Yasmina Reza, czyli ile boga mordu jest w każdym z nas? (recenzja porównawcza dwóch inscenizacji, Teatru Polskiego oraz Teatru Śląskiego)

Kogo zamordował bóg mordu?

Frapujący tytuł sztuki Yasminy Rezy „Bóg mordu” (tytuł oryginału „Dieu du carnage”, fr. carnage – rzeź, masakra, jatka) nie pozostawia bynajmniej obojętnym. Już na wstępie popycha co bardziej dociekliwych do nieuniknionych pytań – za jaką rzeź może być odpowiedzialny tytułowy bohater, czyją krwią ma zbrukane ręce

Plakat paryski „Le dieu du carnage”

 – nie odbierając przy tym jednak dobrego humoru publiczności (zważywszy, że mamy do czynienia z komedią!).

Zaintrygowany tytułem widz wkrótce przekona się, że Bóg mordu w ogóle nie pojawi się na scenie, lecz tylko przemknie przez usta jednego z bohaterów, a sam tytuł zdaje się raczej, poprzez swój dysonans z humorystycznym aspektem sztuki, dobrym chwytem reklamowym. Czy oznacza to, że tematem sztuki nie jest ani wiara, ani rzeź i że nie ma w niej miejsca na elementy klasycznej greckiej tragedii?

Nic bardziej mylnego! Otóż Yasmina Reza, nie przebierając szczególnie w środkach wyrazu, pozostając przy jedności miejsca, czasu i akcji, dokonuje na naszych oczach wnikliwej wiwisekcji ludzkiej natury. Prowadzi ostrze skalpela po wszystkich jej najwrażliwszych punktach, zdzierając przy tym po kolei maski zakładane przez nas na potrzeby społecznego współżycia, źle pojętej moralnej poprawności czy zasad dobrego wychowania. Jatka, której staniemy się świadkami, odsłoni wszystkie skrzętnie skrywane przez bohaterów frustracje, hipokryzję, nałogi, rozgoryczenie i bezsilność. Raz po raz zostaną poluzowane uwierające krawaty dyplomacji, zrzucone wyprasowane na kant marynarki pozorów. I chociaż każdy będzie się starał trzymać jak najdłużej w ryzach boga mordu, przez każdego w końcu przemówi jego wściekłość i zwierzęce wręcz pragnienie destrukcji.

„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”

Z pozoru wszystko jednak zaczyna się dość spokojnie i banalnie. Wnętrze mieszkania. Dwie pary małżonków zasiadły razem w salonie. Słyszymy łagodny głos jednej z bohaterek. Pośród wzajemnie wymienianych uprzejmości i frazesów wyłania się stopniowo powód spotkania – konieczność sporządzenia oświadczenia dla agencji ubezpieczeniowej po tym, jak syn jednej z par (Alain i Annette Reille) zaatakował kijem baseballowym syna drugiej pary (Michel i Véronique Houllié), wybijając mu tym samym dwa przednie zęby.

Te niewątpliwie drażliwe okoliczności są, ku naszemu zdziwieniu, w sztuczny sposób bagatelizowane przez rodziców obu chłopców, którzy za wszelką cenę starają się pokazać swą postępowość, dojrzałość, spokój i otwartość. Powoli uświadamiamy sobie, że przyjęte przez bohaterów postawy to role, które każdy z nich narzucił sobie przed trudną rozmową i które stanowią prawdopodobnie część ich codzienności. Tych czworo nie ma sobie w gruncie rzeczy nic do powiedzenia, niezgrabnie racząc się konwenansami, dba przede wszystkim o pozory. To, co zaszło między ich dziećmi, ma jedynie znaczenie na płaszczyźnie używanej przez jedną czy drugą stronę terminologii: „oprawca-kat-kapuś”.

