Ciekawy przypadek Gusa van Santa

Wśród filmografii uznanych współczesnych autorów filmowych trudno znaleźć drugą tak dziwaczną jak dorobek Gusa van Santa. Niespełna sześćdziesięcioletni reżyser nie jest przypadkiem artysty wypalonego, który najlepsze czasy ma już za sobą. Nie jest też przykładem zdolnego, niezależnego twórcy, pochłoniętego i przeżartego przez machinę Hollywoodu. Nie jest zawziętym poszukiwaczem nowego języka filmowego, badaczem granic kina ani wytwórcą idącym na łatwiznę. Van Sant jest wszystkim tym jednocześnie. I  kimś znacznie więcej: czołowym przedstawicielem new queer cinema, naiwnym sentymentalistą, znakomitym obserwatorem i socjologiem, zdobywcą Złotej Palmy i… Złotej Maliny. Iście postmodernistyczna osobowość, w której nic nie składa się w spójną całość. Nic dziwnego, że jego najnowszy film, Restless, znowu jest zaskoczeniem…

Mia Wasikowska i Henry Hopper w "Restless"

Pierwsze filmy van Santa (od debiutanckiej Złej nocy z 1986 roku począwszy) wpisują się w ramy kina adresowanego przede wszystkim do środowisk LGBT. Jednocześnie udało się amerykańskiemu reżyserowi owe ramy rozsadzić, czego najznakomitszym przykładem jest Moje własne Idaho (1991), w którym van Sant nie tylko porusza problem męskiej prostytucji, ale też dekonstruuje obraz amerykańskiej prowincji i konwencję kina drogi. Film, inspirowany Falstaffem(1965) Orsona Wellesa, a pośrednio także Henrykiem IV Szekspira, wkrótce zyskał miano kultowego, nie tylko w środowisku gejowskim. Nie bez wpływu na ów status Mojego własnego Idaho pozostała legenda Rivera Phoenixa, który w dwa lata po premierze filmu zmarł wskutek przedawkowania narkotyków.

Odniósłszy sukces na polu kina queer, van Sant zmierza do Hollywood, gdzie kręci trzy filmy. Grzecznym Buntownikiem z wyboru (1997) zdobywa sobie serce masowej publiczności i członków Amerykańskiej Akademii Filmowej. Film dostaje kilka nominacji, a Benowi Affleckowi i Mattowi Damonowi przynosi aktorską sławę i Oscara za scenariusz. Do tej pory jest zresztą najbardziej rozpoznawalnym dziełem van Santa. Tu jednak kończy się dobra passa reżysera, który rok później zalicza największą wpadkę w swojej karierze, postanawiając nakręcić remake hitchcockowskiej Psychozy (1960). Reżyser przyjął dziwaczną koncepcję zrobienia powtórki z arcydzieła ujęcie po ujęciu – tyle, że w kolorze i z innymi aktorami. To nie mogło się udać. Na van Santa spadają gromy krytyki i deszcz nominacji do Złotych Malin, a wraz z nimi pojawiły się pierwsze powątpiewania w jego zdolności.

kadr z filmu "Gerry"

Kolejna hollywoodzka próba – przeciętny Szukając siebie (2000), któremu sukcesu nie zapewniła nawet doborowa obsada (Sean Connery, F. Murray Abraham, Anna Paquin) – skłania van Santa do powrotu na łono kina niezależnego. Mamy tu jednak do czynienia z zupełnie inną twórczością niż na przełomie lat 80. i 90. Twórczością dojrzalszą, trudniejszą, wręcz mistrzowską. W 2002 roku Gus van Sant kręci najbardziej radykalny i jeden z najznakomitszych filmów w swojej karierze –  Gerry. To hipnotyzujący zapis podróży dwóch mężczyzn przez pustynię – kino drogi bez drogi, bez celu i bez… fabuły. Matt Damon i Casey Affleck po prostu idą i rozmawiają. Nie wiemy skąd, nie wiemy dokąd, nie wiemy po co. Nudy? Wręcz przeciwnie. Reżyser powraca do swoich ulubionych motywów (tożsamość, gender, amerykańskie mity, droga), przetwarzając je w sposób świeży i zaskakujący.

