Bo we mnie w każde Boże Narodzenie zamiast Pana Jezuska rodzi się diabełek

„Moje drzewko pomarańczowe” to spektakl Teatru Polskiego z Bielska-Białej, oparty na powieści Brazylijczyka José Mauro de Vasconceloso tym samym tytule. Choć wymierzony w młodego widza, poprzez wspólny każdemu temat – dzieciństwo – staje się kontuarem pełnym treści atrakcyjnych również dla dojrzałego odbiorcy.

foto: Tomasz Wójcik


Podczas spektaklu zauważyć można dwie przeważające reakcje: głośny śmiech – w odpowiedzi na dowcipne dialogi – oraz śmiech dzieciaków równoczesny przygnębiającemu milczeniu widzów dorosłych – w chwilach ocierania się akcji o dziecięcy dramat. Reżyser uwidocznił swój kunszt w budowaniu podwójnych den-znaczeń wypowiadanych kwestii.

W wydarzenia, w które zaraz mamy się zatopić, wprowadza nas elegancko ubrany mężczyzna, zapowiadając, że zaraz dane nam będzie poznać historię chłopca, który wie, czym jest cierpienie. Chwilę później rozpoznamy tego mężczyznę w postaci głównego bohatera – pięcioletniego Zeze, z opaską przewiązaną na czole po „apaczowemu”, krótkich harcerskich spodenkach i wysoko podciągniętych podkolanówkach.

Pomimo trudności, jakie przysporzyć może odgrywanie małego chłopca przez osobę dorosłą, Kuba Abrahamowicz po mistrzowsku wciela się w postać młodego urwisa. Przez mimikę, gesty, dzikie podskoki, przedrzeźnianie czy radosne podśpiewywanie pomaga widzom niezwykle prędko przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Wcielenie się dorosłego w postać chłopca to nie tylko zabieg logistyczny (długie partie materiału do zapamiętania, posługiwanie się kilkoma intonacjami), to także cicha narracja reżysera, podszeptująca nam prawdę – w każdym z nas, dużych, nadal tkwi dziecko, którym kiedyś byliśmy.

Na scenie „Mojego drzewka” wciąż ocierają się i nakładają na siebie dwa światy. Jeden – surowy – to rzeczywistość dorosłych, drugi – obfitujący w kolory – jest światem widzianym oczami dziecka. Scenografia urzeka pomysłowością, podwieszone na linach elementy dekoracji (stół, kram sprzedawcy, dach czy latarnia) zostają opuszczane lub podnoszone w zależności od potrzeb wymienionych wyżej światów. Rzeczywistość dorosłych reprezentowana jest przez surowy, ociosany stół, przy którym jednoczy się rodzina głównego bohatera: jego bezrobotny ojciec, ciężko pracująca matka, delikatna, lecz zmęczona swoją rolą (zastępuje rodzeństwu matkę) starsza siostra Gloria, egoistyczny starszy brat Totoca oraz niewiniątko – czyli młodszy brat – Luis.

Momenty wspólnych posiłków są zazwyczaj nużące i przykre dla całej rodziny, co może oddawać atmosferę duszącego, dorosłego życia. Jego atrybutem stają się również prześcieradła, które Zeze starannie przeobraża wedle prawideł swojego wieku w agresywne tygrysy lub inne potwory. W ten sposób wykrochmalony przedmiot ze świata dorosłych, „zabity” i podeptany przez młodego urwisa, staje się przyczynkiem dla niekończących się tyrad i gonitw, ale także klapsów czy naprawdę solidnego lania.

foto: Tomasz Wójcik

Wydawać by się mogło, że oto oglądamy typową opowieść o beztrosce młodości ganionej przez stateczną dorosłość. Jednak cierpienia głównego bohatera, który w odpowiedzi na wieczne obrywanie w skórę, nagany i krzyki reaguje autodestrukcyjnie, sprawiają, że zaczynamy pytać samych siebie: czy tu na pewno wszystko dobrze się dzieje?

