Ars Cameralis: Charles Bradley & His Extraordinaires w Katowicach 16.11.11

Ilu z was widziało w swoim życiu na własne oczy prawdziwie szczęśliwego człowieka? Takiego, którego radość z tego, co robi i gdzie się właśnie znajduje, odbija się w jego szczerych łzach. Takiego, którego każdy gest, każde słowo sprawia, że patrzycie na niego z niedowierzaniem i czujecie jego wzruszenie „byciem tu i teraz” tak intensywnie, że wszystko wokół, poza chwilą obecną, przestaje mieć znaczenie. Ja widziałem. Ten człowiek nazywał się Charles Bradley. A jego występ w ramach Festiwalu Ars Cameralis w środę 16 listopada 2011 roku był czymś więcej niż muzycznym objawieniem.

„The Screaming Eagle of Soul”, jak określił go kolega z akompaniującego mu zespołu The Menahan Street Band, dokonał na deskach katowickiego kinoteatru Rialto artystycznej ekspresji swojego życia wypełnionego smutkiem, bólem, radością, miłością, goryczą porażek i, co najważniejsze, spełnionym marzeniem. Marzeniem, o które walczył przez 62 lata zanim otrzymał od losu szansę nagrania debiutu zatytułowanego „No Time for Dreaming” i wyśpiewania na nim potężnym, hipnotyzującym soulowym głosem swojej przejmującej historii. Dokładnie w ten sam sposób opowiedział nam w trakcie środowego koncertu o swoich bogatych doświadczeniach.

Nim pojawił się na scenie, kazał na siebie czekać dobre kilkanaście minut. Zniecierpliwienie zostało jednak wynagrodzone za sprawą uroczystej zapowiedzi gwiazdy przez klawiszowca wspomnianej kapeli, złożonej z sześciu niezwykle uzdolnionych muzyków. Doprawdy wyśmienicie wprowadzili oni widownię w muzyczne klimaty czarnej Ameryki lat 60. i 70. przed obejrzeniem i wysłuchaniem absolutnej bomby energetycznej, którą jest Charles.

Jego emocje wybuchły zresztą już przy samym ognistym przywitaniu go przez publikę, gdy po policzkach popłynęły mu niekłamane łzy. Eksplodował w każdej sekundzie swojego występu, zostawiając mnie w stanie głębokie poruszenia i czarując moje stopy oraz biodra, które za przykładem głównego bohatera tamtego wieczoru same składały się do podrygów. Tańczył bez ustanku w rytm zmysłowych funkowo-soulowych melodii, wygrywanych przez zespół na perkusji, basie, gitarze, klasycznym Hammondzie, trąbce i saksofonie. Machał co chwilę rękami jak cudowny łabędź, a na jego twarzy rysowała się czysta ekstaza. Statyw mikrofonu z przymocowaną miniaturką wspomnianego ptaka służył mu za partnerkę, z którą kręcił się po scenie jak zaczarowany, raz po raz efektownie upadając czy też przestępując z nogi na nogę w stylu Jamesa Browna. Inspiracje i porównania do króla soulu są jak najbardziej oczywiste. Krzywdzące jednak byłoby spłycanie postaci Bradleya do świetnego imitatora. Wszystko bowiem, co działo się w środę w kinoteatrze Rialto, było w stu procentach autentyczne i należało do Charlesa.

Jego wokal, emocje, ruchy żyły własnym życiem, nadanym przez niepowtarzalność charyzmy tego spóźnionego debiutanta. Osobowość artysty zadziwiała cały czas, by po chwili jednocześnie onieśmielać. Onieśmielać nie tylko aluzjami seksualnymi, na które Charles pozwalał sobie zwłaszcza w części improwizowanej, gdy członkowie jego (haha!) sekstetu zostali sprowokowani przez niego do popisywania się solówkami na swych instrumentach. Przede wszystkim jednak onieśmielał odwagą czerpania nieskrępowanej radości z robienia tego, co się kocha, której nierzadko nam, Polakom, brakuje. Jego występy zdają się być naznaczone pewną misją. Jej celem jest nauczenie nas, z pomocą muzyki, miłości do tego świata, która (jak otwarcie przyznał Charles) jest najtrwalszą i najpotężniejszą siłą, jaką kiedykolwiek poznał i jaka może istnieć.

Słysząc wykrzyczane z głębi jego serca opowieści o kobietach, karierze, słabościach, upadku i podnoszeniu się na nogi, naprawdę miałem cholerną ochotę przytulić gościa. Wyobrażałem sobie, że widzę na scenie mojego bliskiego przyjaciela, który po latach zmagań z przeciwnościami losu dopiął wreszcie swego, ukazując światu bezczelnie, że ma zamiar cieszyć się każdą sekundą swojego zrealizowanego młodzieńczego snu. Byłem szczęśliwy jego szczęściem oraz zachwycony entuzjazmem i miłością do wszystkich zgromadzonych ludzi, której zresztą nie ukrywał, schodząc do publiczności i bratając się ze wszystkimi w gorącym uścisku.

I cóż z tego, że przed występem Charlesa Bradleya kojarzyłem tylko jeden jego utwór. Gdy z dźwięków na scenie płynie prawda i szczerość, to nie liczy się, ile pieniędzy wydałeś na koncert i jaki dystans musiałeś pokonać, aby w nim uczestniczyć. Nie ma również znaczenia, ile płyt artysty posiadasz w swojej kolekcji. Jeśli jesteś fanem muzyki, która niesie ze sobą ogromną falę uczuć, a każda jej nuta chwyta obezwładniająco za serce, zapominasz o tych wszystkich nieistotnych szczegółach i dajesz się ponieść żywiołowi. To właśnie uczyniłem tamtego niezapomnianego wieczoru.

I sam nie jestem w stanie do końca uwierzyć, że taki gość jak Charles Bradley, po którym kompletnie nie wiedziałem, czego się spodziewać, narobi niezłego bigosu w mojej ścisłej czołówce koncertów życia. Zresztą jego promieniująca z niesamowitą energią aura w zupełności ten czyn usprawiedliwia. I tylko jedna myśl denerwuje mnie po wszystkim: dlaczego, do cholery, takie kultowe miejsca jak Nowy Orlean, Detroit, Nowy Jork czy Chicago, w których codziennie, nierzadko na ulicach, można usłyszeć genialne brzmienia „czarnej muzyki”, są tak daleko?! Hmmm… wygląda na to, że Charles za sprawą swojego występu odkrył przede mną kolejne marzenie mojego życia. Całe szczęście, że od minionej środy doskonale wiem, od kogo czerpać motywację, by je zrealizować.