości przypudrowanych na etapie produkcji lekko ambientową i modną obecnie warstwą dźwiękową, mającą chyba służyć głównie przykrywaniu braków w sztuce songwritingu. Zresztą co mogę więcej dodać, gdy już moje zdanie na temat płyty „Days” znacie? A ci, którzy słyszeli o albumie, ale jeszcze nie mieli przyjemności obcowania z nim i wahają się czy sięgnąć po niego – zapraszam tutaj.

And the winner is…

Kurt Vile – „Smoke Ring for My Halo”

Wiosna. Fatalny czas. Ciągle w biegu. Siedzący na plecach złośliwy troll stale przypomina o zbliżającym się powoli końcu edukacji uniwersyteckiej, oznaczającym tak odpychany przeze mnie moment wejścia w dorosłość. Do tego niezdecydowanie i niepewność, które powodują rzucanie się w wir bezsensownych zajęć. I nagle pojawia się ktoś taki jak Kurt Vile. Tylko on i gitara (no dobra, jest też zespół, ale zasadnicza treść zawiera się w tej dwustronnej intymnej relacji akustyka i jednego człowieka). To wystarczyło, żeby wyrwać mnie z letargu i codziennej monotonii, oraz żeby spojrzeć w lustro i zadać sobie pytanie „co ja, do cholery, wyprawiam?”. W gruncie rzeczy to sam Kurt powiedział mi wprost prawdę o mnie, którą, wydawało się, wspólnie dzieliliśmy wtedy w marcu 2011. I don’t wanna change, but I don’t wanna stay the same/I don’t wanna go, but I’m runnin’/I don’t wanna work, but I don’t wanna sit around/All day frownin’, wycedza obojętnym głosem Kurt w „Peeping Tomboy”. Takie właśnie introspekcje wypełniają szczelnie cały album. Motyw marazmu i braku entuzjazmu pojawia się zresztą jeszcze m.in. w zamykającym album, monumentalnym za sprawą bębnów „Ghost Town”.

Przy pierwszym kontakcie z tą muzyką pomyślałem: jak to się stało, że ktoś poznał moje własne, niewypowiedziane myśli i potrafił je tak trafnie wyartykułować przy akompaniamencie skromnych, akustycznych melodii, przywodzących na myśl twórczość niejakiego R. Zimmermana? Słuchając Kurta „śpiewającego” w „Jesus Fever” o tym, jak ciągnący się za nami cień nieuniknionej śmierci czyni nas w zasadzie martwymi już za życia, czułem, iż nic nie jest już takie jak wcześniej. Kunszt wykonawczy tego gościa, zwłaszcza jego fingerpicking w „Baby’s Arms” czy przede wszystkim genialnym, niezwykle przestrzennie brzmiącym „Runner Ups”, przygniata mnie do dziś swoją precyzją i wyczuciem. Dodatkowo jakby dumą napawa nieodparte wrażenie uniwersalności tego dzieła, które nawet bez wzbogacających klimat płyty reverbów kopałoby po twarzy swoją bezpośredniością przekazu. Przyznaję, że w tym roku wielokrotnie, konsekwentnie i bez skrupułów przez kilka miesięcy katowałem ten album. Nie sądzę jednak, aby jego autor miał coś przeciwko. Wygląda na to, że Philadelphia (rodzinne miasto artysty) po tak długim czasie, od kiedy jedna z inspiracji Kurta Vile’a, czyli Bruce Springsteen, opowiadał melancholijnie o jej ulicach, znowu może być na ustach muzycznego świata. I to na długo.

Do siego!