Zagubienie i alienacja Zeze każe mu zamknąć się na kontakty z innymi, a otwiera przed nim zakamarki własnego wnętrza. Drzewko pomarańczowe, odnalezione w ogrodzie, staje się jego jedynym przyjacielem, któremu zwierzyć się może ze swoich fantazji nieakceptowanych przez ludzi i nieodpowiednich dla ich uszu. Owa walka dwóch światów: dzieciństwa i dorosłości, odnajdzie kompromis dopiero w postaci Portugala, nonszalanckiego taksówkarza, który pomoże chłopcu zestawić ze sobą te dwie rzeczywistości i być może odnaleźć konsensus.

foto: Tomasz Wójcik

Dorosłym aktorom towarzyszą na scenie młodzi, wytypowani w castingu do tych ról. Zabieg ten wprowadza świeży powiew w sztukę i nadaje jej realizmu. Młodzi aktorzy – Kinga Pruska, Jakub Ryszka, Filip Górski zamiennie z Arturem Wasilewskim – grają jeszcze troszkę niepewnie, co wzmacnia wrażenie stłamszenia dziecięcego żywiołu obecnego w sztuce. Prawdziwej hekatombie energii – zawadiackiemu Zeze – towarzyszy błyskotliwe przeobrażenie scenografii.

Wspomniane podwieszane przedmioty wyłaniają się i znikają za klaśnięciem jego dłoni, prześcieradła mienią się obrazami z wyobraźni (rzutnik), przemieniają w widziane z okien taksówki scenerie czy ekran osiedlowego kina. Skromne dekoracje, które odpowiadać mają ubogiej, szarej rzeczywistości tej rodziny, pięknieją pod wpływem niesamowitej, dziecięcej wyobraźni. Scenografia Bartosza Skoczkowskiego to majstersztyk pomysłowości.

„Moje drzewko pomarańczowe” jest sztuką przeobrażeń. Wskazuje metamorfozy spotykające każdego na jego ziemskiej drodze: przejścia związane z dorastaniem, zmiany wynikające z przeniesienia uwagi ze świata wewnętrznego na zewnętrzny i odwrotnie. Jednak spektakl nie jest typowym moralitetem, który rozbija rzeczywistość na dobra i złą, słuszną i niesłuszną. Nie skłania do refleksji na temat przemijania i przypisanego mu przymusu nabierania zdrowego rozsądku. Zeze przypomina momentami Piotrusia Pana, który prowokuje szary, smutny świat do jakiejkolwiek reakcji na swoje psikusy i figle.

Dopóki nie znajdzie się tu choć trochę zrozumienia i akceptacji dla tej kolorowej energii, dopóty światy te ścierać się będą ze sobą prawdziwie boleśnie. Mały Zeze nosić w sobie będzie przeświadczenie o swoim złu, krzycząc z wiarą we własne słowa: „bo we mnie na każde Boże Narodzenie zamiast Pana Jezuska rodzi się diabełek!”, a trwała konstrukcja pogrążonej w realnym, szarym świecie rodziny skazana zostanie na jego psikusy i nieokiełznane wyznania: „Jakie to straszne mieć ojca, który nie ma pieniędzy!”. Które przecież też ranią. Nicią łączącą skrajne obrazy staje się czułość i uwaga, które pojawiają się na scenie wraz z postacią Portugala. I to one, w miejsce odwiecznej wojny pomiędzy dwiema, skrajne różnymi wizjami świata, wprowadzają pokój.

foto: Tomasz Wójcik

Zabiegi reżysera (Robert Talarczyk) i scenografa (Bartosz Skoczkowski), czyli zawarcie na jednej scenie i w postaci jednego, dorosłego aktora dwóch rzeczywistości – dzieciństwa i dorosłości – przypomnieć nam mają, że tak naprawdę sfery te przenikają się nieustannie, a prawdziwą sztuką wcale nie jest walka o jedną i prawdziwą wizję świata, ale pogodzenie ze sobą różnych, skrajnych, wołających głosów.

Usłyszeć szept małego dziecka, zdesperowanego rodzica czy nawet małego drzewka to zadanie dla każdej postaci, ale też dla nas, odbiorców. Słuchanie to objaw miłości. Bo, jak to mówi nasz nieokiełznany, ale niezwykle mądry mały bohater: „Zabijać można powoli, odbierając miłość. Gdy kogoś przestajesz kochać, on powoli zaczyna umierać”.

Moje drzewko pomarańczowe”

Autor: Jose Mauro de Vasconcelos
Tłumaczenie: Teresa Tomczyńska
Adaptacja i reżyseria: Robert Talarczyk
Scenografia: Bartosz Skoczkowski
Kostiumy: Barbara Malinka
Muzyka: Jiri Toufar

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Brak komentarzy

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.