Z familoka w świat: Mietek Bieniek, czyli w pogoni za Hajerem

Wyobraźcie sobie hajera pracującego od kilkunastu lat na kopalni. Jego monotonne i spokojne życie, którego rutynę przerywa górniczy wypadek. Nasz hajer – Mieczysław Bieniek – częściowo traci wzrok i słuch, ma problemy z kręgosłupem. Dopiero ponad dziewięciomiesięczny pobyt w szpitalu stawia go na nogi. Jedynym rozsądnym wyjściem z tej sytuacji staje się … wyprawa na koniec świata! Medycyna tym razem jest bezsilna, a podróże stają się chorobą, z której Bieniek już nigdy się nie wyleczy.

(z galerii MB)

DS: Kilkanaście lat przepracowanych w kopalni i nagle twoje życie zmienia się o 180 stopni. Rozpoczyna się twoja pierwsza wyprawa, do Indii. Jak to się stało?

MB: To był impuls. W kopalni uległem poważnemu wypadkowi, lekarze kategorycznie zabronili mi pracować. Snując się po Katowicach, postanowiłem, że moje życie nie może tak wyglądać. Chcąc udowodnić, że mogę żyć jak dawniej, postanowiłem polecieć do Indii. To było potężne szaleństwo. Nie znałem języka, w plecaku nie miałem nawet mapy. Natomiast wszystko, co działo się w trakcie, było niesamowitym zbiegiem szczęśliwych wypadków. To doprowadziło do tego, że podróże stały się pasją mojego życia.

Podróżnik często przed czymś ucieka – przed rutyną, pośpiechem i problemami. Czy tak jest w twoim przypadku?

Jeżeli chodzi o moją pierwszą wyprawę – na pewno była to ucieczka. Ucieczka przed samym sobą. Dopiero wtedy naprawdę zacząłem siebie poznawać – swój organizm, swoją siłę, swoją wolę walki i granice własnych możliwości. Mieszkając na Śląsku, w familoku, często musiałem samodzielnie szukać sposobu na życie i sam musiałem zdobywać doświadczenie życiowe. W podróżach bardzo to procentuje.

Czy czytanie klasycznych przewodników ma sens? Czy nie jest tak, że kraj poznajemy przez zawarcie przyjaźni z tamtejszymi ludźmi i dzięki „wejściu w ich świat”?

Każdą podróż trzeba od czegoś zacząć. Przewodnik jest świetnym punktem startowym każdej wyprawy. Dobrze wiedzieć, gdzie można tanio zjeść i spać. Dzięki niemu uczymy się także, jak poruszać się w obcym świecie. Jednak uważam, że tak naprawdę każdy podróżnik kompletuje własny przewodnik. Następuje to wtedy, kiedy poznaje się tamtejszych ludzi, a dzięki nim miejsca, do których zwykły turysta nie ma dostępu. Pozycje omawiane w przewodnikach są już poznane. Tam turyści już byli, są i będą. Natomiast odkrywanie własnych ścieżek daje o wiele więcej przyjemności. Przesunięcie się kilkaset metrów w prawo czy kilkaset metrów w lewo daje ci możliwość odkrywania własnego świata. To nadaje podróży niesamowity klimat.

(z galerii MB)

Czy potrafiłbyś stworzyć przewodnik po Górnym Śląsku?

 Mieszkam w jednym z najpiękniejszych miejsc tego regionu – na Nikiszowcu i często goszczę ludzi z całego świata. Niestety, miejsca, które chciałbym im pokazać, zostały bezpowrotnie zniszczone. Podróżując przez inne kraje, gdzie kultura fabryczna się skończyła, zauważyłem, że wszystkie budynki fabryk zostały przekształcone w – przykładowo – potężne sieci handlowe. Niestety u nas to wszystko niszczeje. Aktualnie budynków, których odrestaurowanie jest możliwe, zostało bardzo mało. Na szczęście, istnieją pojedyncze miejsca, gdzie mogę pokazać prawdziwy Śląsk. Są to Huta Szopienice, Zakłady Cynkowe na obrzeżach Szopienic czy kopalnie w Bytomiu. Mamy czym się pochwalić.

Jaki jest klucz do poznania naszego regionu?