Stopniowo wyrasta przed naszymi oczami podszyty farsą obraz z życia średniej klasy francuskiej, chciałoby się powiedzieć „majstersztyk” analizy społecznej i psychologicznej, lecz przecież nie pierwszy, a jeden z serii wybitnych we współczesnym teatrze i filmie francuskim. Ot, wystarczy wspomnieć klasykę gatunku, czyli „Gusta i guściki” i „W rodzinnym sosie” Jean-Pierre’a Bacri i Agnès Jaoui czy niedawny sukces Philippe’a le Guaya „Kobiety z 6. piętra”. O tym, że sztuka Yasminy Rezy święci wciąż triumfy w całej Europie (i nie tylko), decyduje jednak coś więcej niż wnikliwa analiza, subtelny dowcip, duże wyczucie obyczajowe czy mistrzowsko poprowadzone dialogi. Co więc takiego autorka dorzuciła do owej mikstury, że i sam Roman Polański sięgnął po nią, dobierając sobie przy tym równie wybitną obsadę – Kate Winslet, Jodie Foster, Johna C. Reilly’ego, Christopha Waltza?

Kadr z „Rzezi” Polańskiego, której polska premiera planowana jest na styczeń 2012

Istotą tej sztuki jest jednak fakt, że dotyka ona czegoś znacznie bardziej złożonego niż ludzka hipokryzja i gra pozorów. Yasmina Reza serwuje nam ciężkostrawną prawdę, bo chociaż podaną w lekkiej, niepozbawionej groteski formie, to echem powtarzającą słynne zdanie Wisławy Szymborskiej: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Kostiumy przywdziane przez uczestników tego nieprzyjemnego spotkania są przebraniem, z którym najwidoczniej nie rozstają się także w swoim prywatnym życiu, dostosowując swoje dawno zapomniane „ja” do ról, które narzuca im współmałżonek, dzieci, praca, obowiązki, niepisane normy społeczne, konieczność zarabiania na siebie i rodzinę. Kim są ci ludzie?

Żyją w czasach nam współczesnych, względnie przyjaznych człowiekowi, w których jednak nie przyjdzie im tak łatwo określenie, co jest czarne, a co białe, co dobre, a co złe. Codzienność, której są częścią, nie wymaga od nich skrajnej odwagi, nie doświadczyli wojny, w której staliby się ofiarami lub mogliby dać upust magazynowanej nieświadomie nienawiści, agresji, tchórzostwu, stając się katami. Ostatecznie znają siebie na tyle, na ile wypróbowało ich życie, a ono raczej niewiele od nich wymagało…

Brak jasno określonych zasad, norm i celów współczesnego świata najbardziej zdaje się przerażać Véronique, która, by nadać sens własnej egzystencji, pielęgnuje w sobie i dzieciach zmysł estetyczny, wmawiając zarazem sobie i otoczeniu, że żywo interesuje ją konflikt zbrojny w Darfurze (w rzeczywistości wzniosła aura, którą tworzy wokół siebie, to częściowo piętno alkoholizmu, z którym najwidoczniej się nie uporała, a jej kontakt ze sztuką sprowadza się do kilku albumów bałwochwalczo stawianych przez nią ponad ludźmi). Inną postawę przyjmuje jej mąż Michel, sprzedawca sprzętu domowego, sprawiający początkowo wrażenie zadowolonego ze swojego życia, który ostatecznie okazał się zrezygnowanym malkontentem szydzącym z poglądów swojej żony. Adwokat Alain zamieszany w aferę farmaceutycznej korporacji, bardziej przywiązany do swojego telefonu komórkowego niż do żony czy syna, w przerwie między jedną a drugą rozmową telefoniczną rzuca mimochodem, że wierzy w gwałtowność i skrajność ludzkiej natury. Wreszcie Annette, pozostawiona sama sobie w kwestii obowiązków domowych i rodzicielskich, mając dość konkurowania wiecznie z komórką męża, wrzuca ją w geście histerii do wazonu z wodą (na co z kolei żywo reaguje publiczność, przyklaskując temu niehamowanemu odruchowi złości).

