Zarażanie podróżą na Festiwalu Slajdów Podróżniczych w Katowicach

Istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej – pisał Ryszard Kapuściński w Podróżach z Herodotem. Potwierdzenia tych słów szukaliśmy na Festiwalu Slajdów Podróżniczych, który odbył się w listopadowy weekend w Katowicach. O festiwalu i podróżach z organizatorem, Marcinem Franke, i uczestnikiem, Szymonem Koziołem, rozmawiała Justyna Dziembała.

(fot. Rafał Budniok)

JD: Skąd w ogóle pomysł na organizację takiego Festiwalu?

MF: W czasach studenckich jeździłem razem ze znajomymi na imprezy podróżnicze w całej Polsce. W pewnym momencie powiedzieliśmy sobie, że powinniśmy zrobić coś takiego u nas w Katowicach. Pierwszy festiwal zorganizowaliśmy wiosną 2003 roku. Można było na nim zobaczyć filmy, slajdy i posłuchać relacji z podróży po całym świecie. Natomiast od jesieni 2006 roku rozszerzyliśmy naszą działalność o festiwal organizowany także jesienią. Wtedy skupiamy się na jednym konkretnym kontynencie. Od tego czasu podtrzymujemy tradycję, organizując 2 edycje festiwalu w ciągu roku: wiosenną o podróżach po całym świecie i jesienną o wyprawach na jednym kontynencie.

JD: Co daje nam Festiwal?

MF: Festiwal jest doskonałą okazją do wymiany doświadczeń nie tylko pomiędzy podróżnikami, ale także słuchaczami. Tutaj możemy znaleźć inspiracje do kolejnych podróży, kompanów do przyszłej wyprawy. Albo możemy po prostu pochwalić się swoimi dokonaniami i zarażać innych swoją pasją i energią.

JD: A co  dla was jest najważniejsze w podróżach?

MF: Przede wszystkim podróżuję autostopem, dlatego też najważniejsza jest przygoda i moc niespodzianek, które spotykam na swojej drodze. Poza tym satysfakcja i poznanie drugiego człowieka.
SK: Podróżowanie na rowerze to wyzwanie. Krąży we mnie ciągle niespełniona chęć zdobywania wciąż nowych celów. I choć rower jest do tego wspaniałym narzędziem, staram się „nie spinać”. Gdy przede mną stoi góra, to staram się wjeżdżać na nią spokojnie, żeby się nie zmęczyć. W końcu następnego dnia może przed oczami pojawić się jeszcze wyższa góra. Podróżuję też, żeby poznać miejsca i ludzi, ich kulturę i historię. Podróżuję, bo wtedy czuję się wolny i spełniony.

JD: Szymon, twoja prezentacja nosiła tytuł „Bałkańska przygoda na dwóch kołach”, ale podczas relacji mówiłeś o ośmiu. Dlaczego?

SK: Rower to wspaniała forma zjeżdżania świata. Można zobaczyć wiele pięknych miejsc, bliżej poznać ludzi, niektóre miejsca zwiedzić dokładniej. W podróży samochodem to niemożliwe. Choć można zjechać wiele, nie można w kółko skupiać się na widokach. Chcieliśmy też coś osiągnąć, sprawdzić samych siebie. Choć oficjalnie tytuł prelekcji brzmiał: „Bałkany na dwóch kołach”, to nie byłoby tej prezentacji, gdyby nie moi trzej kompani. Razem w czwórkę podróżowaliśmy więc na ośmiu kołach.

JD: Dlaczego wybrałeś akurat Bałkany?

SK: Bałkany wybraliśmy nieprzypadkowo. Nauczyliśmy się już wcześniej, że Zachodnia Europa jest trochę inna, bardziej zamknięta w domach, że ciężko znaleźć nocleg u ludzi w ogrodzie i że sklepy zamyka się o 18. Natomiast l udzie z Półwyspu Bałkańskiego są bardzo otwarci i gościnni, praktycznie nie mieliśmy problemu z nawiązaniem kontaktu czy ze znalezieniem noclegu. Nie bez znaczenia były też kwestie finansowe – dużo łatwiej podróżuje się po krajach tańszych, gdzie człowiek nie musi wszystkiego przeliczać „na nasze”. Najważniejszym aspektem była chyba jednak kultura krajów bałkańskich oraz fakt, że są tam miejsca, które za kilka dobrych lat mogą wyglądać już zupełnie inaczej. Na Zachodzie tego nie ma. Ważne były też doświadczenia wojenne, o nich czytaliśmy chyba najwięcej.

