Ars Cameralis: Przyjemność do kwadratu, czyli John Grant i Stranded Horse w Chorzowie 18 listopada 2011
Sala Teatru Rozrywki powoli zapełnia się ludźmi. Przyglądam się im z ciekawością, próbując wyłowić jakiś wspólny rys. Nic z tego. Różnorodność ogromna. Dlaczego więc tak różni ludzi wybrali akurat ten jeden koncert? Nie wiem. Ale trzy godziny później nie mam wątpliwości – i oni pewnie też – że dokonali dobrego wyboru. Choć gwiazdą wieczoru był John Grant, to blask bijący ze sceny podczas koncertu Yanna Tamboura nie był wcale słabszy. Jego nowy projekt, Stranded Horse, imponuje muzyczną dojrzałością i zakorzenieniem w różnych nurtach. Artysta grał na gitarze akustycznej i korze – dwudziestojednostrunowym instrumencie z zachodniej Afryki.
Ku memu zaskoczeniu okazało się, że kora w dłoniach Tamboura nie brzmiała egzotycznie, wprost przeciwnie – jego muzyka wydaje się mocno osadzona na gruncie europejskim, a nostalgiczne ballady, śpiewane ciepłym, subtelnym głosem artysty, stanowią kontynuację najlepszych francuskich tradycji.
Nie mniej niż wokalem, Tambour urzekał także swoją osobą, prowadząc pełne skromności i autodystansu dialogi z publicznością. Niesamowite, jak udało mu się zaczarować publiczność. Gdy kończył występ, rozglądając się po sali, miałam wrażenie, że niektórzy wracają z bardzo dalekiej podróży.
John Grant podjął rękawicę rzuconą mu przez Tamboura. Druga część koncertu – choć odmienna muzycznie – okazała się równie świetna. Piątkowy koncert był ostatnim w osiemnastomiesięcznej trasie Granta promującej płytę „Queen of Denmark”.
Często utwory wykonywane na scenie brzmią inaczej niż na płycie. Tym razem zadecydowało o tym wykorzystanie podczas koncertu elektroniki, co nadało kawałkom zupełnie odmiennego charakteru. Aksamitny, a przy tym niezwykle mocny wokal Granta hipnotyzował, koił, a niejednokrotnie aż szarpał powietrze.
Utwory z tego krążka są silnie autobiograficzne, a nawet konfesyjne – Grant podczas koncertu dodawał wiele uwag na ich temat. Mimo że w bezkompromisowych tekstach pełno jest goryczy, złośliwości, to w całościowym ujęciu przebija z nich głównie tęsknota i melancholijny spokój.
I nim ktokolwiek na widowni zdołał się zorientować, tęsknota przelała się na publiczność, stając się tęsknotą za głosami Tamboura i Granta. A także za kolejnym tak świetnym koncertem. Bo nieczęsto się zdarza, że jednego wieczora muzyczne marzenia publiczności spełnia dwóch tak wybitnych artystów.





