Skandynawskie łowy

Są w historii kinematografii gatunki, które lata świetności mają już dawno za sobą, a próby ich wskrzeszenia kończą się krótkim okresem ponownej popularności i drugą śmiercią – tak było choćby z musicalem czy westernem. Są też gatunki trwające „od zawsze”: przez lata wytworzyły swoje kolejne odmiany, dostosowując się do nowych czasów, czy wchodząc w mariaże z przeróżnymi konwencjami. W konkurencji długowieczności bez wątpienia prym wiedzie (obok komedii) horror.

Horror radzi sobie dobrze – można mieć wątpliwości co do sukcesów artystycznych, ale finansowo-frekwencyjne sukcesy są zatrważające. Miliony widzów pędzi do kin, by napatrzeć się wampiry, zombie, nawiedzone domy czy psychopatycznych morderców z piłami mechanicznymi. Jednym z ostatnich powiewów świeżości w kinie grozy był amatorski Blair Witch Project (1999) Daniela Myricka i Eduardo Sáncheza. Fabuły i formuły nie trzeba chyba nikomu przedstawiać: grupa przyjaciół wybiera się do lasu w poszukiwaniu tytułowej wiedźmy Blair. Swoją wyprawę rejestrują własnymi kamerami i z takiej też perspektywy poznajemy całą fabułę. Ważniejsza niż fabuła jest jednak otoczka filmu: utrzymywano, że taśmy są autentyczne i odkrywają tajemnicę faktycznie zaginionych osób.

Konwencja spopularyzowana przez Blair Witch Project (choć swoje korzenia mająca w pochodzącym z 1980 roku Cannibal Holocaust Ruggero Deodado) przed kilkoma laty przyniosła serię podobnych filmów, określanych wspólnym mianem found footage horror lub reality horror. I choć nikt już nie wierzy w „znalezione taśmy” i „prawdziwość” tych horrorów, a sam mikrogatunek zaczyna zjadać swój własny ogon, jego popularność trwa, czego dowodzi choćby trzecia część Paranormal Activity, goszcząca niedawno na ekranach kin.

Tymczasem norweski reżyser, André Øvredal wpadł na pomysł zrobienia z found footage horroru komedii. Trudno jego Łowcę trolli nazwać dziełem wybitnym, odkrywczym czy kierującym (pod)gatunek na nowe tory, jednak twórca proponuje coś, czego brakuje poprzednim horrorom spod szyldu reality – autoironiczny dystans i zabawę konwencją, traktowaną dotąd śmiertelnie serio. Øvredal nie zrobił prostej parodii – odpowiednio dawkuje śmiech i strach, niczym Sam Raimi w Martwym złu i jego kontynuacji.

Grupa studentów odkrywa, że norweski rząd trzyma w tajemnicy przed światem fakt, że w skandynawskim kraju żyją jeszcze trolle. Istnieje tajna organizacja zajmująca się trzymaniem tych gigantycznych istot w lasach i tuszowaniem wszelkich przejawów ich istnienia. Studenci postanawiają śledzić jednego z łowców trolli, Hansa (Otto Jespersen), by odkryć przed Norwegami i całym światem wielki rządowy spisek.

Linie wysokiego napięcia to pastuchy, mające trzymać trolle w wyznaczonym miejscu, winą za szkody wyrządzone przez potwory obarcza się rosyjskie niedźwiedzie (importowane przez Polaka, który nie pyta, tylko działa). Trolle wrażliwe są na zapach… chrześcijan (interakcji z innymi religiami jeszcze nie przebadano), dlatego też wybierając się do norweskich lasów warto być ateistą w stu procentach przekonanym o swoich racjach (każdy nawrót wiary może być ryzykowny!).

Piętrzący się z minuty na minutę absurd nie przeszkadza w budowaniu napięcia, które w krytycznych momentach rozładowywane jest poprzez salwy śmiechu. Reżyser rezygnuje z typowego dla found footage horroru schematu, w którym wszyscy bohaterowie giną po kolei, by pozostawić po sobie tylko nagrany materiał wideo. Owszem, trupów nie zabraknie, André Øvredal sprawił jednak, że rozwój akcji jest nieprzewidywalny i zaskakujący.

Łowca trolli to idealny film do zbiorowego szaleństwa, czy to w kinie, czy w domu (jak już – miejmy nadzieję – ukaże się na DVD). Nie kamień milowy światowej kinematografii, ale świetna, bezpretensjonalna, choć specyficzna zabawa. Skandynawski humor, odrobina nordyckiej mitologii, szczypta kina grozy i autotematyzm jako wisienka na torcie. O ile nie jesteście uczuleni na żaden z tych składników, gwarantuję zadowolenie.

________________________________________________________________

„Łowca trolli” („Trolljegeren”)
Reż. André Øvredal
Norwegia 2010

Ocena: 4/5

 

 

 

Pawel Świerczek