JD: Jak wyglądały przygotowania do trasy?

SK: Wbrew pozorom nie były wyczynowe. Żadne z nas nie chodziło na siłownię, nie dbało o superlinię ani nie spędzało całych dni na studiowaniu języka. Do sprawy podeszliśmy z odpowiednim luzem, starając się jednak nie zapominać o ważnych dla wyprawy sprawach. Testowaliśmy sprzęt, dokształcaliśmy się w drobnym serwisie, staraliśmy się jednak myśleć o przygodzie, która nas czeka. Wiadomo, że wzięcie za ciasnych butów rowerowych mogło być na dłuższą metę katastrofalne w skutkach, ale o sprawach podstawowych pomyśleliśmy odpowiednio wcześnie. Pozostało jedynie ustalić wstępny plan: startujemy z Węgier, jedziemy do stolic Serbii, Kosowa, Macedonii, Albanii, Czarnogóry oraz Bośni i Hercegowiny. Dlatego że cała filozofia wyprawy rowerowej mieści się nie w nogach kolarza, ale w głowie podróżnika. Przemierzając nieznane tereny na swoim dwukołowym rumaku, czujesz wolność. Nie można ustalić miejsc noclegu wcześniej. Przez cały ten czas trzeba mierzyć się z własnymi ułomnościami, słabościami, więc wystarczyłby jeden drobny poślizg czasowy i już posypałyby się wszystkie noclegi. Dlatego zasada była prosta: wsiadamy na rowery rano, schodzimy wieczorem, ale jedziemy tyle, ile nam się chce, i tyle, by mieć siły następnego dnia powtórzyć te czynności.

JD: Co było dla ciebie w tej wyprawie najtrudniejsze?

SK: Najtrudniejsze były podjazdy, niektóre naprawdę długie, zajmujące cały dzień jazdy 6 km/h, co z obciążeniem nie było najłatwiejszym wyzwaniem, ale ważna była taktyka i podejście do góry z szacunkiem. Największym kłopotem okazała się pęknięta przerzutka w rowerze Mateusza, która skutecznie uniemożliwiła nam dojazd do Sarajewa. Jednak najczęstszym problemem były pękające szprychy w moim rowerze. Na całej trasie wymieniłem ich prawie 10. Warto dodać, że wymiana jednej takiej szprychy wiąże się z dużym przestojem i komplikacjami w postaci obciążenia kolejnych.

JD: Czy mieliście wystarczająco dużo czasu, aby poznać bałkańską kulturę, język, historię, zabytki?

SK: Bałkańską kulturę poznaliśmy dość dobrze. Z językami słowiańskimi nie było problemów, w pewnym momencie porozumiewanie się szło nam bez najmniejszego problemu, gorzej było z językiem albańskim. Jacek z Mateuszem natomiast nauczyli się cyrylicy. O historii dużo można by mówić, bo Bałkany mają to do siebie, że co człowiek, to inny materiał na książkę. Staraliśmy się jednak wysłuchać wszystkich stron konfliktów bałkańskich, żeby móc obiektywnie podejść do problemu. Co do zabytków, to pojawia się problem. Niestety z całym rowerem i bagażem ciężko jest wchodzić do muzeów czy też coś zwiedzać. Nawet nieplanowany postój na superujęcie zdjęcia jest męczący, dlatego poza tymi dniami, kiedy zwiedzaliśmy pieszo stare miasta, nie zobaczyliśmy zbyt wielu zabytków.

JD: Mieszkaliście także u zwykłych ludzi. Czy zaliczyliście jakieś wpadki kulturowe?