Cztery postaci i cała mnogość postaw, aż ciężko widzowi rozeznać się w ich autentycznych poglądach, przejrzeć prawdziwą naturę, bo co krok zakładają inne maski, stają po innej stronie, momentami sami siebie już nie poznając. Konflikty, które obserwujemy, ciągną się w rzeczywistości od lat, a podejmowane próby łagodzenia sytuacji i chwilowe sojusze zmierzają jedynie do zaostrzenia agresji. Co ciekawe, nie ma tu miejsca na małżeńską solidarność, nawet wspólne dziecko nie jest wystarczającym powodem, by odpuścić współmałżonkowi złośliwości w obecności obcych ludzi. Raz po raz, to żony atakują mężów, to znów mężowie nic nie robią sobie ze zdania żon, specjalnie grając im na nerwach, aż koniec końców nikt nie wychodzi niezbrukany z tej walki na cyniczność, oszczerstwa i werbalną przemoc. Tego feralnego dnia wszystkim mylą się wyuczone na pamięć kwestie, puszczają hamulce i na światło dzienne wychodzą nieznane dotąd zakamarki ich osobowości. Zwykła z pozoru konfrontacja sprawia, że dowiadują się o sobie czegoś nowego, a jeśli Annette przyznaje, że jest to najgorszy dzień jej życia, to właśnie dlatego, że straciła w nim kontrolę nad sobą, nie poskromiła drzemiącego w niej symbolicznego boga mordu.

Bóg mordu na Śląsku

Sztuki teatralne Yasminy Rezy były przekładane na ponad 35 języków i wystawiane od Moskwy aż po Brodway. Nic więc dziwnego, że jej twórczość zawitała także do Polski, tym bardziej, że we wrześniu tego roku miała miejsce w Wenecji premiera filmu „Rzeź” Romana Polańskiego powstałego na podstawie dzieła Rezy.

Na Śląsku możemy pochwalić się dwiema interpretacjami tej wielokrotnie nagradzanej komedii: pierwsza w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza dla Teatru Polskiego w Bielsku-Białej (premiera miała miejsce w czerwcu tego roku, spektakl był także wystawiany podczas tegorocznego Ogrodu Teatralnego Teatru Korez w Katowicach), druga jest produkcją Teatru Śląskiego w reżyserii Henryka Adamka (premiera 5 listopada zeszłego roku). Skromna dekoracja narzucona przez autorkę pozostawia w centrum uwagi widza coraz ostrzejszą wymianę zdań między protagonistami. Wcielenie się w któregoś z nich to spore wyzwanie dla aktora, biorąc pod uwagę permanentne balansowanie między skrajnie odmiennymi emocjami.

Nieco pretensjonalne uduchowienie i egzaltowane wypowiedzi Véronique zostają brawurowo zinterpretowane zarówno przez Annę Guzik z teatru z Bielska, jak i nietuzinkową aktorkę Teatru Śląskiego Barbarę Lubos. Obie kreacje są wiarygodne, barwne i magnetyzujące, to one też najbardziej zbliżają jedną i drugą adaptację. Grzegorz Chrapkiewicz i Henryk Adamek obrali bowiem przeciwne kierunki w podejściu do wyważonego humoru Yasminy Rezy. Chrapkiewicz uwypuklił go, postawił akcent na każdy groteskowy element, chwycił się każdego szczegółu, którym mógłby doprowadzić publiczność do śmiechu, co też mu się zresztą udaje. W jego wersji Annette staje się chwilami bardziej pocieszna niż wzbudzająca współczucie, co nie jest tak wyraziste w grze Violetty Smolińskiej z Teatru Śląskiego. Również cyniczny i zimny w obyciu Alain inaczej przedstawia się w wykonaniu Grzegorza Przybyły (bardziej flegmatycznego, znudzonego i nawet o bogu mordu mówiącego raczej do siebie niż do zgromadzonego towarzystwa), a inaczej jest poprowadzony przez Adama Myrczka, którego nerwowość obserwowana jest przez publiczność z przejęciem i w skupieniu.