Próby odbudowania swojego wizerunku po hollywoodzkich porażkach udały się van Santowi bezbłędnie. Reżyser postawił na eksperymenty formalne i choć stracił zapewne część publiczności, zyskał przychylność krytyki. W 2003 roku zdobywa Złotą Palmę w Cannes za nakręconego w długich, wielominutowych ujęciach Słonia, inspirowanego masakrą w szkole w Columbine. Dwa lata później, zainspirowany życiorysem Kurta Cobaina, w Last Days przygląda się ostatnim dniom życia rockmana. Stosując achronologiczny montaż i redukując dialog do minimum, van Sant stawia swój film na granicy oglądalności. W podobnej, choć nieco łatwiej przyswajalnej formie utrzymany jest Paranoid Park (2007). Wydarzenia, w które uwikłany jest główny bohater, Alex, poznajemy poprzez migawki, które dopiero w finale układają się w spójną całość.

kadr z filmu "Moje własne Idaho"

Mogłoby się wydawać, że cztery kolejne konsekwentnie zrealizowane na gruncie kina niezależnego filmy są dostatecznym dowodem na to,  że Gus van Sant odnalazł swoje miejsce w pejzażu amerykańskiej kinematografii. Nic bardziej mylnego. W 2008 roku kręci Obywatela Milka – po hollywoodzku poprawną biografię gejowskiego działacza, zamordowanego w 1978 roku. Są Oscary, są zachwyty, jest szum medialny – wszak sprawa jest słuszna, a film sprawnie zrealizowany. Poza znakomitą rolą Seana Penna Obywatel Milk ma jednak niewiele do zaoferowania: to sztampowy pean ku czci wybitnej jednostki, z akcentami rozłożonymi dokładnie tak, jak można by się tego spodziewać.

Najnowszy Restless jest niestety kolejnym nieudanym krokiem na artystycznej ścieżce van Santa. To historia miłości chorej na raka Annabel (Mia Wasikowska) i Enocha (Henry Hopper), który cudem wyszedł cało z wypadku samochodowego i od tego czasu widzi ducha Hiroshi (Ryo Kase) – japońskiego kamikadze z czasów II wojny światowej. Reżyser wkracza na grząski teren dywagacji o rzeczach ostatecznych, jednocześnie całkowicie je bagatelizując. W efekcie oglądamy przesłodzoną, eteryczną historię miłosną, z irytującą ścieżką dźwiękową (muzyka nie milknie prawie nigdy), docelowo mającą budować nastrój. Perspektywa śmierci zostaje tu sprowadzona do zagadnienia akceptacji swojego losu i banalnego stwierdzenia „cieszmy się tym, co mamy”. Restless bliżej więc do fastfoodowej pseudofilozofii Paulo Coelho niż do najlepszych dokonań van Santa.

Jest jednak w filmie jedna znakomita scena, której konwencja zostaje na chwilę przełamana, dając nadzieję na to, że mamy do czynienia z woltą, mogącą wpłynąć na cały film. Mamy wrażenie, że reżyser w pełni świadomy mielizn, po których brodzi, zakpił sobie z widza. Niestety, jest to tylko wrażenie. Van Sant szybko wraca do utartych schematów, rozwlekając banał na resztę ekranowego czasu.

kadr z filmu "Restless"

Powyższa scena jest jednym z nielicznych powodów, dla których warto obejrzeć Restless. Kolejnym jest bez wątpienia Mia Wasikowska, która zachwyca nie tylko swoją urodą, ale i talentem. Mimo wszechogarniającej miałkości, młoda aktorka znakomicie wywiązała się z powierzonego jej zadania. Wróżę jej wielką karierę, podobnie jak Gusowi van Santowi wróżę powrót do znakomitej formy… Udało mu się dziesięć lat temu, uda mu się i teraz.

________________________________________________________________

„Restless” możecie zobaczyć w tym tygodniu w katowickim Światowidzie oraz gliwickim Amoku. Idźcie, zobaczcie, oceńcie sami!

To również może Cię zainteresować:

Czytaj inne teksty autora:

Artykuł skomentowano jeden raz

Komentarze:

  1. gb pisze:

    Dobry tekst, więcej takich – poglądowych właśnie. pozdrawiam :)

Skomentuj




Aby dodać komentarz przepisz tekst podany na obrazku poniżej.