Ars Cameralis: M83 (27 listopada) i Stephen Malkmus and the Jicks (28 listopada) w Katowicach

Każdemu chyba koncertoholikowi zdarza się bywać w klubach, których klimat lub nazwa zdają się na tyle adekwatne do odbywającego się w nim właśnie i doświadczanego koncertu, że nie sposób nie odnaleźć później w szufladkach pamięci, gdzie owo muzyczne wydarzenie miało miejsce. Katowicka Hipnoza jest w tym kontekście miejscem szczególnym, gdyż właśnie z nią wiążą się najbardziej ekscytujące wspomnienia wielu entuzjastów muzyki z – rzecz jasna – hipnotyzujących koncertów na Śląsku. Jednakże na przestrzeni ostatniego weekendu listopada i następującego po nim poniedziałku, kończącego muzyczną część tegorocznego Festiwalu Ars Cameralis, magia nazwy tego klubu zadziała w dwojaki i dosyć dziwny sposób.

Pierwszy z finalnych koncertów, czyli mocno nagłośniony występ francuskiego M83, zdecydowanie widniał we wszelakich prasowych materiałach jako to „największe festiwalowe wydarzenie”. O doniosłym znaczeniu tego punktu programu świadczyła ogromna frekwencja uczestników oraz skrupulatność kontroli biletów i akredytacji prasowych. Wtedy to po raz pierwszy i jedyny w trakcie listopadowej imprezy poproszono mnie o podanie mojego nazwiska na liście akredytowanych i przybito nie-wiem-komu-potrzebną pieczątkę na prawy nadgarstek, tak jakby plastikowa zawieszka z danymi osobowymi na mojej szyi nie miała żadnej wartości.

Najistotniejsza, czyli muzyczna, część tego wieczoru podszyta została rzadko spotykanym koncertowym paradoksem, który objawił się pod postacią młodego polskiego DJ-a, Dominika Gawrońskiego, zabawiającego (a może raczej usypiającego) publiczność przez praktycznie taką samą ilość czasu jak gwiazda wieczoru. Ten osobliwy przypadek sprawił, że Anthony Gonzalez, wraz z trzyosobową ekipą, wkroczył na scenę na jakiś kwadrans przed ciszą nocną. Na początku występu M83 upchnięto trochę pajacowania z kostiumem obrzydliwego stworzenia z okładki singla „Midnight City” (w roli głównej jedyna kobieta na scenie – Morgan Kibby). Gdy muzycy znaleźli się już przy instrumentach, oprócz delikatnej stęchlizny ulatniającej się z parkietu klubowego, zapachniało dosyć intensywnie patosem przy rozpoczynającym set „Intro” – pierwszym utworze z tegorocznego albumu „Hurry Up, We’re Dreaming”. O ile niemrawy i przesycony wysoki tonami wokalu Gonzaleza początek raczej nie zapowiadał obiecującego występu, o tyle następująca po nim muzyczna apoteoza młodości, czyli nostalgiczne „Kim & Jessie” z „Saturdays=Youth”, narobiło mi niezłego smaka na ten wieczór.

I w tym właśnie momencie Francuzi zaczęli pokazywać nam, że umiejętności budowania napięcia podczas występów live i hipnotyzowania ludzi dźwiękami uczyli się chyba od jakiegoś taniego hochsztaplera. Nie pamiętam kompletnie następnych kilku utworów (Bogu dzięki za wrzuconą  do sieci setlistę), a ze stanu półsnu wybudziło mnie dopiero wykonanie przebojowego „Midnight City” z ostatniej płyty, która zdominowała niedzielny wieczór w Hipnozie. Oprócz akustycznego w oryginale „Wait”, imponująco przearanżowanego na klawiszową wersję nietracącą niczego ze swojej albumowej delikatności i subtelności, wspomniany singiel był jedynym utworem z „Hurry Up…”, który wywołał we mnie emocje inne niż zobojętnienie. Sprawdziło się moje przekonanie, że najnowszy album, będący artystycznym krokiem wstecz i bazujący na oklepanych patentach znanych z poprzednich wydawnictw M83, nie prezentuje się na żywo bardziej okazale niż w wersji płytowej. Zostało to zresztą poparte komentarzami ludzi stojących za mną („Jest ok, ale dupy nie urywa”).