Scena Kameralna Teatru Śląskiego stawia oczywiście przed reżyserem i aktorami pewne trudności natury formalnej, ponieważ widownia znajduje się po dwóch jej stronach, aktorzy mają zawężone pole manewru, a najzabawniejsze fragmenty (wymiotująca Annette) stają się udziałem jednej ze stron (druga strona na pocieszenie może pod koniec spektaklu oberwać po głowie tulipanem). „Bóg mordu” w reżyserii Henryka Adamka, czy to przez mniejszy dystans miedzy publiką a aktorem, czy też przede wszystkim przez mniejszy nacisk na humorystyczny pierwiastek sztuki, pozwala wypowiadanym kwestiom wybrzmieć (poza kluczowym momentem, gdy mowa o bogu mordu), podczas gdy w wersji Grzegorza Chrapkiewicza wszystko nabiera subiektywnie większego tempa i emanuje większą ekspresją, szerszą paletą barw (również w sferze oświetlenia, strojów). Chrapkiewicz prowadzi nas na karuzelę, z której zejdziemy dopiero po ostatniej kwestii, Adamek, chociaż nie wprowadza przerwy w połowie, leniwiej prowadzi nas pośród poruszane sprawy i wzbudza w nas większą niepewność dotyczącą tego, co powinno nas śmieszyć, a co raczej przygnębiać.

Reszta jest milczeniem

„Myślę, że wcale nie ewoluowaliśmy od czasów epoki kamienia łupanego i że warstwa społecznego lakieru, która nas chroni, jest niepokojąco cienka, sama się prosi, by odprysnąć. Umieśćcie cztery osoby w zepsutej windzie, a wpadną w szał. Wystarczy panika i ludzie potrafią się zadeptać. Przyjrzyjcie się dzieciom w piaskownicy, nie mają innego wyboru niż wzajemnie okładać się po głowie, by nie dać sobie odebrać jakiegoś przedmiotu.

Piszę teatr nerwów, ponieważ to nerwy nami rządzą. Postaci, które powołuję do życia, to dobrze wychowani ludzie, którzy obiecują sobie dobrze się prowadzić. Jednak oni także powodowani są impulsami i nie udaje im się dotrzymać zobowiązań, które sami sobie określili. Stracą nad sobą panowanie, ale zawsze wbrew sobie. To właśnie miejsce walki z samym sobą interesuje mnie najbardziej” (Yasmina Reza, źródło: Le Nouvel Observateur, 14 février 2008, tłum. Katarzyna Grzesiak).

„Teatr nerwów” – jak nazywa swoją twórczość dramatyczną Yasmina Reza –  ujawnia zmysł obserwacji autorki (z wykształcenia socjologa) i poprzez pozornie zwyczajne zdarzenia życia codziennego poddaje analizie naszą impulsywną naturę, konfrontuje nas z tak obecnym we współczesnym świecie problemem przemocy, brakiem wspólnoty, wyobcowaniem w tłumie, egocentryzmem.

„Milczenie Boga każe myślom ludzkim dojrzewać w  słowa” – pisał indyjski poeta Tagore, to właśnie te  słowa wkłada w usta swoich protagonistów Yasmina Reza. Są to słowa ludzi nieodpornych na odpryskujący ze wszystkich stron społeczny lakier, targanych nerwami, bezsilnych czy po prostu żyjących w poczuciu osamotnienia. Brak autorytetów we współczesnym świecie, upadek wiary w możliwość zmiany go na lepsze jest właśnie milczeniem Boga, na które dzisiejszy człowiek nie znajduje często lepszej odpowiedzi niż tytułowa „rzeź”.

W Teatrze Śląskim „Bóg mordu” grany będzie 22,23,24 grudnia 2011 na Scenie Kameralnej – zapraszamy!