Opowieści z dołu, czyli ile górnika w górniku II
W latach 60. ubiegłego wieku śląskie kopalnie przypominały bardziej te dziewiętnastowieczne i daleko im było do dzisiejszych, zautomatyzowanych i nowoczesnych. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu większość prac wykonywano ręcznie, nakładem siły męskich barków. Ludzi do pracy zawsze było za mało, bo rozwijająca się gospodarka potrzebowała wciąż więcej i więcej węgla. Dlatego też górnicy zatrudnieni w kopalniach pracowali praktycznie przez cały rok. Oczywiście o wolnych sobotach nie było mowy.
Wypadałoby zatem pozwolić zapracowanym mężczyznom na chwilę odpoczynku chociaż w niedziele. Nic z tych rzeczy. Komunistyczny ustrój państwa nie pozwalał na marnowanie tylu cennych godzin pracy. Zatem sześć razy do roku obowiązywała tzw. niedziela planowa, co oznaczało: plan jest taki, że musisz bez gadania przyjść do pracy. Często przed zjazdem odbywał się apel, na którym działacze partyjni tłumaczyli, dlaczego górnicy muszą tak ciężko pracować dla kraju.
W jedną z takich niedziel wytłumaczone to zostało działaniami Zachodu, na które komunistyczna Polska musiała w jakiś sposób odpowiedzieć. Działacz partyjny wyjaśnił to tak: „oni zrobili bombę atomową, a my im na to niedzielę planową”. Odwet zasłużony. Warto jeszcze wspomnieć, że niedzielom planowym towarzyszyły jeszcze niedziele… apelowe.
Dziadek pracował w kopalni jako elektryk. Pięćdziesiąt lat temu taka praca wyglądała jednak zupełnie inaczej niż można by się teraz tego spodziewać. Jednym z najtrudniejszych zadań elektryków było przeciąganie kabli – długich, ciężkich, mierzących nawet po kilkaset metrów. Górnicy ci musieli więc wykazywać się siłą, wytrwałością, odpornością fizyczną, a także psychiczną. Dlaczego psychiczną? Doświadczeni elektrycy mieli obowiązek dowiedzieć się, kogo biorą pod swoje skrzydła. Potrzebowali ludzi zaufanych, wytrwałych, umiejących wiele przetrwać. Dlatego też nowo przyjęci zawsze poddawani byli pewnemu testowi…
Przeciąganie kabla było ciężką pracą wykonywaną przez kilku mężczyzn, rozstawionych w odległościach paru metrów od siebie. Kabel trzymano na barkach i maszerowano z nim przez nierówne kopalniane chodniki, gdzie w najniższych miejscach zbierała się woda. Młody elektryk zawsze umieszczany był w środku korowodu. Na umówiony sygnał, gdy nowo przyjęty znalazł się w odpowiednim miejscu, mężczyźni z tyłu gwałtownie opuszczali kabel z ramion, a ci z przodu wykonywali mocne szarpnięcie. Efekt łatwo sobie wyobrazić. Biedny młody człowiek przemoczony był do suchej nitki. Jeżeli denerwował się na współtowarzyszy lub rozpaczał nad swoim losem, nie przechodził testu na odporność psychiczną. Jednak jeżeli nawet zdał go na ocenę pozytywną, to dopiero po roku zostawał samodzielnym elektrykiem.
Kopalnie w latach 60. funkcjonowały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Zasadniczą różnicą była technologia tworzenia i zabezpieczania ścian czy przekopów. Dawniej wykorzystywano do tego drewniane belki, dziś głównie stal. Drewno było podstawowym budulcem, podpierano nim przede wszystkim ściany. By dopasować belkę do wysokości ściany, należało odciąć drewniany klocek, który po szychcie wędrował wraz z górnikiem do domu, służąc przeważnie za podpałkę. W kopalniach utarło się nawet powiedzenie: „szychta – klocek”. Pewnego razu w jednej ze śląskich kopalń zatrudniono nowego stróża, który kontrolował górników przy opuszczaniu kopalni. Widząc pracownika wynoszącego wielki klocek drewna, zaniepokoił się. Mężczyzna wyjaśnił, że robi tak codziennie.
– Ile lat tu pracujesz? – zapytał stróż.
– Prawie trzydzieści – odpowiedział górnik.
Po zajmujących chwilę obliczeniach stwierdził:
– W takim razi wyniosłeś już cały wagon drewna!
W efekcie stróż napisał donos na górnika skierowany prosto do dyrektora kopalni. Wezwany na dywanik górnik musiał się zatem wytłumaczyć z popełnionej zbrodni.
– Ukradłeś cały wagon drewna? – krzyknął dyrektor.
– Na to wygląda.
Dyrektor zmarszczył czoło i zapytał:
– A nie mogłeś po prostu zabierać klocka po każdej szychcie?
————————————————-
>> Czytaj także pierwszą część „Opowieści z dołu”: http://www.rozswietlamykulture.pl/reflektor/2011/12/02/opowiesci-z-dolu-czyli-ile-gornika-w-gorniku/







Z tymi niedzielami to teraz jest tak, że niektórzy górnicy wręcz biją się, żeby wtedy pracować. Tak samo soboty, więc wydaje mi się, ze ustrój kapitalistyczny jakoś wybitnie nie poprawił sytuacji pod tym względem. Poza tym pojawiły się inne problemy, pewnie większość nie wie jak trudno teraz np ustalić wypadek przy pracy i uzyskać coś z tego tytułu. Nawet jak jest ewidentny wypadek, to kopalnia go zazwyczaj nie uznaje i sprawa trafia do sądu pracy, bo kopalnia stwierdza, ze zdarzenie nie miało związku z pracą. Co jest bardzo dziwne, jeśli zdarzenie polega na tym, że górnik na dole się np poślizgnął i coś sobie złamał. Hmm taka ogólna refleksja :P