Prawdziwego Śląska właściwie już nie ma, pozostał tylko we wspomnieniach. Trzeba próbować wszystko doprowadzić do stanu dawnej świetności. Niestety pewnych rzeczy nie można już przywrócić, ale takie bogactwa jak język czy tradycja należy kultywować. Na szczęście istnieją jeszcze perełki naszego regionu, gdzie o tradycji się pamięta i stara się ją przekazywać młodemu pokoleniu. Udało mi się to zauważyć w rejonie Pszczyny i na Nikiszowcu. Sam też reklamuję nasz region na świecie. Cieszę się, gdy odwiedzają mnie goście z drugiego krańca świata. Wtedy mój Nikiszowiec pokazuję jako barwny świat. Co ciekawe, dla nich to właśnie jest prawdziwa dżungla. O ile dla mnie szaleństwem jest Papua Nowa Gwinea czy Borneo, to dla nich jest to właśnie mój dom. W ich oczach jest on niesamowity i niepowtarzalny, a takie banały jak kopalnie i huty zapierają im dech w piersiach.

W podróży spotykamy ludzi różnych przekonań i tradycji. Jak przełamać bariery między nami?

Wszyscy, na całym świecie, są jednakowi. W podróży nie ma ludzi bogatych i biednych. A na pewno nie ma ludzi złych. Każdy człowiek z natury jest dobry.

 A łowcy głów, z którymi miałeś okazję się zetknąć?

Fakt, że od czasu do czasu ścinają głowy, nie oznacza, że celowo robią komuś krzywdę. To są ich wierzenia i tradycja. Prawdopodobieństwo, że sam staniesz się ofiarą, jest znikome. Poza tym te praktyki stosuje się coraz rzadziej.

Wracając do pytania, jest jedna zasada – nie należy się ludzi bać. Pokazywanie strachu nie przynosi ujmy, ale często jest niepotrzebne. W takim przypadku zaczyna się nienaturalny kontakt między tobą a obcym. Jeśli ty się denerwujesz, automatycznie twój strach przenosi się na rozmówcę. I może się to skończyć bardzo nieprzyjemnie. Natomiast jeśli podchodzisz do tubylców z uśmiechem, pokazujesz chęć niesienia pomocy, to możesz być pewien, że nic ci nie grozi.

(z galerii MB)

A czy kiedyś poczułeś przysłowiowy nóż na gardle?

Kilkakrotnie. Kłopoty zaczynają się, kiedy nie mam pieniędzy. Staję wtedy przed dylematem: jeść albo spać. I wtedy trzeba wybierać. Mam w podróży na tyle szczęścia, że zawsze spotykam kogoś, kto poda mi pomocną dłoń i wyciągnie z tarapatów. Jednak są wyjątki… W prowincji Banda Aceh stanąłem oko w oko z tubylcem, który trzymał naładowany karabin, przystawiając mi go do brzucha. Bandyta oczekiwał łapówki. Wtedy poczułem się naprawdę nieswojo. Wiedziałem, że z nim nie ma żartów. Więc co zrobiłem? Dałem łapówkę. Jednak w drodze nie stać mnie na szastanie pieniędzmi. Jak sobie z tym radzę? Noszę ze sobą polskie złotówki z lat komunistycznych. Każdy złodziej bierze, co dają, i ucieka. Ponadto, jest niesamowicie szczęśliwy, że znów udało mu się nieuczciwie zarobić. Uważam, że w przypadku, kiedy spotykam nieuczciwych ludzi, ja też nie muszę być uczciwy w stosunku do nich. Mam nadzieję, że Opatrzność mi to wybaczy.

W podróży spotykasz wiele pięknych kobiet, miesiące przebywasz poza domem. Jak sobie z tym radzisz?

Jest to jedno z odwiecznych pytań kandydatów na podróżników. Niesamowicie różnorodna uroda kobiet na świecie powoduje, że każdy mężczyzna dostaje ptasiego rozumu. Jednak w XXI wieku musimy sobie uświadomić, że można to porównać z grą o życie. Bardzo łatwo zrobić krzywdę i sobie, i najbliższym. W dobie HIV i AIDS bliższe kontakty z nieznanymi kobietami można porównać do rosyjskiej ruletki. Myślę, że po prostu nie warto. Jeśli chcesz podróżować, to podróżuj – nie szukaj innych przygód. Oczywiście, nie sugeruję, że nie należy się przyjaźnić. Przyjaciele poznani w drodze często zostają nimi na całe życie.

Gdzie Mietek Bieniek chciałby dojść w swoim podróżniczym życiu?

Aktualnie moim marzeniem jest wyprawa rowerem dookoła Afryki. Poza tym, śni mi się po nocach podróż na Antarktydę. Jednak dalej szukam sposobu, jak się tam dostać. Chciałbym też wejść na siedmiotysięcznik. Czy mi się to wszystko uda? Zawsze powtarzam, że człowiek, który marzy, spełni swoje życzenie. Nie ma rzeczy niemożliwych! Połowa sukcesu to chęć. A najważniejsza jest odwaga, aby się spakować i wyjść z domu.

Główną barierą najczęściej są pieniądze…

Fakt, że najczęściej podróżuję samotnie, daje mi większe możliwości. Zawsze mogę zapukać do obcego domu i pokazać, że jestem głodny i potrzebuję miejsca do spania. Myślę, że każdy z nas przyjąłby pod swój dach czarnoskórego człowieka z plecakiem, któremu do szczęścia potrzeba jedynie snu i ciepłego posiłku. Ja nigdy nie odmawiam – u mnie mieszkała już połowa świata (śmiech).

Mimo wszystko zawsze mam ze sobą mały namiot, gdyby jednak nie udało mi się przenocować u nowo poznanej osoby. Poza tym staram się pracować w podróży. Zawsze odwdzięczam się za okazaną mi pomoc. Niestety, bez pieniędzy nie ma najmniejszych szans rozpoczęcia podróży. Natomiast już w trakcie okazuje się, że warto być dobrym człowiekiem! Zauważyłem pewną zależność: jeżeli człowiek ma naprawdę dobre serce, przyciąga równie dobrych ludzi.

Jednak czasem można stosować nikogo niekrzywdzące kombinacje. Zamiast dwa tygodnie oczekiwać w porcie na statek udało mi się wedrzeć na niego, podając się za męża pewnej nieznanej mi kobiety. Istniało ryzyko, że kolejny statek nie przypłynie – wiązałoby się to ze stratą kolejnych dwóch tygodni i niewyobrażalnymi kosztami wyżycia przez ten czas.

Jakie masz rady dla ludzi, którzy mają marzenia, ale brakuje im odwagi?

Może autostop? Taki sposób podróżowania daje mi niesamowitą wolność. Pozwala zwiedzić cały świat z niewielkim nakładem finansowym. Oczywiście, trzeba mieć niesamowitą fantazję i jakiś pomysł. Pomysł na podróżowanie, pomysł na to, co chcesz zwiedzić i poznać. Jeżeli tylko mam 100$ w kieszeni, to bez zastanowienia staję przy drodze w Dolinie Trzech Stawów z tabliczką, że jadę do miejscowości prawie na krańcu świata. I… po prostu jadę. Nie zastanawiam się, czy mi zabraknie pieniędzy i czy będę głodny. Oczywiście jest taka opcja, ale ja tego do siebie nie przyjmuję. Zastanawiam się nad tym dopiero w momencie, kiedy podróż już się rozpoczęła i nie ma odwrotu. Wcześniej nie ma po co. Chociaż faktycznie, czasem może zdarzyć się coś nieoczekiwanego.

Miałem pewną niemiłą przygodę. Dojeżdżam do Stambułu, rozkładam namiot i idę na podbój miasta. Po powrocie widzę, jak z mojego namiotu wyskakuje banda kotów. Przed moim powrotem zdążyły spałaszować całe moje jedzenie. A na samym środku zwierzątka zostawiły, za przeproszeniem, wielkie „G”. Wtedy naprawdę nie wiedziałem, co robić! (śmiech) Smród kocich pozostałości ciągnął się za mną do samego Iranu – zaczęto mnie unikać! I nawet wtedy dałem sobie radę… Nasz umysł w trakcie podróży musi być otwarty! Znów chęć podróży powinna być większa od nawyku racjonalnego myślenia.

(z galerii MB)

O innych Twoich przygodach możemy przeczytać w dwóch napisanych przez Ciebie książkach…

Polecam książkę mojego autorstwa – „Hajer jedzie do Dalajlamy”. Jest to barwna opowieść o perypetiach związanych z podróżowaniem autostopem i moich pierwszych wyprawach.

Natomiast teraz w księgarniach pojawi się pozycja „Z Hajerem na kraj Indii”. Tytuł jest trochę mylący – w książce o Indiach jest niewiele. Akcja toczy się głównie w Butanie, Bangladeszu i na Srilance. Jeżeli chodzi o Indie, to opowiadam o miejscach, w które biali raczej nie zaglądają. Aby się tam dostać, trzeba poświęcić dwa tygodnie w jedną i dwa tygodnie w drugą stronę. Nie obejdzie się także bez odpowiednich zezwoleń. Gwarantuję, że ten, kto weźmie moje książki do ręki, będzie płakać ze śmiechu – nie tylko dlatego, że historie są opisane w barwny sposób. W książce znajdziecie też odnośniki do języka śląskiego i tego specyficznego poczucia humoru. Warto przeczytać historię „synka z Nikisza”!

———-
Jeśli podróże znaczą dla Ciebie coś więcej niż tylko przemieszczanie się z miejsca na miejsce, przeczytaj też nasz tekst o Włóczykijach.