Florence and the Machine – „Ceremonials”
Oto prosty przepis: szklanka Martini (koniecznie extra dry, z oliwką!), garść fajerwerków, fiolka brokatu, barokowa kieca z piekła rodem – jeśli się uprzemy to może być i z teatru (bądź własnej roboty), kościelne mury, kopa krzyków, pół nietoperza, nieszczęśliwa miłość oraz rude kłaki. Mieszamy, aż masa nabierze odpowiednio gęstej konsystencji, wlewamy do 12 calowej, okrągłej formy, a następnie czekamy aż wyschnie. Wrzucamy w gramofon i voilà! Tak właśnie wyobrażam sobie proces powstawania nowej płyty zespołu Florence and the Machine – „Ceremonials”.
Florence Welsh i jej cudowna maszyna uderzyli z podwójną siłą – w końcu to drugi album, więc trzeba z rozmachem. Debiut „Lungs”, wydany w 2009 roku zyskał miliony fanów na całym globie, bo był, po pierwsze, oryginalny, przebojowy i ekscentryczny, a po drugie – miał to „coś”, czego od dłuższego czasu nie doświadczyliśmy w muzyce pop – ŚWIEŻOŚĆ. O tak, gdy po raz pierwszy usłyszałam „Rabbit Heart”, moje konto na last.fm zostało prawie zaskroblowane na śmierć. Tak naprawdę jedyną wadą, która stała albumowi „Lungs” na przeszkodzie, aby stać się arcydziełem muzyki brytyjskiej ostatnich lat, był brak jednego producenta, a co za tym idzie – brak spójności. Flo gromadziła utwory latami i, wraz z tym jak dojrzewała z kapci do szpilek Versace, kształtowały się jej piosenki. Florence odrobiła zadanie domowe i tym razem, wraz z Paulem Epworthem, pozytywnie wszystkich zaskoczyła.
„Ceremonials” to piękna, jesienno-zimowa muzyka. „And I had a dream…” – początek płyty jest wyznaniem, które określa ją wprost idealnie. Ukryte baśnie, senne zmory i potwory, o których śpiewa rudowłosa artystka, są zgrabnie zakopane pod pierzyną brzmienia. Nie brakuje też na „Ceremonials” harfy i klawiszy, tak charakterystycznych dla stylu Florence. I aż roi się tutaj od inspiracji klasyką. Chóry to przecież Mozart i jego Requiem, a zwiewne wokalne pasaże to esencja francuskiego impresjonisty, Debussy’ego. Słychać również wyraźnie, że twórczość Nicka Cave’a, Jefferson Airplane i Kate Bush odcisnęła swe piętno na muzyce Florence.
„Never Let Me Go” to kobiecy obraz nieszczęśliwej miłości i żalu. Ale przecież nic straconego, bo po nocy zawsze wstaje słońce, tym razem w formie „Breaking Down”. Fenomenalny utwór, który mógłby spokojnie być b-sidem z „Under the Pink” autorstwa Tori Amos, aż prosi się o ukochany przez rzeczoną rudowłosą Amerykankę fortepian Bösendorfer. Przy „Lover to Lover” możemy potańczyć i przygotować się na „No Light, No Light” – jeden z moich faworytów na albumie. Dowodzi on, że dużo i głośno to dobra kombinacja, o ile zostaje wykorzystana w pomysłowy sposób. Jest też barokowe disco – „Spectrum”. To właśnie takie typowe ‘barocco’, punkt kulminacyjny płyty, bo gdzieś te emocje trzeba przecież wyrzucić i się wyszaleć. Płytę zamyka „Leave My Body”, kończąc piękny sen Florence o tajemniczych historiach i rytuałach.
Na chętnych dalszych przygód z Florence czeka wersja deluxe, wzbogacona o kilka dodatkowych utworów, w tym wersje demo i akustyczne. Tutaj trafiło znane już z koncertów „Strangeness and Charm”, z porządnym rockowym riffem. Bardziej kobiece i tysiąc razy mocniejsze niż „Kiss with the Fist”. Mniam!
I byłoby na 5 z plusem, gdyby nie pewna maluteńka rysa na płycie – nie ma tu nic nowego, czego nie można by uświadczyć na „Lungs”. Te same patenty, które dla ambitnego popu są zbawieniem, dla muzyki Florence są chlebem powszednim. Mimo to, wydała prawdopodobnie najlepszą płytę tej jesieni, jeśli nie tego roku. Za sprawą Florence świat znów ma do czego tańczyć.
Florence and the Machine – „Ceremonials”; Universal Republic, 2011
Ocena Reflektor (1-5):
![]()






recenzja iście wybitna!
komentarz iście stronniczy
Czyta się jednym tchem, ilość użytych metafor i porównań daje pełny wachlarz doznań. Daje się wyczuć wielkie zaangażowanie, miłość do muzyki i co tu dużo pisać – biegłe poruszanie się w temacie. Bravo!