Co ciekawe, podczas koncertu M83 najbardziej zapadło mi w pamięć brzmienie przypominające gęstą zupę, której strawienie chwilami nadawało mojej twarzy wyraz małego dziecka, zmuszanego przez mamę do jedzenia jakiegoś paskudztwa. Dream-popowe, eightiesowe dźwięki dobiegające ze wzmacniaczy dusiły się w ścianach katowickiego klubu. Oczywiste było jednak, że przy takim ich natężeniu produkowanym przez atakujące uszy syntezatory wymieszane z rozmytą gitarą i basem, wyglądało to na konieczny zabieg ze strony technicznych. Ten sposób dostosowania brzmienia do warunków tego niewielkiego przecież miejsca był chyba czymś nieuniknionym. Niemniej jednak, taka lokalizacja koncertu zadziałała, w moim odczuciu, na niekorzyść Francuzów, tak samo zresztą jak dobór utworów prezentowanych w Katowicach w minioną niedzielę (dokumentne olanie repertuaru z przełomowej „Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts” zasługuje na kciuk w dół). Nawet mimo zachwytów niemałej części publiki nie opuściłem szeregów malkontentów.

Po kolejnych minutach dekoncentracji moją uwagę skutecznie przykuły na krótką chwilę  dwa utwory z ultraprzebojowej „Saturdays=Youth”, czyli „We Own The Sky” oraz wykonane już na bis, czarujące „Skin Of The Night”, przywołujące na myśl, za sprawą przeszywającego śpiewu pani Kibby, twórczość nieodżałowanych Cocteau Twins. Pędząc już do szatni po wieńczącym występ mocnym dyskotekowym „Couleurs”, usłyszałem jeszcze z oddali strzępki mdłej deklamacji Gonzaleza, w których przewijał się podobno motyw jego miłości i uwielbienia do polskiej publiczności. Poczułem wtedy ulgę związaną z wcześniejszym ulotnieniem się z klubu.

Po tego typu koncertach zawsze zastanawiam się, czy to wybredność przejmuje ster nad moim osądem, czy może jednak sami artyści nie wychodzą naprzeciw fanom i takimi płytami jak właśnie „Hurry Up…” zaprzeczają deklaracjom o własnym rozwoju w sensie muzycznym. Tego typu wyznania bez problemu można wyłapać z treści wielu ostatnich wywiadów z liderem M83, Anthonym Gonzalezem, które, zmaterializowane na żywo pod postacią przeciętnych piosenek, pozostawiają w poczuciu niedosytu. Wstyd, panie Gonzalez, tak ściemniać fanom prosto w twarz. A co gorsza, oszukiwać przy tym samego siebie. Ma pan do dyspozycji garść lepszych utworów, więc po co na siłę serwować nam przez pół koncertu bezbarwność? Na szczęście świadomość, że nazajutrz jest poniedziałek, zatrzymała w mojej głowie proces fatygowania się takimi „problemami”.

Pierwszy dzień tygodnia zaowocował natomiast doznaniami skrajnie innymi od tych, które przyniósł niedzielny wieczór. Cała pompatyczność i sztuczna aura wzniosłości odjechała grzecznie dalej wielkim busem, zostawiając miejsce na całkowity luz i spontaniczność spływające ze sceny Hipnozy, na której zagościli Stephen Malkmus and the Jicks. Wszystko, co najlepsze w klasycznym i tym niezależnym rocku, zostało przefiltrowane przez wyżej wymienione cechy członków zespołu, dając publiczności występ, w czasie którego aż było mi głupio, że ograniczyłem moje ruchy do intensywnego tupania stopą i kiwania głową.

