Ars Cameralis: Szczypta wakacji w Hipnozie, czyli koncert El Guincho w Katowicach 19.11.11
Listopad to jeden z najsmutniejszych miesięcy w roku. Dni pozbawione są słońca, drzewa – liści, a świat – kolorów. By na moment zapomnieć o tej szarej rzeczywistości, wystarczyło wybrać się w sobotni wieczór na koncert El Guincho – bardzo jaskrawy punkt w programie tegorocznego Ars Cameralis.
Nic dziwnego, że tłum gęstniał z każdą chwilą, wypełniając szczelnie przestrzenie Hipnozy. W powietrzu unosił się zapach niecierpliwego oczekiwania. Nastrój ten udzielił się także mnie, choć przyszłam tutaj wiedziona raczej czystą ciekawością, nie znając wcześniej zbyt dogłębnie twórczości El Guincho. A szkoda!
Potrzeba było zaledwie paru chwil wypełnionych wibrującą, rytmiczną muzyką, w której tradycje klubowe (te najlepsze) przeplatają się z latynoamerykańskimi brzmieniami (wywołującymi nieświadome kołysanie biodrami), by niemal poczuć pod stopami rozgrzany piasek niczym na jakiejś hiszpańskiej, karaibskiej czy brazylijskiej plaży. Całości dopełniał folkowy wokal artysty, brzmiący niezwykle przyjemnie dla ucha.
Pablo Diaz – Reixa i jego twórczość skutecznie wymykają się wszelkim próbom klasyfikacji. Ale po co komu szufladki? Ważne, że koncert El Guincho to przede wszystkim dobra impreza, radosna fiesta. Muzyka, która początkowo wydaje się nieskomplikowana – proste, powracające motywy, kilka akordów wygrywanych przez towarzyszących artyście gitarzystów, skrywa w sobie wielką siłę i głębię. A jej lekkość i melodyjność przywołują wakacyjny klimat.
Patrząc na El Guincho, ani przez chwilę nie mam wątpliwości, że kocha muzykę ponad wszystko, a to co robi, sprawia mu niezwykłą przyjemność. Lekko nieobecny wyraz twarzy i błogi uśmiech zdają się to potwierdzać. To przede wszystkim on świetnie się bawi podczas koncertu – śpiewając, miksując, łącząc muzykę wykonywaną na żywo z odtwarzanymi samplami w spójną całość. I oczywiście konwersując z publicznością (i schlebiając jej kłamstewkami o tym, że nie spodziewał się tak gorących reakcji w tak zimnym kraju), która na każde słowo artysty reaguje entuzjastycznie.
Kiedy Diaz – Reixa pojawił się na scenie, wydał mi się niepozorny, może nawet nieco nieśmiały. Muzyka jednak zmienia go zupełnie. Jego pozytywna energia przez cały czas trwania występu udziela się tłumowi pod sceną. I vice versa. I trzeba by naprawdę być z kamienia, aby pozostać obojętnym na tak potężną dawkę optymizmu, dlatego każdy w klubie – mniej lub bardziej odważnie – tańczy, przytupuje, podryguje. Czas ucieka niespostrzeżenie, odmierzany kolejnymi utworami – głównie z najnowszej płyty El Guincho, „Pop Negro”. A rozochocona i świetnie bawiąca się publiczność, nie pozwala artyście zbyt szybko zniknąć ze sceny.
Po półtorej godzinie fantastycznej imprezy, po dwóch bisach, na które El Guincho ochoczo powracał, ludzie wychodzą z Hipnozy trochę bardziej uśmiechnięci, trochę mniej szarzy, jeszcze odrobinę rozkołysani i nawet zimno jakby mniej im przeszkadza. Jubileusz Ars Cameralis zobowiązuje – i tego wieczoru było właśnie tak, jak na dwudzieste urodziny przystało – radośnie i szaleńczo!





