M83: „Hurry Up, We’re Dreaming”

Jako mieszkańcy Europy doskonale wiemy, którzy z naszych kontynentalnych kolegów często nie dostrzegają wiele poza czubkiem własnego nosa. Nawet traktując narodowe przywary pół żartem, przekładając je na dorobek muzyczny, można by rzec, że na swoim najnowszym, dwupłytowym albumie „Hurry Up, We’re Dreaming” francuski artysta i głównodowodzący M83, Anthony Gonzalez, przeistoczył się w syna swojej leżącej nad Sekwaną ojczystej ziemi w pełnym tego słowa znaczeniu. Niestety, jak dowodzi nowa płyta Anthony’ego, ta zmiana mentalna nie idzie w parze z dojrzałością wspomnianego muzyka w sensie artystycznym.

Nieustanna próba zatrzymania młodości, którą naznaczony jest praktycznie każdy album M83, kiedyś musiała spowodować zderzenie z  murem nieuniknionej dorosłości. Nigdy jednak nie pomyślałbym, że oznaczać to będzie zadufanie w sobie i spoczęcie na laurach. Słuchając poprzedniczki nowego M83, czyli „Saturdays=Youth”, aż chce się wybiec boso na łąkę, z flaszką wódki w plecaku i puszczać w parku razem ze znajomymi kolorowe latawce. Natomiast „Hurry Up…” to już niestety niedzielny kac, z którym zmaga się Anthony, jednocześnie próbując odtworzyć w pamięci (z marnym skutkiem) najlepsze momenty beztroskiej imprezy wczorajszego wieczoru. Takie odczucie towarzyszyło mi od samego początku zapoznawania się z albumem, a nawet zanim przywitałem się z całością za sprawą singlowego „Midnight City”. Przyjemna dla przeciętnego ucha muzyka na „Hurry Up…” zlewa się przez większą część trwania płyty w prawie nieodróżnialną magmę, która wlewając się w aparat słuchowy, pozostawia mnie z jedną konkluzją w głowie: „Do cholery, przecież to już było!”.

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że swoją rozmarzoną eightisową elektroniką, przyprawioną o shoegaze’owe wpływy spod znaku My Bloody Valentine, Gonzalez zapracował na miano gwiazdy muzycznej sceny, na której królują ciepłe syntezatorowe brzmienia. Ale, na litość boską, ile można śnić o tym samym? Jasne, jeśli jest przyjemnie, to po kiego czorta budzić ze smacznej drzemki. Z tym że ta ponad 70-minutowa drzemka wcale nie jest aż tak smaczna, jak można by tego oczekiwać.

Bądźmy szczerzy. Odwoływanie się w wywiadach do inspiracji twórczością Smashing Pumpkins napawa delikatnym niepokojem. No tak, mamy obecnie revival lat dziewięćdziesiątych, jednakże co to oznacza z artystycznego punktu widzenia? O kroku w przód raczej nie można tu mówić. Oczywiście, nie chcę tutaj umniejszać dokonaniom Dyń (na których albumach zresztą się wychowałem), ale znając patetyczne zapędy frontmana Smashing Pumpkins, Billy’ego Corgana, choćby z płyty „Mellon Collie and the Infinite Sadness”, można było się spodziewać po Anthonym Gonzalezie raczej próby wytrącenia pałeczki egzaltacji dzierżonej wytrwale w rękach Matta Bellamy’ego z Muse. A to nie wróży już dobrze piosenkom.

Wywołująca delikatny skręt kiszek, nadmierna emocjonalność w muzyce i głosie artysty wycieka chyba najbardziej w połowie closera (jakże oryginalnie nazwanego) „Outro”. Tak samo zresztą krótkie, mniej-niż-dwuminutowe przerywniki (nie sądziłem, że moda, w której przodował zawsze Tool, będzie tak silna do dziś) oraz akustyczno-gitarowe słodkie piosenki typu „Wait” nie wnoszą specjalnej świeżości do całości albumu.

Wszystko jednak, co tu napisałem, można w zasadzie wyrzucić do kosza. Formuła stworzona przez Francuza nie pozwala tak naprawdę w żadnym stopniu na sensowny „pojazd” ze strony choćby najbardziej kompetentnego krytyka muzycznego, gdyż sama w sobie gwarantuje relatywnie mile spędzony czas oraz terminowe i całkiem obfite przelewy pieniążków na konto bankowe artysty. Można zarzucać nowej płycie M83 wtórność w stosunku do pozostałych, hipnotyzujących dzieł grupy/projektu Gonzaleza, ale nie sposób też przyczepić się i twierdzić, że brakuje tu „bańkowo-mydlanych”, chwytliwych melodii, rozsiadających się po wszystkich kątach młodzieńczego pokoju i przestrzennych synth-popowych fal dźwiękowych wydostających się z klawiszy.

Co z tego, że w takich utworach jak „Intro”, „Claudia Lewis” (brzmiącym momentami niemal jak kopia singla „Midnight City”) czy „OK Pal” wokal Francuza zbliża się niebezpiecznie do wyrażającego cierpienie całej ludzkości wycia à la Caleb Followill z Kings Of Leon. Przecież KOL są dziś ultrapopularni i znajdują się na najlepszej drodze do zajęcia miejsca takich, uwielbianych przez miliony, tuzów jak wspomniane angielskie trio czy pewni podstarzali Irlandczycy. Tylko czy aby na pewno, w mniemaniu Gonzaleza, jest to ta sama słuszna droga, którą przed nagrywaniem każdego wcześniejszego albumu obierał nasz bohater?

No cóż, nie można dogodzić każdemu. Pozytywiści wciąż będą wierzyć w postęp, a ci mniej zaangażowani skupią się po prostu na hedonistycznych przyjemnościach. Ta płyta pozostawia, jak żadna inna z dorobku M83, w stanie rozkroku między jednymi a drugimi. Ostatecznie chodzi jednak o to, aby duch młodości dalej unosił się gdzieś tam w oddali nad muzyką graną przez Francuza i zapewniał rzeszom dobrą zabawę. Jestem zatem zmuszony wywiesić w iście francuskim stylu białą flagę, ulec zdaniu silniejszej przecież większości i popędzić na katowicki koncert M83 do Hipnozy 27 listopada. Oby tylko znowu nie skończyło się kacem.

Ocena Reflektora (1-5):

M83 „Hurry Up, We’re Dreaming”; Mute, 2011