Feist – „Metals”

Gdybym kiedykolwiek miał pokusić się o prowadzenie corocznych statystyk okresów wzmożonego podniecenia spowodowanego oczekiwaniem na nową płytę interesującego mnie artysty, bez wątpienia taki wykres odznaczałby się najwyższymi słupkami w polu „jesień”. Odkąd sięgam pamięcią, czas ten obfituje na równi opadającymi z drzew liśćmi i znakomitymi muzycznymi albumami, wpadającymi w moje dłonie. Tak też jest w tym roku.

Najnowsze dzieło kanadyjskiej artystki Leslie Feist zatytułowane „Metals” jest właśnie takim pierwszym, klonowym listkiem, zapowiadającym przyjemną (przynajmniej w muzycznym sensie) jesień, charakteryzującą się lekko pochmurną aurą, przebijaną raz po raz przez ciepłe słoneczne promienie padające prosto na twarz.

Ci, którzy znają dorobek Feist, doskonale wiedzą, że w jej przypadku można być pewnym przynajmniej jednego: niesamowicie kojący i delikatny głos, którym artystka została obdarzona, na każdym krążku robi swoje, przekazując dawkę emocji, której starczyłoby na opowiedzenie więcej niż kilku wzruszających historii osób z niezłym bagażem życiowych doświadczeń. Z drugiej jednak strony czekanie 4 lata na następczynię „The Reminder”, która pomogła jej przebić się do szerszej świadomości fanów klasycznego skromnego songwritingu (wokal, gitara akustyczna, pianino, trochę smyczków), może trochę zawyżyć oczekiwania grona jej fanów.

Nie zrozumcie mnie źle – Feist od zawsze będzie miała stałe miejsce w moim sercu za sprawą jej udziału w tworzeniu znamienitego dorobku grupy Broken Social Scene (a zwłaszcza zmodulowanego syntezatorowo śpiewu w utworze „Anthems For A Seventeen Year-Old Girl”), ale jednocześnie od początku solowej kariery nie wymagałem od niej, aby wraz z kolejnymi sprawdzianami jej talentu przynosiła same piątki i szóstki. Nie będę tu również wyliczał, ile razy różne znane firmy posłużyły się jej utworami w reklamach swoich produktów, bo nie wypada (jest to zresztą mało istotne w obliczu samej muzyki). Jej albumy zalegają u mnie raczej w szufladzie oznaczonej etykietą: „Miłe dla ucha, ale niewybitne”. Z najnowszą płytą sprawa jest jednak trochę bardziej skomplikowana, gdyż po odsłuchu postanowiłem szufladkę ową uporządkować na nowo.

No więc właśnie. Niby wszystko po staremu, aparat głosowy Leslie działa jak należy, ale jest jakoś inaczej. Przede wszystkim – jest dojrzalej. Nie wgłębiając się zbyt wnikliwie w warstwę tekstową, wyraźnie można usłyszeć, że to już nie ta sama słodka dziewczyna, grająca nieskomplikowane pieśni traktujące głównie o miłosnych aspektach kobiecego żywota. Już pierwsze dźwięki albumu w utworze „The Bad In Each Other” stanowią dowód jej rozwoju w sferze tworzenia napięcia (dęciaki w końcówce!) w obrębie zgrabnych, typowych dla niej melodii.

Mamy więc na wspomnianej płycie do czynienia nie ze spokojnymi zmianami klimatu, do których artystka nas przyzwyczaiła, ale z elektryzującymi nieraz przeskokami, sprawiającymi, że muzyka w naturalny jak pory roku, a więc też kapryśny i nieprzewidywalny sposób „płynie” wraz z emocjami odbiorcy. Wzburzenia następują tutaj w nieoczekiwanych momentach, kiedy już myślimy, że Feist obrała sobie za cel przyjemnie ukołysać nas do snu. Takie elementy jak zaskakujące wejścia kobiecych chórków i gitary elektrycznej, m.in. w „Cicadas and Gulls”, zwiększają tylko apetyt słuchacza z każdym kolejnym utworem. Więcej zatem na tej płycie wspólnego z PJ Harvey niż Joni Mitchell. No, może poza takim klasycznym wyciskaczem łez jak „Woe Be”.

Oczywiście, głównym ośrodkiem wybuchowym melodii zawsze były jej bezcenne struny głosowe plus akompaniament gitary akustycznej, jednakże te proporcje ulegają na „Metals” znaczącemu przesunięciu w stronę ujmujących aranżacji dęto-smyczkowo-fortepianowych (pianinowych? Wybaczcie, do dziś miewam problemy z rozróżnieniem brzmienia tych zacnych instrumentów). Sama Kanadyjka momentami jakby puszcza swój wokal ze smyczy, który dopadając uszu, pozostawia je, wraz ze skórą całego ciała, w stanie miłego mrowienia. Najbardziej cieszą zwłaszcza chwile, gdy Leslie genialnie brata ze sobą rytmikę słów i linii melodycznej wydobywającej się z instrumentów, jak to ma miejsce np. przy singlowym „How Come You Never Go There?”. Dzięki temu nie martwi nawet fakt, iż muzyka została pozbawiona wyraźnie radiowego potencjału, obecnego choćby na poprzednim albumie.

„Metals”, w przeciwieństwie do poprzedniczek o bardziej romantycznym i niewinnym zabarwieniu, lokuje się zdecydowanie bardziej w sferze kontemplacyjnej za sprawą odrobiny bluesowej wręcz dostojności. Nie ujmuje to oczywiście w żaden sposób elegancji temu albumowi, którego wysłuchaniu sprzyjają ciepły kocyk, sweterek, gorąca herbata i obowiązkowe słuchawki na uszach. Gdy jednak uznamy, że otoczenie czterech domowych ścian nie wystarcza, bez wielkiego namysłu można się wybrać na jesienny spacer z przeuroczą Leslie u boku. Byle tylko nasz/a partner/ka nie miał/a nic przeciwko. A nawet jeśli tak się wydarzy, to po przesłuchaniu płyty Feist z pewnością zrozumie i wybaczy tę chwilową niewierność.

Feist „Metals”; Interscope / Cherrytree 2011
Ocena Reflektora: