Real Estate – „Days”
Mieliście kiepski dzień w pracy? Jakiś bezpański pies ujada cały dzień za oknem? Wracacie do domu, a tam czeka na was zezłoszczony partner/partnerka/ojciec/matka/obrażony na brak pokarmu w misce kot (niepotrzebne skreślić)? W telewizji zamiast ulubionego programu puszczają obrady Sejmu? W takich momentach chce się po prostu rzucić wszystkim w cholerę, wyłączyć na chwilę klikające neurony i ukoić czymś udręczony umysł. Nie wiecie, jak to zrobić? Mam dla was propozycję.
Odpalcie sobie płytę „Days” zespołu Real Estate. Tylko tyle. Nic więcej. Zaufajcie mi. Potraktujcie jej odsłuch jako kurację. Lub też jako chwilowe wakacje. Niech panowie z New Jersey przeistoczą się na te kilkadziesiąt minut w terapeutów lub, jak kto woli, można sobie wyobrazić w ich miejsce gorące brazylijskie tancerki lub tancerzy z instrumentami. W każdym bądź razie, leniwa muzyka wspomnianego zespołu stanowi najlepszy dowód na to, że brak spięcia, silenia się na oryginalność w tworzeniu muzyki, które są wyczuwalne już po sekundach od rozpoczęcia utworu „Easy” (cóż za trafność tytułu!) otwierającego najnowszy, drugi album Real Estate, często stanowią najlepszą drogę do wykreowania czegoś, co każdy ze szczerą radością i z otwartymi uszami przywita. Ta muzyka z pewnością nie podzieli krytyków i zwolenników konkretnych „szufladek” muzycznych. Dlaczego? Jest po prostu dobra. Dobra na każdą pogodę. Na każdą chwilę. Na zimę (zwłaszcza tę polską), bo może złagodzić deprechę związaną z widoczną za oknem pluchą. Na słoneczne lato, bo jak żadna inna stanowi idealny soundtrack do beztroskich dni spędzonych na wygrzewaniu tyłka i drapaniu się po nim. Jest dobra do wysłuchania jej z ukochaną osobą. Do słuchania w samotności. Do pichcenia ciasta. Do prasowania. Do łapania motyli. Do wszystkiego.
Cała te dziesiątka nieskomplikowanych i łatwych w odbiorze piosenek filtruje bez pośpiechu umysł oczyszczając go z wszystkich zbędnych i negatywnych osadów nagromadzonych w ciągu ostatnich dni. Trącenia w struny gitar są wykonywane tutaj jakby od niechcenia, a wokale muzyków, niezależnie od optymistycznej treści tekstów, przekazują subtelnie do podświadomości prostą informację: „Wyluzuj, daj sobie chwilę pobłażliwości. Nic nie musisz”. Niesamowita zwiewność następcy równie przyjaznego dla naszego organizmu, ale mniej spójnego w warstwie melodyjnej debiutanckiego self-titled z roku 2009, przypomina tę samą lekkość albumów chicagowskiego The Sea & Cake po odjęciu jazzowego pierwiastka. Nie zdziwiłbym się zresztą, gdyby członkowie Real Estate przed popełnieniem najnowszej płyty uraczyli się rytualnym wysłuchaniem „Oui” autorstwa wspomnianego bandu.
Ktoś może zarzucić temu albumowi brak pewnych cech, które posiadają wyróżniające się i ważne dzieła. Mam tu na myśli pewną innowacyjność czy też silną „zapadalność w pamięci”. Ale, do diabła, czy panowie z Real Estate w ogóle kiedykolwiek kandydowali do przemarszu przez czerwony dywan muzycznego pałacu, zwieńczonego uroczystym ukoronowaniem? Nieuzasadnionym byłoby oceniać tę płytę w jakimkolwiek innym kontekście jak tylko dawania czystej, niczym nie skrępowanej radości ze słuchania. Obcując z muzyką na „Days”, najzwyczajniej w świecie można również poczuć, że mamy do czynienia z produktem ubocznym tego, iż kwintet muzyków pochodzących z miasteczka Ridgewood w stanie New Jersey miał po prostu dobry dzień podczas nagrywania tego albumu. Usłyszycie to też w takich szczególnych momentach jak choćby ciepłe pulsowanie basu w „Out of Tune” czy w zahaczającym o beatlesowską nutę „Municipality”.
W czasach, gdy coraz trudniej o chwilę wytchnienia, fajnie jest przybić piątkę ludziom, którzy starają się przekonać nas, abyśmy potrafili od czasu do czasu wrzucić na luz. Najlepiej zresztą będzie jeśli oddamy głos jednemu ze sprawców całego zamieszania, Martinowi Courtneyowi: „If it takes all summer long/ Just to write one simple song/ There’s too much to focus on/ Clearly there is something wrong.” Warto sobie wziąć do serca te słowa. A muzyka na płycie „Days” już samodzielnie postara się o to, by mimowolnie do niego trafić.
Real Estate – „Days”; Domino, 2011
Ocena Reflektora (1-5):
![]()






Faktycznie przyjemna to płyta. Bardzo miło się jej słucha zwłaszcza dzisiaj, w taką pogodę…
[...] W roku naznaczonym masą wyjątkowo marnych albumów, wychwalanych notabene przez dawno temu upadły autorytet serwisu Pitchfork (i nie mam tu na myśli eksperymentu pod nazwą „Metallica wbija ze swoim mięsem na wegetariańskiego grilla do Lou Reeda”), nic tak nie przywraca wiary w muzykę, jak fundamentalny dla mnie brak spiny w popowych melodiach wylewających się powoli z głośników przy odtwarzaniu krążka „Days”. Prosta w swojej formie i radosna twórczość kapeli z New Jersey zostawia w tyle większość tegorocznych wydawnictw, w niemałej ilości przypudrowanych na etapie produkcji lekko ambientową i modną obecnie warstwą dźwiękową, mającą chyba służyć głównie przykrywaniu braków w sztuce songwritingu. Zresztą co mogę więcej dodać, gdy już moje zdanie na temat płyty „Days” znacie? A ci, którzy słyszeli o albumie, ale jeszcze nie mieli przyjemności obcowania z nim i wahają się czy sięgnąć po niego – zapraszam tutaj. [...]