No cóż, forma nie zawsze dopisuje wtedy, gdy się chce. Na szczęście nie można tego powiedzieć o Stephenie Malkmusie. Jeśli dane mi będzie dożyć jego wieku, to chcę się starzeć właśnie w taki sposób, jak on. Podczas gdy Anthony Gonzalez próbował w niedzielę skupić się na wywoływaniu nostalgicznych westchnień i wspomnień lat 80., „ojciec chrzestny indie rocka” udowadniał przez dobre 1,5 godziny, co to znaczy pokazać wymownie środkowy palec upływającemu czasowi. A wszystko to w rytm kapitalnych piosenek, głównie z najnowszej płyty „Mirror Traffic”, która w wielu miejscach nie ustępuje pod względem przebojowości największym dokonaniom jego legendarnego Pavement.

Było więc granie Malkmusa na gitarze za plecami à la Hendrix, niezwykle dynamiczna i ekspresyjna gra nowego perkusisty, Jake’a Morrisa, oraz skok ze wzmacniacza z wykopem i gitarą w ręce wykonany przez Mike’a Clarka, obsługującego klawisze i purpurowego Gibsona. Była także sympatyczna blondwłosa basistka, Joanna Bolme, znana wcześniej ze współpracy ze świętej pamięci Elliottem Smithem, której urokliwy uśmiech i spodnie koloru intensywnie czerwonego sprawiły, że moje oczy z rzadka trafiały w trakcie koncertu na postać głównodowodzącego (jeśli czyta to moja dziewczyna, to pretensje proszę kierować do Kim Gordon). Pojawił się nawet tulipan na statywie od jej mikrofonu, stanowiący upominek od jednego z miłośników kapeli dla pani na scenie. Nie zabrakło również droczenia się z publiką, a zwłaszcza z dwoma zagorzałymi fanami krzyczącymi wytrwale powtórzone po chwili przez Malkmusa słowa z refrenu „Shady Lane” („Oh my God, oh my God”), dającymi do zrozumienia, że chętnie usłyszeliby jakieś kawałki z repertuaru jego macierzystej formacji. Nie dał się on jednak namówić tym, którzy prawdopodobnie nie byli obecni na pożegnalnej trasie Pavement, zahaczającej o Gdynię w zeszłoroczne lato.

Oczywiście, nie zmniejszyło to w żaden sposób entuzjazmu widowni, która podkręcała atmosferę koncertu, reagując zresztą niezwykle żywiołowo od samego początku zasygnalizowanego przez chwytliwe „Tigers” z najnowszej płyty. Temperatura w klubie osiągnęła swoje apogeum gdzieś na wysokości utworu „Senator”, a starsze kawałki, takie jak „Jo Jo’s Jacket” z pierwszego albumu grupy „Stephen Malkmus”, równie skutecznie wciągały w nieustanną interakcję artystów z przybyłymi (nie tak tłumnie jak na M83) do Hipnozy fanami. Zespół pozwolił sobie też na odrobinę szaleństwa, zapodając w połowie setu kilkuminutowy psychodeliczny jam, który, jak dla mnie, mógłby trwać w nieskończoność. Natomiast bonusem dla nienasyconych nieprzewidywalnością muzyków był wyśpiewany przez perkusistę cover przeboju z lat 70-tych – „Brandy, You’re a Fine Girl” autorstwa amerykańskiej kapeli Looking Glass. I jeśli cokolwiek tego wieczoru potoczyło się nie po mojej myśli, to było to fatalne ustawienie się na samym początku pod sceną po prawej stronie, gdzie nie doleciały koszulki z nazwą zespołu, rzucane przez lidera z lewego narożnika.

Zatem trochę nietypowo, bo bez wielkich fanfar i raczej z przymrużeniem oka za sprawą Stephena Malkmusa and the Jicks mogliśmy pożegnać tegoroczną edycję Festiwalu Ars Cameralis. Jakie atrakcje przyniesie ta przyszłoroczna? Tego nie wiemy. Ale możemy być pewni, że po raz kolejny zapamiętamy ją na długo, tak samo jak ten dopiero co zakończony wspaniały jubileusz dwudziestolecia istnienia festiwalu. Czekamy więc z niecierpliwością na listopad 2012!

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Artykuł skomentowano jeden raz

Komentarze:

  1. iKrzys pisze:

    Super koncert,super komentarz.Czemu takie chwile trwają tak krótko???
    Szukam setlisty z koncertu niestety bezskutecznie;( Pozdrawiam fanów Malkmusa i Pavementu

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.