Martyna Wojciechowska: życie w nałogu

„Życie składa się także z porażek!” – w ustach Martyny Wojciechowskiej brzmi to co najmniej dziwnie. Przez fanów postrzegana jest jako osoba, która spełnia marzenia z niespotykaną łatwością. A wcale tak nie jest! Podróżniczka ma chwile słabości, kiedy nie chce nikogo widzieć, zamyka się we własnym pokoju i… płacze. Jednak z każdej porażki wyciąga pewne wnioski – a to cecha prawdziwej kobiety sukcesu.

(fot: Beata Rakoczy)

DS: Jakie czary sprawiają, że zostawia pani wszystko i jedzie w świat?

MW: Nie wyobrażam sobie innego życia. Nie mam pojęcia, czy to, co ciągnie mnie do podróży, to magia czy konieczność. Kiedy nie jestem w drodze, czuję się, jak gdyby brakowało mi powietrza. To jest mój nałóg, poznawanie nowych miejsc i nowych ludzi. Niesamowitą magią są dla mnie obce, zaskakująco ciekawe kultury i żyjący w nich ludzie. Dzięki temu, że mają całkowicie inny punkt widzenia niż my, wiele się od nich uczę.

Czy jest tak, że w dziczy ciągnie panią do cywilizacji, a kiedy znów jest pani w Polsce, to tęskni za tamtym światem?

Nie jestem nigdzie osadzona i przywiązana do jakiegoś miejsca. Kiedy jestem w podróży, to faktycznie chcę być w domu. Ale kiedy jestem w domu, to tylko czekam na dzień, w którym wyruszę w drogę. Takie rozdarcie pomiędzy dwoma światami jest całkowicie normalne – towarzyszy każdemu podróżnikowi.

Dokąd lubi pani wracać?

Najchętniej wracam do… Polski. Bardzo lubię Jurę Krakowsko-Częstochowską i Podlesice. Szczyrk i Skrzyczne to też miejsca, w których czuję się świetnie. Uwielbiam Morze Bałtyckie latem. I oczywiście… Puszczę Kampinoską pod Warszawą, gdzie mieszkam. W te miejsca mogę wracać codziennie.

„Jeżeli mówię A, to po prostu muszę powiedzieć B” – to pani słowa. Jak to się ma do marzenia o wejściu na szczyt Amma Dablam, które towarzyszy pani od zdobycia Mount Everestu?

Amma Dablam na mnie czeka i nic tego nie zmieni. Bardzo liczyłam na to, że wyjadę w Himalaje. Jednak na potrzeby programu wezwała mnie Afryka. Plany się zmieniły. Na szczęście przestałam mieć poczucie, że muszę coś zrobić w tej chwili i jak najszybciej. Kiedy człowiek jest młody, to wydaje mu się, że świat na niego nie poczeka. Teraz mój światopogląd bardzo się zmienił. Wiem, że Amma Dablam jest i będzie w Himalajach przez co najmniej parę lat, także jestem spokojna.

Komu najczęściej opowiada pani o swoich osiągnięciach?

Przyjaciołom. Mam kilku sprawdzonych ludzi i oni mi w zupełności wystarczają. Ale na pierwszym miejscu jest oczywiście rodzina. Jesteśmy ze sobą bardzo blisko. I to do nich najczęściej się zwracam – niezależenie od tego, czy dzieje się coś dobrego, czy złego. Moja rodzina uczestniczy w całym moim życiu.

(fot: Beata Rakoczy)

Jest pani postrzegana jako kobieta sukcesu. Ale czy Martynie zdarza się płakać?

Oczywiście! Naprawdę często płaczę i wcale się tego nie wstydzę. Nie zawsze wszystko mi się udaje. Przykłady? Płakałam na mecie Rajdu Paryż-Dakar i nawet nie zliczę, ile razy na wyprawach górskich. Nie ukrywam tego, że mam momenty słabości. Przyznaję się do nich w książkach i w programach, w których biorę udział. Radość i smutek to nieodłączne elementy naszego życia.

Co uważa pani za swoją największą porażkę?

Nic. Wszystko jest po coś. Jeżeli coś się nie udaje, to znaczy, że tak miało być. Mamy szansę zdobyć kolejne doświadczenie życiowe. Przykładowo, jeżeli zdradzi mnie ktoś z przyjaciół, to znaczy, że najwidoczniej nie był wart mojego zaufania. Nawet gdy jest mi przykro z tego powodu, to wiem, że tę lukę w moim życiu zapełni ktoś inny. Przeżyłam mnóstwo rozczarowań, jednak staram się nie przywiązywać do tego zbyt wielkiej wagi. Traktuję to jako nieodłączną część życia – bo życie składa się również z porażek!

Czyli w każdej złej sytuacji powinniśmy znajdować dobre strony?

Ładnie brzmi, ale naprawdę trudno to wykonać. Ale rzeczywiście głęboko w to wierzę. Myślę, że wszystko ma ukryty głęboki sens. Czasem trudno go dostrzec, ale po upływie czasu możemy znaleźć prawdziwe znaczenie danej sytuacji.

Czego pani życzyć?

Życzyć mi można tylko zdrowia. Jak będę miała zdrowie – a ostatnio mi szwankowało – to z resztą sama sobie poradzę. Przynajmniej staram się głęboko w to wierzyć.