SK: Opowiem o dwóch największych. Pierwszą przeżyliśmy w Serbii, gdzie z samego rana przez naszych gospodarzy zostaliśmy poczęstowani 60-procentową rakiją „na rozgrzanie”. Jacek wypił ją na raz, czym wzbudził olbrzymie zdziwienie tubylców (rakiję pije się jak likier). Drugą w Kosowie, gdy pierwszy raz mieliśmy do czynienia z muzułmanami: matka rodziny przyszła przywitać się z Kamilą, ja w pierwszej chwili również wyciągnąłem do niej rękę, czym kobieta nie była zainteresowana. Na szczęście jej mąż tego nie widział.

JD: W takim razie, jak w tej części Europy są postrzegani Polacy?

SK: Najbardziej podobało nam się podejście Macedończyków: „Polska… to ten kraj koło Niemiec. Mógłbym mieszkać w Polsce, skoro żyje się tam tak dobrze jak w Niemczech”. I naprawdę nie wiemy, skąd u nich to podejście. Myślę jednak, że w wiosce, w której bezrobocie wynosi 98%, kraj taki jak Polska rzeczywiście może być postrzegany jako raj. Serbom natomiast nie przeszkadzało to, że uznaliśmy suwerenność Kosowa. Wszyscy byli do nas bardzo pozytywnie nastawieni.

JD: Jak zaczęła się twoja historia z podróżowaniem na dwóch kółkach?

SK: Pomysł zrodził się podczas jednej przejażdżki po okolicy wraz z dwoma znajomymi. Każdy z nas po cichu myślał o zwiedzeniu jakiejś dalszej okolicy w ten sposób, najlepiej za granicą. I wtedy przypadkiem mój przyjaciel Jacek trafił na informacje o trasie rowerowej Kraków-Wiedeń, powiedział nam o tym i wszyscy stwierdziliśmy, że byłby to super pomysł. Potem zastanawialiśmy się nad trasą, nad celem, po drodze zaliczyliśmy dwudniową wycieczkę za Czeską granicę i z powrotem, żeby sprawdzić, jak to wygląda, gdy trzeba poszukać miejsca pod namiot, umyć się w jeziorze i przygotować posiłek w polowych warunkach. Pierwsza poważna wyprawa rowerowa odbyła się w zeszłym roku w lipcu. Pięcioosobową grupą pojechaliśmy rowerami z Gliwic przez Morawy, Wiedeń i Bratysławę, aż do Budapesztu. Całość zajęła nam 10 dni i choć nie był to jakiś niesamowity wyczyn, wróciliśmy do domu z podniesionymi głowami i wiedzieliśmy już, że nie będzie to nasza ostatnia wyprawa. Tegoroczna podróż trwała już 22 dni i zrobiliśmy około 1600 km.

JD: Co będzie następnym celem twoich podróży?

SK: Wszystko zależy od sytuacji, ale jeśli sprawy potoczą się pomyślnie, chciałbym dojechać z Gliwic przez Istambuł do Syrii, Libanu i Jordanii. Rozważam również ofertę dwuletniej podróży z Katowic dookoła Afryki, choć to wymagałoby większego wkładu finansowego. Nie wykluczam jednak, że tak się nie stanie. No i oczywiście kiedyś obowiązkowo Nordkapp, w końcu to mekka rowerzystów.

JD: Zapewne ktoś jest dla ciebie inspiracją w podróżowaniu…

SK: Przede wszystkim nieżyjąca już Kinga Choszcz oraz kilku innych, takich jak Mietek Bieniek (znany jako „Hajer”) czy Robb Maciąg.

JD: Dokąd lubisz wracać? Które miejsce jest dla ciebie najistotniejsze?

SK: Lubię wracać na Śląsk. To tutaj się urodziłem i wychowałem. W każdą dalszą podróż rowerową staram się jechać pod śląską flagą, żeby pokazać, skąd jestem. Myśl o tym, że mogę tu wrócić, sprawia, że mam siłę, by jechać dalej.

————————————————————-
Festiwal Slajdów Podróżniczych „Kontynenty- Europa” odbył się w Katowicach 25-28 listopada 2011 r.